Wszystko zaczęło się, kiedy zadzwoniła do mnie sąsiadka mojej mamy.
Basieńko, cześć.
Dzień dobry, pani Stanisławo odpowiedziałam trochę zdziwiona.
Co słychać? Jak dzieciaki? ciągnęła dalej.
Wszystko w porządku, dzięki odparłam, chociaż serce już zaczęło mi szybciej bić.
Pani Stanisława raczej nie dzwoniła tylko po to, żeby pogadać o pogodzie. Przeczucie mnie nie myliło.
Basia, kiedy ostatnio byłaś u mamy?
Poczułam się mega winna. Westchnęłam ciężko. Jakiś czas temu wyprowadziłam się od mamy, a jak Hania poszła do szkoły, życie ruszyło na pełnych obrotach.
Rano śniadanie dla wszystkich, ubieranie dzieci i wio do szkoły, potem cały dzień w pracy. Po południu szybki sprint po sklepach, a potem już tylko kolacja, karmienie rodziny, zmywanie, sprawdzanie lekcji… Wieczorem jestem jak wyciśnięta cytryna gdzie tu jeszcze znaleźć czas na odwiedziny? A w weekendy inne obowiązki.
Sprzątanie w mieszkaniu, pranie, prasowanie, choć trochę odpoczynku… Rzadko nam się udawało zajrzeć do mamy, trzeba przyznać szczerze.
Dawno, pani Stanisławo przyznałam się ze skruchą. Ciągle sobie obiecuję, że pójdę, ale czasu brak. Właśnie na sobotę planowałam
A nie zauważyłaś czegoś dziwnego u mamy? zapytała nieśmiało sąsiadka.
O co pani chodzi? nagle się spięłam.
No… czy coś się nie zmieniło w jej zachowaniu? Czymś cię zaskoczyła ostatnio?
Nie odpowiedziałam, ale w środku zrobiło mi się zimno nic takiego. Dlaczego pani pyta?
Oj, Basieńko, nie wiem jak ci to powiedzieć zaczęła się jąkać pani Stanisława. Może nie powinnam się wtrącać
Ale co się stało?! prawie wykrzyknęłam do słuchawki, a w głowie już układałam najstraszniejsze scenariusze.
Twoja mama całkiem zgłupiała na stare lata wystrzeliła sąsiadka.
Bez przesady! Na jakiej podstawie pani tak mówi?
Znalazła sobie chłopa, ot co! Ma romans!
Nie wierzę! roześmiałam się z ulgą. Mama ma już ponad siedemdziesiątkę, jakie tam romanse
Wcale nie mów tak lekko, kochana zmartwionym tonem odparła sąsiadka. Wiem, co mówię! Wszystko na własne oczy widziałam!
Kochanka?!
Mówię ci, nie żartuję! Sama mi powiedziała! zaczęła trajkotać pani Stanisława. Posłuchaj tylko.
Spotkałam ją wczoraj na ulicy. Leżę patrzę pędzi jak burza, nawet mnie nie poznała. Musiałam ją zawołać. A ona mówi: Przepraszam, Stasia, śpieszę się bardzo chcę kupić rybę. Jak myślisz, lepszy dorsz czy mintaj? No, zgłupiałam! Grażyna mówię przecież ty nie znosisz ryb! A ona: To nie dla mnie, dla Wacława. On wcina rybę aż miło patrzeć! I cała aż świeci z radości. Widzisz, o co chodzi?
No ale zastanowiłam się głośno może to jakiś znajomy tylko a sama gorączkowo próbowałam sobie przypomnieć jakiegokolwiek Wacława w gronie znajomych mamy. Jak na złość, żadnego nie kojarzę.
Jaki znajomy! Opanuj się, Basia! To na 100% kochanek przekonywała sąsiadka z całą stanowczością.
Mało tego, przygarnęła go z ulicy! Teraz ten Wacław mieszka u niej, normalnie u niej w mieszkaniu! Wyobrażasz sobie? A może to bezdomny, były więzień, alkoholik, a może jakiś czubek? Sama wiesz, czasy niespokojne, pełno różnych podejrzanych typów.
W ogóle, który normalny facet by sobie tak leżał na ulicy?
