Przybrana córka

Pasierbica

Kiedy spotkałem się z Martą i zakochaliśmy się w sobie, Joasia miała sześć lat. Wychowana bez ojca, tak bardzo pragnęła miłości, że żadne trudności z nawiązywaniem relacji między nami nie istniały. Przez lata żyliśmy niemal jednym sercem, aż do pewnej pory, kiedy pojawił się on okres dojrzewania!

Nie jesteś moim ojcem! wykrzyknęła któregoś dnia Joasia.

Jak to nie ojcem? Przepraszam bardzo, ale kto przez te wszystkie lata słuchał twoich żali o koleżankach z klasy i wstawiał się za tobą na zebraniach rodziców? Kto chował ostatnie krówki, żeby podarować ci je, gdy byłaś smutna? Kto dzielił się z tobą sekretem o tym, jak wzięłaś lalkę wrednej Marysi z sąsiedniego podwórza? I kto, przepraszam, po zmroku skradał się pomiędzy blokami, by podrzucić lalkę w krzaki, żeby wyglądało, jakby tak tam była od zawsze? Poza tym, o ile pamiętam, umówiliśmy się kilka lat temu, że odpowiadamy za słowa, więc jeśli od dziecka mówiłaś do mnie tato, to dlaczego nagle stałem się nie ojcem?

Jej słowa zabolały mnie tak bardzo, jak pęknięcie tłuczonego szkła, chociaż nie mogłem pozwolić sobie okazać tej rany. Po pierwsze, bo jestem mężczyzną, po drugie uraza do Joasi nic by nie dała, tylko by pogorszyła sytuację.

Argument przyjęty odparłem, machając dłonią przy skroni, jakby salutowałem. To może omówimy teraz nasze nowe relacje? Ustalimy zakres praw i obowiązków nie ojca i nie córki?

Serce rozdzierało mi się na kawałki, lecz czułem, że to słuszny wybór: trzeba jej było pozwolić decydować, ale tylko do granic, które sama nakreśli. Jednak i tu Joasia mnie zaskoczyła, mruknęła tylko: Nie chcę. I trzasnęła drzwiami w moją stronę. Jeszcze nigdy nie zachowywała się w ten sposób. Jako dziecko jasno wyrażała swoje pragnienia, a my wspólnie uzgadnialiśmy, czy są możliwe jak gdy np. nie zgadzałem się na skok z dachu garażu, tłumaczyłem jej szczegółowo, dlaczego nie wolno, nawet z ilustracjami z internetu. A gdy w pierwszej klasie oznajmiła, że Anton Bąk to jej mąż i przeprowadza się do niego, powiedziałem, że kiedy prawo jej na to pozwoli, sam zaniesę do Antona jej rzeczy. I oczywiście zrezygnowała z tego pomysłu już po miesiącu.

Zawsze potrafiliśmy spokojnie obgadać każdy konflikt, a teraz nagle tylko nie chcę i nie jesteś ojcem. Przecież kiedyś argumentowała nawet, dlaczego nie chce jeść kaszy.

Niedobra! mówiła. Za mało cukru i ta piana na wierzchu.

No właśnie. Konkretne wyjaśnienie! I już. Albo gotowałem inną kaszę, albo wiedziała, że dostanie ciastko, w którym (jeśli wierzyć reklamom) też jest mleko w proszku.

Stałem przez chwilę przy zamkniętych drzwiach, wpatrując się w wzory słojów, szukając odpowiedzi, ale nie znalazłem. Westchnąłem, rozłożyłem ręce. Zobaczymy, jak będzie dalej.

Marta była spokojna wobec zmian w zachowaniu córki. Twierdziła, że sama jako nastolatka doprowadzała ojca do rozpaczy i ten najbardziej chciałby ją wtedy wysłać gdziekolwiek, byle jak najdalej. Powtarzała, że gdy hormony przestaną tańczyć polkę na delikatnej psychice dziecka, wszystko wróci do normy. Problem w tym, że podróż do kraju Nie chcę i nie ojciec bywa dłuższa lub krótsza u każdego, a ja szczerze mówiąc zaczynałem już tęsknić do Joasi. Nie miałem nawet z kim obejrzeć wieczorem Ligi Mistrzów, nie było z kim śmiać się z koleżanki Marty, Zojki, której kolor włosów zmieniał się szybciej niż pogoda w Zakopanem.

Po jakimś czasie Joasia zaczęła czasem wyłaniać się ze swojego kokonu, by potem wdrapywać się z powrotem w jeszcze większą złośliwość, tak że lepiej było nie podchodzić. Harmonogram tych chwil znała tylko ona, jak i ich przyczyny. Ale gdy zachowywała się dawniej, cieszyłem się jak dziecko.

