– Zosiu, gdzie się podziewasz?! Przynieś te ogórki! Ile mam jeszcze na ciebie czekać?!
Wyraźnie straciłem już cierpliwość skoro już podniosłem głos, to nie był dobry znak. Ale Zosia była zajęta. Malowała z niezwykłą starannością lewą powiekę, od czasu do czasu przerywała swoje ruchy nowiusieńką, piekielnie drogą maskarą, zachwycając się efektem. Prawe oko Zosi, wskutek tych zabiegów, nowego eyelinera i cieni, które jej przyjaciółka Baśka z sąsiedztwa oceniła, że takich to tylko na przyjęcie u prezydenta używają, zrobiło się dwa razy większe niż było z natury i już trochę straszyło. Ale Zosia nie miała w planach się zatrzymywać.
O ogórkach moczonych w wannie nawet nie pomyślała; zwyczajnie nie miała czasu na takie rzeczy.
A wszystko przez to, że dokładnie tydzień wcześniej mój mąż ten sam Andrzej, który w tym momencie czarował w kuchni, zakręcając słoiki z ogórkami na zimę zaskoczył mnie ni z tego, ni z owego swoją wolą:
– Chciałbym, żebyś stała się prawdziwą kobietą!
I wręczył Zosi swoją kartę z oszczędnościami odkładanymi przez cały rok.
Powiedzieć, że Zosia zgłupiała, to jak nic nie powiedzieć.
Pierwsze, co pomyślała, to oczywiście awantura. A jakże! Jeżeli Andrzej potrafił zaoszczędzić jakąś sumę i ukryć ją przed domowym budżetem, to pewnie nie tylko wypłaty nie dawał całej, ale może i w czymś innym nakłamał. I co wtedy? Myśli aż huczały w głowie nie do ogarnięcia! Na jaką cholerę to wszystko?!
Zaraz po tej myśli przyszła kolejna. Jeszcze nie zdążyła nawet ust otworzyć, klapnęła na taboret stojący w kuchni i całkiem zapomniała o niedogotowanym barszczu, który właśnie wykipiał na gazie.
– Co to znaczy prawdziwą kobietą?!
To były emocje! Miała ochotę wykrzyczeć wszystko na cały blok i stłuc nowiutki, świeżo sprezentowany przez teściową serwis, o którym marzyła jak o niczym dotąd na świecie. Serwis był bajecznie drogi, i Zosia śniła o nim tylko w słodkich snach. A teściowa tak po prostu, wręczyła jej paczkę! A gdy Zosia płakała, dotykając talerzy, teściowa się zaśmiała:
– Oj, Zośka, co ty taka naiwna?! Ja dla ciebie wszystko zrobię, tylko wy żyjcie szczęśliwie!
Dlaczego to zrobiła Zosia nie wiedziała. Tłumaczyć się nie zamierzała. Przytuliła najpierw Zosię, potem syna, wycałowała wnuki i wróciła na swoje. I zawsze powtarzała, że woli u siebie w domu, bo gospodarstwo samo się nie poprowadzi.
Zosia się z nią nie kłóciła. Odwoziła wnuki na weekendy, dbała, żeby dzieci były grzeczne, a przed każdym wyjazdem myślała, jaką radość jeszcze sprawić tej, która bez słowa i wyrzutów przyjęła ją do rodziny.
A i Zosię było za co przytykać. Nawet rodzina próbowała, więc czego oczekiwać po teściowej, którą przed ślubem widziała raz w życiu, kiedy Andrzej przywiózł ją z synkiem na pierwsze poznanie. Pół godziny bała się wyjść z samochodu, raz oglądając się na śpiącego syna, raz pytając Andrzeja:
– Może nie trzeba? Co jej powiem? A co ona mi powie?! Przegoni nas, jak nic!
– Skąd ci to przyszło do głowy?! dziwił się Andrzej.
– Bo kiedy urodziłam Kubę, własna ciotka mnie wyrzuciła. Powiedziała, że jestem obca, bo ich tak skompromitowałam! Myślisz, że twoja mama mnie choćby ciepło przyjmie? Z dzieckiem? Oj, Andrzej, naiwny jesteś jak dziecko tak nie ma!
– Nie przesądzaj! Może cię zaskoczy.
Nie miała ochoty na niespodzianki. Ale wracać też nie wypadało. Wzięła śpiącego synka na ręce i poszła za narzeczonym.
