— Przepraszamy bardzo — zaczął jeden z funkcjonariuszy — ale ta pani twierdzi, że pański kot wskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a następnie porwał jej kociaka…

Proszę wybaczyć zaczyna jeden z policjantów. Ta pani utrzymuje, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kociaka…

Z pewnością znacie takie budynki narożne, gdzie dwa skrzydła stykają się pod kątem prostym dokładnie dziewięćdziesiąt stopni.

Jeśli od środka są tam balkony, to w narożniku prawie się stykają. To prawie to może z półtora metra.

Tak było właśnie w tym bloku.

Pewnego popołudnia wracali do domu ze wspólnej pracy: Piotr i Anna, mieszkający na piątym piętrze, którzy jeżdżą razem samochodem.

Przechodząc przez podwórko, zauważyli, jak stado bezpańskich psów szarpie podkarmianego przez mieszkańców kota także przez nich.

Piotr odgonił psy, ale kot był mocno poturbowany. Na szczęście nie śmiertelnie. Zabrali go ze sobą, wrócili do auta i zawieźli do weterynarza.

W lecznicy zajęli się nim: opatrzyli rany, zszyli, podłączyli kroplówkę z witaminami i antybiotykiem, a doktor kazał zgłaszać się na kontrole i zastrzyki przez tydzień.

Tak właśnie Gucio pojawił się w ich mieszkaniu.

Skąd imię Gucio? Od gucio-gangster. Wyglądał groźnie, jak mafioso. Ale później okazało się…

Groźny Gucio nadspodziewanie szybko przywykł do ciepła i opieki. Już po kilku dniach wylegiwał się na miękkim kocyku na kanapie, mrucząc z błogością i przewracając oczy, gdy Anna go głaskała.

Patrz, jaki pieszczoszek śmiała się, drapiąc go po brzuchu.

Gucio marszczył nos rany jeszcze pobolewały ale nie przestawał mruczeć. Widocznie sprawiało mu to wielką przyjemność.

Odżył, wyczyścił się, sierść zaczęła lśnić, nabrał ciała wkrótce chętnie spał na ich kolanach.

Dawne życie zimno, głód, bójki, strach rozmywało się coraz bardziej, jakby to był zły sen.

Teraz najchętniej wychodził na balkon, rozsiadał się na barierce i obserwował podwórko. Unikał wyjścia na ulicę zbyt dobrze pamiętał cenę tamtej wolności.

Sąsiednie balkony go nie interesowały. Przynajmniej do czasu…

Do chwili, gdy na niemal styczącym się balkonie w sąsiedniej klatce pojawił się kociak. Malutki, puszysty, zadbany.

Rasowy wypieszczonek… On nie zna życia pomyślał Gucio z pogardą i wyraźnie fuknął, ostentacyjnie odwracając się i zadzierając ogon.

Ale kolejnego dnia coś przykuło jego uwagę dobiegał płaczliwy dźwięk z tamtego balkonu.

Gucio nasłuchiwał.

Kociak skulony w kącie cicho piszczał.

Ejj! zawołał Gucio. Co ci jest? Płaczesz, bo dali złą karmę?

Kociak drgnął i przytulił się mocniej do ściany, patrząc przerażony na dużego kota.

Dlaczego płaczesz? spytał Gucio ponownie.

Wtedy kociak, nie wychodząc z kryjówki, wyszeptał:

Ona mnie klapkiem… Wiesz, jak to boli?

Gucio nigdy nie zaznał uderzenia klapkiem. Jego teraz wszyscy lubili i rozpieszczali, wybaczali wszystko. Ale ból znał doskonale.

Klapkiem? zdziwił się. Za co?

Miauknąłem rano. Byłem głodny…

No i? spytał Gucio.

Uderzyła mnie za to. I nakrzyczała…

Gucio milczał. Mała szara kuleczka drżała w kącie, bojąc się nawet wydać dźwięk.

Przypomniało mu się jego własne ulice zimne, głodne, przesycone strachem.

Często cię bije? zapytał cicho.