Dziewczyny, może pojedziemy w weekend do lasu? zaproponowałem. Pogoda ma być ładna, zabierzemy wędki i namioty.

A może, Joasiu, pojedziemy? podekscytowała się Marta.

Nigdzie z wami nie jadę! Sami te wędki ciągnijcie, wędkarze, psiamać! trzasnęła drzwiami i znów spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem. Chwilę wcześniej zachowywała się radośnie, nic nie zapowiadało gniewu.

Chyba nawet wędkarstwo już jej nie cieszy wzruszyłem ramionami.

Potem zdarzyło się to, co w snach bywa najdziwniejsze Joasia zniknęła. Nie przyszła do domu ze szkoły i nie odbierała telefonów. Obdzwanialiśmy jej koleżanki, a ja, nie mogąc już wytrzymać, ruszyłem jej szukać. Najpierw pojechałem do Kuby, chłopaka, który jeszcze niedawno uważany był za jej przyjaciela, choć od dawna o nim nie słyszałem.

Nie wiem, gdzie ona jest wymamrotał Kuba.

Może masz jakieś podejrzenia?

Po tym, jak nazwała mnie nudziarzem, jakoś mniej gadamy.

Wiesz, mnie nazwała nie ojcem, ale wciąż się interesuję jej losem. Ze starych sentymentów, rozumiesz.

Odwróciłem się, schodziłem już po schodach.

Czekaj zatrzymał mnie Kuba. Może jest z Patrykiem.

Kto to Patryk?

Z równoległej klasy. Tylko nie jest to święty człowiek, może nie spodoba się panu to, co tam pan spotka.

Tym bardziej! Pokaż, gdzie można go znaleźć.

Tam nie pojadę.

Kuba, czasem ludzie potrzebują pomocy, nawet jeśli twierdzą, że nie. Zawsze wydawałeś mi się facetem, którego nie złamie byle słowo.

Dobra westchnął pójdę z tobą.

Pojechaliśmy na osiedlowe garaże. Z daleka słychać było muzykę.

Jeśli się boisz, możesz zostać w samochodzie rzuciłem.

Niczego się nie boję.

Przy wejściu do jednego z garaży stało kilku chłopaków i jedna dziewczyna. Joasi nie było. Podszedłem.

Szukam Joasi, jest z wami? zapytałem, przekrzykując muzykę.

Ty chyba jesteś z ekipy poszukiwawczej? rzucił jeden z nich.

Nagle zza drzwi wyłoniła się Joasia.

Po co tu przyjechałeś? prawie krzyknęła.

Po ciebie.

Znam drogę do domu i bez ciebie.

Ale późno, nie chciałbym cię odbierać z posterunku. Chodź, taksówka czeka, księżniczko.

Joasia prychnęła, ale wsiadła do auta, rzucając do Kuby Zdrajca!

Od tej pory coraz częściej znikała wieczorami. A ja uparcie zgarniałem ją z tych garaży, znosząc docinki chłopaków o jej własnym taryfiarzu. Ale pewnego wieczoru odmówiła powrotu ze mną.

Czego chcesz? Zostaw mnie! Jestem dorosła! Sama zdecyduję, kiedy wrócę!

To pytanie do Sejmu odparłem bo, widzisz, w Konstytucji Rzeczypospolitej jasno określono prawa i obowiązki niepełnoletnich.

Idź sobie, wiesz gdzie! Joasia odwróciła się plecami, koniec rozmowy.

Wiesz, że nie odejdę, choćby tam, gdzie mnie wysyłasz.

Żałuję, że spotkałeś moją mamę! Bez ciebie byłoby lepiej! rzuciła, ale wsiadła do auta.

To było uderzenie poniżej pasa. Przez całą drogę miałem mokre oczy i przez myśl przeszło mi, że przecież nie jestem jej prawdziwym ojcem. Może ona potrzebuje spokoju? Kim jestem, żeby się narzucać? Ot, mąż jej matki. Ale nie potrafiłem zniknąć, zostawić jej gdzieś, w ciemnym labiryncie życia. Co, jeśli się potknie i upadnie? A nie będzie nikogo? Niech krzyczy, obraża, mówi, co chce. Nie poddam się.

Wkrótce Joasia i jej towarzystwo zmienili kwaterę. Garaż został zamknięty, muzyka zamilkła i nie wiedziałem, gdzie szukać… przepraszam, pasierbicy, wszak jestem nie ojcem. Kuba pod moim naciskiem podał jeszcze kilka adresów, ale Joasi tam nie było.