Wbiło mnie w ziemię, nie umiałam słowa wydusić, a pani Stanisława dalej swoje:
Tak, właśnie tak! Grażyna mi to sama opowiedziała! Idę mówi patrzę, a on biedny, przemoczony taki, leży w tej kałuży, tylko ślepia do mnie wytrzeszcza. Ale jak mnie zobaczył, to głowę od razu uniósł dumnie i się wyprostował prawdziwy mężczyzna! Wzięłam go do siebie, umyłam, wyczesałam i taki przystojniak z niego! Także, Basieńko, ja na twoim miejscu bym sprawdziła, co się dzieje, i to natychmiast!
Dziękuję pani udało mi się wydukać i szybko się rozłączyłam.
Szczęka mi opadła, byłam totalnie roztrzęsiona. W głowie już miałam obrazek, jak mama wciąga do domu jakiegoś brudnego, mokrego alkoholika. Brrr Nie mogłam się doczekać, aż mąż wróci z pracy trzeba było zwołać rodzinę na naradę.
Moja mama ma kochanka powiedziałam bez upiększeń.
Nazywa się Wacław i opowiedziałam wszystko, co usłyszałam od pani Stanisławy.
Mężowi aż oczy wyszły z orbit. Przetrawiał wszystko w ciszy, po czym nagle wybuchnął:
Może to tylko jakieś plotki tej starej plotkary! Dzwoniłaś do mamy?
Jeszcze nie przyznałam się niepewnie.
To dzwońmy do niej. Może to się da jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Zobaczysz, wszystko się wyklaruje.
Z nadzieją na cud wykręciłam numer do mamy, dałam na głośnik.
Cześć zaczęłam, gdy tylko usłyszałam znajomy głos.
O, Basieńko! Jak się masz?
Mamo… uważnie spytałam jesteś sama?
Nie roześmiała się radośnie siedzę z Wacławem!
Serce mi omal nie pękło. Czyli wszystko to prawda.
A skąd on się wziął? spytałam, próbując zachować zimną krew.
Oj, to cała historia zaczęła bez żadnego skrępowania. Znalazłam go na ulicy, taki był biedny, przemoczył się, leżał bezradny. Nie mogłam go tak zostawić, serce mi się krajało. Teraz mam towarzystwo choć taki, a zawsze mężczyzna w domu śmiała się pod nosem.
Wygłupia się, rozrabia, lepiej się nie nudzę! i wesoło zachichotała.
Opadłam bezwładnie na krzesło. To już naprawdę chyba jej odbiło!
Mamo, tak nie można zebrałam się na odwagę. Nie możesz brać do siebie każdego, kto się napatoczy. Wyrzuć go!
Basia, wstydź się! oburzyła się mama. Jesteśmy odpowiedzialni za tych, których oswoiliśmy, pamiętasz? Poza tym rzadko mnie odwiedzacie strasznie mi było samotnie A teraz znów jest po co wstawać rano, już się tak nie czuję sama! Wacław zostaje i basta! i się rozłączyła.
Mąż wstał energicznie:
Tak tego nie zostawimy! Ubieraj się, jedziemy do twojej mamy!
Zaczęłam się kręcić po mieszkaniu, byłam cała w nerwach. Mąż też chodził po domu, aż otworzył szafę na narzędzia i wyjął ciężką latarkę.
Po co ci to? zapytałam, przerażona.
A jak ten Wacław nie będzie chciał wyjść po dobroci?
Tylko żadnej przemocy! zapłakałam, wyobrażając sobie groźną awanturę.
Po szalonej półgodzinnej jeździe po Warszawie, wreszcie zaparkowaliśmy pod blokiem mamy. Weszliśmy na górę. Mąż zapalił światło, stanął w korytarzu i zawołał:
No i gdzie jest ten Wacław?!
W salonie, w fotelu sobie śpi zdziwiła się mama. O co wam chodzi? Nie spodziewałam się was
Ale mąż już wbiegł do salonu, a ja tuż za nim.
W fotelu rozłożył się wygodnie ogromny rudawy kot! Gdy wbiegliśmy z krzykiem do pokoju, usiadł, zakręcił puszystym ogonem i zamiauczał donośnie.
Poznajcie, to jest mój Wacław! powiedziała mama z dumą, wchodząc za nami.
Przecież to kot! wykrzyknęliśmy zgodnie.
No tak, kot. A co myśleliście? roześmiała się mama, widząc nasze miny.
Wszystko zaczęło się od tego, że zadzwoniła do mnie sąsiadka mojej mamy.