Pani Janina mama Andrzeja faktycznie ją zaskoczyła. Przywitała się spokojnie, dokładnie przyglądając się przyszłej synowej, po czym wyciągnęła ręce:
– Dasz na chwilkę? Położę go w sypialni, biedaczek się namęczył podróżą
I Zosia sama nie wiedzieć czemu, podała Janinie swojego synka. Kuba nawet nie protestował. Zmrużył oczy, zamamrotał coś, mocniej przytulił Janinę do szyi, która zaczęła łagodnie go uspokajać i natychmiast zasnął.
Babcią babcisią Janinę Kuba nazwał natychmiast, gdy tylko nauczył się nowego słowa. Janina nie protestowała i tym zdobyła Zosi serce.
Syn Zosi urodził się wcześnie skończyła ledwo osiemnaście. Kim był ojciec, wiedziała cała wieś. Gadała, plotkowała, zastanawiając się, czy Franek Mielczarek ożeni się z Zosią Burdą, czy znów tylko się pobawi, jak z innymi dziewczynami. O Franku głośno nie mówiło się dobrze. I Zosia dobrze wiedziała. Omijała go szerokim łukiem, nie chcąc nawet na niego patrzeć.
Ale Franek był chytry jak lis. Wiedział, co powiedzieć dziewczynie i jak się wkraść do serca tak, że już nie wypędzisz. Tam, gdzie nie wychodziło słowem, próbował siłą i dziewczyny potem chowały swój wstyd, milcząc.
Zosia nie przemilczała.
Wracając raz z Krakowa, gdzie odwiedzała ciotkę, wróciła późno, bo bus dojechał tylko do sąsiedniego miasteczka. Kierowca nie dał się uprosić.
– Nie będę dla jednej robił nadkładów! Piechotą przejdziesz! Deszczu nie ma, przespacerujesz się! A ja muszę do domu.
Nie miała wyjścia szła pieszo.
Franka polonez dogonił ją tuż przy wsi.
– Zosia, czemu tak sama, wieczorem? Wsiadaj, podwiozę.
– Dziękuję, Franek, sama dojdę! odsunęła się, ale na nic
Wróciła do domu w podartych ubraniach i we łzach. Nie wchodząc do środka, gdzie spała chora mama, zmyła się w łaźni, próbując do rana zetrzeć z siebie zapach Frankowych rąk i śliny. Płakała, zła na siebie, że była naiwna; martwiła się tylko, żeby mamie serce nie pękło, bo lekarz ostrzegał:
– Ze zdenerwowania może się jej stać wszystko. Rozumiesz, Zosieńko?
Zosia rozumiała, jak najbardziej. Oprócz mamy nie miała innych bliskich. Ciotka się nie liczyła wówczas tak myślała. Dowiedziała się dopiero potem, jak jest naprawdę.
Mama nigdy się nie dowiedziała. Zosię była na piątym miesiącu, gdy matka cicho odeszła we śnie, zostawiając córkę całkiem samą.
Ciotka, która przyjechała pomóc, od razu się wypięła:
– Sama sobie narobiłaś sama sobie radź! Na mnie nie licz! Czemu do dzielnicowego nie poszłaś?! Czemu nie powiedziałaś?! Może byś już była po ślubie! Teraz to już sama sobie radź nie mieszaj mnie w swoje sprawy!
Zosia, ledwo trzymając się na nogach, nie załapała od razu, o co jej ciotka. Gdy po kilku dniach dotarło, że pomocy nie będzie, wzięła się w garść i poszła na komisariat.
– Zosiu, czemu nic nie powiedziałaś wcześniej?! załamał ręce dzielnicowy. Ja mu pokażę! Niebo się nad nim zatrzęsie!
Franka posadzili.
Kiedy Zosia opowiedziała wszystko, wyszło, że ten kombinator spłodził dzieci po całej gminie. Nawet siedem doliczono! Matki początkowo nic nie mówiły, potem się rozgadały, sprawa potoczyła się dalej.
Matka Franka, gdy sąd ogłosił wyrok, przekleła Zosię przy wszystkich na środku wsi i życzyła, żeby jej dziecko było chore albo się w ogóle nie urodziło.
Ale sąsiedzi Zosi w obronie nie dali skrzywdzić. Tej samej nocy Bugałów wrota ktoś smarem wysmarował, a kilka miesięcy później musieli dom sprzedać i wyjechać.
Zosia urodziła silnego syna, w którym o dziwo nie było śladu Frankowego wyglądu. Cały był po Burdach. Nos i uszy po ojcu Zosi, którego ledwo pamiętała, bo odszedł, zanim dorosła na tyle, by go pamiętać; kręcone włosy i brązowe jak czereśnie oczy po babci.