Zaczęła wracać o dowolnych godzinach, często nocą. Widziałem, jak Marta się zamartwia; jej udawany spokój pękał z każdym kolejnym wieczorem, gdy czekaliśmy na huk otwieranych drzwi. Leżeliśmy w łóżku, udając, że wszystko gra, tylko po to, by nie doprowadzić się do rozpaczy.

Pewnej bezsennej nocy zadzwonił mój telefon. Ręce mi drżały.

Panie Wojciechu usłyszałem Kuby głos dzwoniła Joasia. Jest w jakimś mieszkaniu na Alei Jerozolimskich i nie umie wyjść.

Podała numer?

Opisała budynek, wiem, gdzie to.

Jedziesz ze mną.

Spojrzałem na Martę. Drżały jej usta. Pewnie słyszała rozmowę.

Proszę cię, nie martw się. Zaraz wszystko się wyjaśni. Zostań tu. Usmaż nam naleśniki wiesz, że budzę się głodny nocą, a głodny nocny kierowca to najgorsze, co może być! I wrócę, liczę na twoją rozwagę pocałowałem ją w czubek nosa, czując słone krople.

Zabrałem Kubę i popędziłem przez nocną, śniącą Warszawę, łamiąc przepisy, skręcając w zaułki. W centrum, mimo późnej pory, było tłoczno, pełno taksówek i turystów. Mało brakowało, a wjechałbym w dwóch facetów, którzy popijali piwo na środku jezdni, a potem jeszcze kopnęli mi w zderzak.

Gdy dotarliśmy pod wskazany blok, zerknąłem na Kubę.

Zostań w aucie, żebym wiedział, że samochód zaraz będzie. Kto wie, może ta noc pod księżycem to czas na harce wilkołaków.

Kuba chciał zaprotestować, ale spojrzałem surowo. Jeszcze by brakowało kolejnego problemu.

Obszedłem parter i pierwsze piętro cisza, tylko szmer muzyki zza drzwi, gdzieś padały cienie ludzi. W trzeciej klatce trafiłem na staruszkę z białą czuprynką i błyszczącym szlafrokiem, która upierała się, że w bloku są trzy podejrzane mieszkania.

Tam wszędzie ćpuny! oznajmiła z dumą.

Na pewno?

Sama widziałam! Palą, piją i diabeł wie, co jeszcze.

Po uzyskaniu numerów udałem się pod pierwszy z adresów. Mieszkał tam tylko zmęczony życiem facet, przy stole siedziała kobieta i pies z mądrymi oczami, drugi lokal był pusty. Ruszyłem pod trzeci adres. Przy wejściu minęła mnie dziewczyna. Przez moment pomyślałem, że to Joasia. Te same jasne włosy, ten sam dres. Lecz spojrzała na mnie oczami pustymi, jakby była porcelanową lalką, przylepiony do twarzy uśmiech pajaca. Cofnąłem się, lecz wszedłem, ściskając klamkę jak marzyciel, który nie umie się obudzić.

Joasia! zawołałem, nic nie widząc, przebijałem się przez tłum, zderzałem z ciałami, potykałem o butelki. W końcu usłyszałem jej wołanie zza zamkniętych drzwi łazienki.

Tato! Tato! krzyczała.

Chwyciłem za klamkę, pociągnąłem. Zamek puścił.

Tato! zaszlochała i rzuciła mi się w ramiona. Była sama, schowana w wannie.

Wyszliśmy akurat, gdy po schodach wbiegła policja staruszka zadzwoniła po patrol.

Czy córka była przetrzymywana siłą? spytał jeden z funkcjonariuszy.

Tak, w pewnym sensie. Jestem jej ojczymem wyjaśniłem.

On jest moim tatą! powiedziała głośno Joasia.

Wróciliśmy do domu. Jedliśmy naleśniki ze śmietaną trochę za słone, pewnie od łez Marty, ale smakowały najlepiej na świecie. Przemawiałem do córki, która pierwszy raz od dawna nie szczekała. Mówiłem, że nawet jeśli będzie chciała wyrzucać mnie ze swojego życia miotłą, nie odejdę, bo kocham obie kobiety, a bez nich moje życie straciłoby sens. Tłumaczyłem, że życiem trzeba się nauczyć żonglować, jak cyrkowiec, i że upadki uczą wstawać. Gadałem głupoty, a one się uśmiechały, podpierając policzki dłońmi. Moje, ukochane dziewczyny. Moje wszystkie.

Oceń artykuł
Newskey24
Przybrana córka