NIEWDZIĘCZNY GRZESIUNIO
Tamtego ranka mąż zadzwonił do Teresy prosto do biura, żeby powiadomić ją, iż zaraz po pracy wybiera się do Kowalskich obchodzić swoje zawodowe święto.
Jeśli masz ochotę, przyjdź dodał obojętnie, przekonany, że żona nie zechce, tylko jak zwykle będzie czytać lub spędzi wieczór przed komputerem.
Dobrze, odpowiedziała równie bezbarwnie, a w przerwie obiadowej wybrała się do Domu Towarowego po prezent dla męża. Dział perfum był pełen kobiet.
W oko Teresie wpadł od razu flakon drogiej wody kolońskiej na czarnej, błyszczącej puszce elegancki pan w niedbale zarzuconej marynarce, z lekko zuchwałym spojrzeniem i półuśmiechem. W sam raz jak jej Grzegorz.
Sprzedawczyni sprawnie zawijała prezenty w błyszczącą folię, przyczepiała kokardki. Nagle podeszła starsza pani i odezwała się:
Ech, dziewczyny, dajecie tym swoim wody toaletowe, a wąchać będą inne i do krawatów też będą się oglądać nie wy.
Dziewczyny roześmiały się chórem, a Teresa pomyślała, że u niej całe życie tak: wszystko dla Grzesia, a Grześ dla innych. Młodzi byli kochała go bez opamiętania, a on condescendował łaskawie. Do szkoły zaocznej poszedł po nocach za niego pisała prace. Dzieci się pojawiły wszystkie obowiązki wzięła na siebie.
Początkowo czuła jego wdzięczność. Później się przyzwyczaił, wszystko przyjmując za oczywiste. Choć patrząc z boku, można się było pomylić: rodzina jak z obrazka, dostatnie życie, spokój, grzeczne i mądre dzieci. A potem dzieci pokończyły szkoły i wyjechały. Została z mężem sama. Wtedy zrozumiała, że czegoś jej brakuje.
Jej matka, wtedy, dwadzieścia lat wcześniej, była przeciwna temu małżeństwu. Popatrz na niego! Przecież on przystojny i doskonale o tym wie, sam się sobie podoba powtarzała zmartwiona. Przystojny mężczyzna jest dla wszystkich, każda się za nim obejrzy, a ty zostaniesz na końcu, choć praw jakby najwięcej…. Pierwszy punkt: mamy niekochaną żonę. Drugi punkt: ona ma już 43 lata. Trzeci: nikomu niepotrzebna…
Teresa podeszła do okna. Słońce grzało już pierwszym wiosennym ciepłem. Niedługo Dzień Kobiet przemknęło jej przez głowę. I co? Znowu sama… A życie niemal minęło… Co mnie jeszcze czeka?
Od ulicy dolatywał wesoły świergot, a potem uporczywe stukanie w szybę. Zerknęła w dół po parapecie kręcił się potargany wróbel, jednym okrągłym oczkiem zerkał na Teresę.
To musi być znak, przemknęło jej przez myśl. W tej samej chwili zegar zabił głośno na ścianie.
A więc zostało trochę czasu. Punkt pierwszy: jeśli nas nie kochają, pokochajmy same siebie…
Trzasnęła drzwiami i popędziła schodami na dół: najpierw do fryzjera, potem do sklepu…
O wpół do siódmej lustro aż zaniemówiło z zachwytu: w fotelu przed komputerem siedziała tajemnicza nieznajoma, lekko się kołysząc. Mała czarna sukienka, nowa, krótka fryzura z modnie potarganą, trójkolorową grzywką, a oczy głębokie, z intrygującym spojrzeniem (umyślne kreski, cienie, idealne roztarcie), usta muśnięte konturówką i błyszczykiem już wydawały się pełniejsze i kapryśnie zarysowane.
No więc, punkt drugi: czterdziestka to dopiero początek życia…
Poszła do kuchni, wróciła z kieliszkiem czerwonego wina, stuknęła nim o taflę lustra: Punkt trzeci a czy naprawdę potrzebny nam mąż, który nie potrafił docenić takiej kobiety?
Czy trzeba mówić, że u Kowalskich pojawiła się lekko bujając na szpilkach. Ogólne zamieszanie, a zaraz potem kilka męskich rąk sięgnęło by pomóc zdjąć płaszcz, zaprosić do stołu lub poczęstować jabłuszkiem. Och, czyżby? Co pan mówi?! Mój mąż tu?… Jakoś od razu nie zauważyłam…
Mąż oszołomiony nieoczekiwanym wejściem, kompletnie rozbrojony jej strategią, przytłoczony ogólnym zachwytem.
Rano, chcąc się zemścić za wczorajszą porażkę, głosem bezczelnym i dawnym zagadnął: Jemy dziś w końcu śniadanie, czy jak? Tym razem jednak popełnił błąd, bo obok niego już nie było tej samej kobiety, co dawniej, tej od przynieś, podaj, pozamiataj.
Obok niego beztrosko przeciągała się delikatna, kapryśna kobieta, emanująca pewnością siebie.
Nie odwracając potarganej grzywki, zakoconym głosem odpowiedziała przeciągle:
To zrobiłeś już śniadanie, kochany?
Pociągnęła się i, zapadając znowu w sen, przemknęło jej przez myśl: Właśnie tak, mój drogi. A w przeciwnym razie punkt trzeci zawsze zostaje w zanadrzu…Grzegorz przez chwilę patrzył na nią oszołomiony, próbując znaleźć właściwe słowa, ale żadnych nie potrafił wydusić. Z kuchni dobiegał zapach świeżej kawy, a ptaki za oknem śpiewały jeszcze głośniej, jakby przyklaskując tej drobnej rewolucji. Teresa przeciągnęła się leniwie i z uśmiechem odwróciła głowę w stronę porannego światła. W jej oczach nie było już cienia niepewności.
Chyba pora, żebym i ja świętowała swoje sukcesy rzuciła, podnosząc się lekko na łokciu. I uwierz mi, mam ich całkiem sporo.
Grzegorz, zaskoczony, opuścił wzrok na własne dłonie, po raz pierwszy od lat niepewny swojej pozycji w tej codziennej układance. Przez moment po kuchni zaległa cisza, po czym Teresa wstała i, z gracją, jakiej sam nie potrafiłby się nauczyć, wsunęła nogi w szpilki pozostawione przy drzwiach.
A co dziś planujesz? zapytał cicho, niemal z nadzieją, że zaprosi go do swojego nowego świata.
Dziś…? mrugnęła po swojemu, nie odwracając się jeszcze Dziś idę na spacer, zobaczyć, co dla mnie przygotowało życie.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, zostawiając za sobą stare schematy i niepotrzebne pretensje. Na ulicy świat pachniał wolnością i obietnicą zmiany. Jedna kobieta wreszcie odnalazła siebie i już nikt nie miał jej tego odebrać.