Prawie zawsze zaszlochał kociak. Za byle co albo za hałas. Ona mnie nie kocha…

Telefonicznie za to chwali się koleżankom, że jestem drogi. Że dużo kosztuję. Ale ja nie wiem, co to znaczy drogi…

Gucio wiedział. Jego pani często mówiła:

Jesteś moim skarbem.

Ale tu słowo drogi brzmiało inaczej.

Zmarszczył brwi. Cała sytuacja była dziwna. Było mu żal malca. Na ulicy wiedziałby, jak postąpić. Ale teraz…

Teraz sam był domowym pupilem. Co powinien zrobić?

Kociaka przywołano z mieszkania. Przytulił uszy i ogon, podłoga pod nim zrobiła się mokra od strachu. Wymknął się szybko przez otwarte drzwi.

Gucio patrzył na mokrą plamę. Przypomniał sobie, jak sam, gdy był jeszcze maleńki, popuścił ze strachu przed wielkim psem…

Od tego czasu większość dnia spędzał na balkonie. Nowy znajomy nazywał się efektownie Złotek.

Według Gucia bardziej pasowałoby Mazgaj.

Złotek przyzwyczaił się do Gucia i coraz częściej wpadał na balkon, żeby się poskarżyć:

Powiedziała mi dziś pociągał nosem że jeśli nie przestanę hałasować, to wyrzuci mnie z balkonu. Ma już dość sprzątania po mnie…

Sierść Gucia jeżyła się, a kły aż błyszczały ze złości.

Często słyszał wrzaski właścicielki Mazgaja, jej wyzwiska, a czasem…

Czasem aż drżał na dźwięk klapka uderzającego w maleńkie futro.

Decyzję podjął już dawno. Powstrzymywał go tylko strach.

Wyrzucą mnie za to myślał. Na pewno.

Nie chciał wracać do zimna, głodu i samotności. Nie chciał stracić ludzi, którzy go uratowali.

Ale myśl, że kobieta może zabić kociaka, nie dawała mu spać.

Wszystko wydarzyło się kilka dni później.

Gucio siedzi na balkonie, wsłuchując się w odgłosy z sąsiedniego mieszkania. Słychać awanturę. Kobieta znowu wrzeszczy na Mazgaja.

W odbiciu drzwi balkonowych Gucio widzi całe zajście.

Sąsiadka nachyla się, bierze klapka, zamierza się na skulonego na podłodze kociaka i wrzeszczy:

Zaraz cię zabiję, paskudo!

Nawet nie wie, jak przeskoczył na sąsiedzki balkon. Ot, po prostu pokonał te półtora metra.

Nie zdążyła rzucić klapkiem. W samym środku pościeli pojawił się…

Nie. Pojawiło się Coś.

Coś jakby z koszmaru.

Olbrzymi kot z bandycką miną, syczący, warczący, miauczący przeraźliwie. Jej się wydawało, że z pyska buchają mu płomienie, a z oczu lecą iskry.

Darła się, upuściła klapka, a po jej nogach w piżamie spłynęło ciepłe…

Myślała, że widzi samego diabła.

Diabeł uniósł łapę z wysuniętymi pazurami. Zaczęła piszczeć, zasłaniać się rękami i zemdlała.

Po dziesięciu minutach ktoś puka do drzwi Piotra i Anny. W progu staje roztrzęsiona sąsiadka z szalonym wzrokiem.

Wasz kot mnie zaatakował!!! wrzeszczy. Podrapał mnie i ukradł mojego bardzo drogiego kociaka! Wzywam policję!

Proszę pani spokojnie odzywa się Anna. Nasz kot jest cały czas w domu. Nigdzie nie wychodzi. Nie mamy u siebie pańskiego kociaka.

Twarz sąsiadki wykrzywia się ze złości. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale tylko syknęła złością. Z impetem trzaska drzwiami.

Po kolejnych dziesięciu minutach przychodzi patrol. Za policjantami stoi ta sąsiadka, bełkocząc wyjaśnienia.

Przepraszam zaczyna jeden z policjantów ale ta pani twierdzi, że państwa kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją i porwał jej kociaka…

Słucham?! Piotr i Anna aż wybuchają równocześnie.

Z ich twarzy bije szczere zdziwienie.

Szanowni panowie, zapraszam. Proszę zobaczyć: nasz Gucio śpi sobie spokojnie na kanapie. Kociaka u nas nie ma.

