Bocian, który однажды miał mnie podrzucić do domu rodziców, okazał się tragicznie zezowaty. Wysadził mnie pod domem dziecka, zresztą jakiś oberwany ptak. I od razu wszystko zaczęło się krzywo układać.
Do czterdziestki, prawdę mówiąc, udało mi się jednak wyjść z tego dołka, do którego wrzucił mnie ten niezdarny ptaszysko. Dom zbudowałem własnymi rękami, żonę Martynę znalazłem, samochód używany, ale mój kupiłem. Zostało tylko jeszcze coś posadzić i kogoś wychować.
Jednego damy radę wychować z Martyną. O drugim nawet nie rozmawialiśmy.
Właśnie o sadzeniu, o dorastaniu i o paskudnym, deszczowym poranku rozmyślałem, kiedy parzyłem kawę. Przeciąg leniwie poruszał moimi starymi rodzinnymi bokserkami. Bokserki te miałem dużo wcześniej niż rodzinę, ironia losu.
Coś zastukało w szybę balkonową. Dzieciaki znowu kamieniami gonią gołębie? Przydałby wam się bocian, łobuzy.
Stukanie powtórzyło się. I jeszcze raz. Kto tam? Trzecie piętro.
Odsłoniłem firankę. Na balkonie stał ten sam zezowaty bocian z dziecięcych wyobrażeń.
Spadaj, potworze krzyknąłem z panicznym strachem. Kanapka zrobiła salto w dół.
Przepraszam cię, Stasiu bocian wsadził cienką szyję przez uchylone drzwi balkonowe, winny jestem, przyznaję. Dziobnij! Najlepiej z prawego skrzydła, jest większe.
Wynocha próbowałem wcisnąć tę długą szyję z powrotem na zewnątrz. Złapałem obiema rękami.
Nie wygłupiaj się, Stasiu zachrypiał bocian posłuchaj, co mówię.
Ty jeszcze mówić zacząłeś? Zaraz cię na supeł zawiążę, łobuzie.
Z przeprosinami przyleciałem próbował dalej ptak.
Za późno ci się zebrało, długonosy.
Nagle rozległ się dzwonek. Martyna wróciła.
Spadaj stąd powiedziałem bocianowi, wypychając go na balkon. Zniknij mi, jak wrócę.
Mechanicznie odwróciłem się i pobiegłem do drzwi.
Przepraszam, Stasiu, przepraszam! Wszystko naprawiłem! jeszcze zawołał za mną bocian przez okienko.
Martyna wpadła do mieszkania przemoczona, ale szczęśliwa. Włosy jej lepiły się do policzków, oczy błyszczały. Bociana też widziała?
Nie zdążyłem nic powiedzieć, gdy odrzuciła parasol i rzuciła mi się na szyję.
Czworo! Czworo! zapiszczała na cały głos.
Jak to czworo? patrzyłem na nią otępiały.
Będziemy mieli czworaczki! wykrzykiwała Martyna. Czworo malutkich szkrabów!
I wtedy połączyłem słowa bociana z naszą czwórką. Wyleciałem na balkon jak strzała. Zezowaty bocian właśnie startował. Próbowałem złapać go za ogon.
Nie zdążyłem.
Stój, łobuzie! zawołałem za nim. Stój, długonosie!
Naprawiłem! doleciało z góry.
Odwróciłem się. Za mną stała Martyna i płakała ze szczęścia.