Wchodzą całą grupą. Gucio rzeczywiście śpi rozwalony na kanapie.

To on! To on! piszczy sąsiadka. To on mnie zaatakował i ukradł mojego Złotka!

Przepraszam, co on miał ukraść? dopytują policjanci. Waszego złotka?

No przecież nie pieniądze! wybucha kobieta. Kiciuś nazywa się Złotek!

Funkcjonariusze zamieniają spojrzenia, wychodzą na balkon.

Prawie dwa metry zauważa jeden.

Uważa pani, że kot przeskoczył z kociakiem w pysku taki dystans? pyta drugi.

Nie wierzycie mi?! wrzeszczy sąsiadka. Kręci się po mieszkaniu, krzycząc: Złotek! Złotek! Złotek!

Rozrzuca pościel, wysypuje rzeczy z szafek, przewala ubrania.

Policjanci muszą ją posadzić.

Proszę pani mówi już zdecydowanie policjant. Takie zachowanie to naruszenie porządku. Gospodarze mają prawo podać panią do sądu za szkody.

Ja?! Mnie chcecie sądzić?! Po tym, co ten kot mi zrobił?!

Proszę pokazać, gdzie panią podrapał lub ugryzł prosi drugi funkcjonariusz.

Sąsiadka się jąka, dusi, aż w końcu wrzeszczy:

Upilnuję was wszystkich! Spotka was sprawiedliwość!

Przepraszam, ale bardzo panią czuć moczem Proszę wstać z mojego krzesła mówi z uprzejmością Anna.

Oczy sąsiadki rozszerzają się. Najpierw czerwienieje, potem zielenieje, w końcu blednie kompletnie.

Wyskakuje na korytarz, trzaskając drzwiami.

Chcecie zgłaszać sprawę? pyta jeden z policjantów.

Nie w tym samym momencie odpowiadają Anna i Piotr.

Wygląda na to, że nie jest do końca zdrowa. delikatnie komentuje Anna.

Przepraszamy za kłopot żegnają się policjanci.

Małżeństwo patrzy na Gucia, który zerknął na nich z kanapy.

No chodź tu… mówi Piotr.

Chodź, chodź… powtarza Anna.

Gucio patrzy niewinnie, potem zeskakuje i podchodzi do szafy.

Zręcznie odsuwa drzwiczki pazurkami, wskakuje na półkę i delikatnie wyciąga spod ręczników… kociaka.

O Boże… wzdychają równocześnie.

Siadają na kanapie.

Gucio łagodnie kładzie drżącego szarego kociaka tuż obok.

I co teraz? pyta Anna, biorąc kociaka na kolana.

Mazgaj jeszcze bardziej się przytula i zamiera.

Nie bój się, maluchu mówi Piotr łagodnie.

My nie krzywdzimy kotów potwierdza Anna, gładząc kocią łapkę. A ty, mój drogi zwraca się do Gucia jesteś ukarany. Tak nie wolno robić. Nigdy.

Jakie niby inaczej? dziwi się mąż. Wyrwał malca z rąk wiedźmy. Za to chcesz go karać?

I w ogóle, przecież my nie mamy żadnego kociaka. Słyszałaś, co mówiła policja.

Zawsze to samo wzdycha Anna do Mazgaja. Męska solidarność. Może chcesz go jeszcze nagrodzić?

Właśnie, że tak! śmieje się Piotr. Chodź, Gucio, dam ci trochę kurczaka.

Popatrz na niego! udaje oburzenie Anna, szukając wsparcia u Mazgaja.

Kociak jednak niespodziewanie wyciąga łapki, oplata jej dłoń i przytula się do niej.

Anna uśmiecha się i mówi pojednawczo:

No dobrze tym razem wybaczam.

Piotr z Guciem idą do kuchni, a Mazgaj zostaje na kolanach Anny, cichutko mrucząc. I nagle rozumie, jak pięknie brzmi słowo drogi w jej ustach.

Oceń artykuł
Newskey24
— Przepraszamy bardzo — zaczął jeden z funkcjonariuszy — ale ta pani twierdzi, że pański kot wskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a następnie porwał jej kociaka…