Sąsiedzi pomagali w gospodarstwie i ubrankami dla malucha. Ktoś nawet kołyskę przyniósł. Resztę pieniędzy po mamie Zosia oszczędzała, wiedząc, że najtrudniejsze przed nią wychować samotnie dziecko to nie żarty.
Ledwie odetchnęła, a tu z miasta przyjechała ciotka z wujkami braćmi nieżyjącej matki. Zosię do tej pory nawet nie widzieli z siostrą się pokłócili.
– Wiesz co, Zosiu Musisz się wyprowadzić! powiedzieli nerwowo. Dom jest nasz, rodzicielski. Będziemy dzielić uczciwie. Jak matka żyła nikt nie podnosił tematu. Była umowa ona mieszka, zostawiamy was w spokoju.
– A teraz?
– Teraz wszystko się zmieniło. Potrzebujemy pieniędzy! Dom chcemy sprzedać.
– A ja dokąd pójdę?
– To już twój problem. Dostań część po matce, nie jesteśmy potworami, a co dalej sama zdecyduj.
Zosia się zamyśliła. Za te pieniądze w wiosce nic nie kupi, nawet rudery. Trzeba więc do miasta. A tam bez wsparcia nikogo nie znała Ciotka patrzyła na dziecko jak na zmartwienie. Szła zobaczyć kołyskę Kuby, ale zaraz odwróciła się, mrucząc, że Zosia nie powinna była w ogóle rodzić
Zosia nie słuchała, bo kto jej, obcej, będzie mówił, komu ma życie dawać, a komu odbierać! Syna nikomu nie da skrzywdzić!
Rodzina odjechała, a Zosia w płacz żal opuszczać dom rodzinny to rzecz święta.
Sąsiedzi nie tylko gadali o sprawie, ale i działali. Nazajutrz do Zosi przyszedł dzielnicowy.
– Wiesz co, Zośka W sąsiedniej wsi jedna kobieta sprzedaje pół domu. Porządna osoba, znam ją. Męża pochowała, dzieci wyjechały, sama nie daje rady. Dom wielki. W weekend cię zawiozę, poznasz, popatrzysz, zdecydujesz.
– Dziękuję panu! o mało się nie rzuciła dzielnicowemu na szyję.
– No i dobrze! Jak tam Kuba?
– Rośnie!
Uśmiechnął się, pogroził małemu palcem i poszedł, a Zosia westchnęła, gładząc zdjęcie mamy.
– Damy sobie radę, mamusiu! Nam dobrze będzie!
Z Terenią właścicielką domu Zosia porozumiała się od razu.
– Nie bój się mnie, Zosiu. Jestem spokojna, ale bałaganu nie lubię. Gdyby u ciebie wszystko było cicho i zgodnie, dogadamy się. Z dzieckiem też pomogę, jeśli będziesz chciała. Tylko jak do pracy pójdziesz, a nie, że mam ci pilnować, gdy sobie gdzieś wyjdziesz! Uprzedzam.
– A praca tu jest? Nie zaszkodziłaby mi.
– Jest! Moja znajoma szuka sprzedawczyni do sklepu. Ma trzy punkty w wiosce, właśnie otworzyła kolejny. Pogadam za ciebie?
– Bardzo proszę!
– No to świetnie! Dwa w jednym! Dobry dzień!
I właśnie w sklepie Zosia poznała Andrzeja. Przyjechał w odwiedziny do matki, a ta kazała mu coś kupić na stół.
Zosia zapakowała mu zakupy i ani się spostrzegła, jak wygadała się o wszystkim o Kubie, o Tereni, która stała się maluchowi drugą babcią, i o sobie Chociaż nigdy nie była gadułą, tu po prostu jej się otworzyło.
Andrzej nie przerywał, słuchał w skupieniu, a żegnając się już wiedział, że nie będzie miał spokoju od tych czereśniowych oczu i cichego głosu Zosi, który odezwał się już w jego duszy.
Nie wrócił do Zosi od razu; nie wiedział, jak jej powiedzieć, że jemu też lekko nie było. Żona zniknęła bez śladu, zostawiając dwójkę dzieci; młodszy miał wtedy trzy miesiące. Sam musiał się nimi zająć, bo matka nie mogła się odłączyć od chorego ojca nawet na minutę. Synowie, choć kochani, często w nocy płakali, wołając matkę, której już nie pamiętali.
Andrzej nie wiedział, jak to wszystko wyjaśnić Zosi, więc kręcił się wokół sklepu, w którym pracowała, ale nie znajdował odwagi, by wejść.
Nie przewidział tylko jednego. Zosia o nim nie zapomniała i postanowiła wypytać o Andrzeja Terenię. Kiedy więc wreszcie się zjawił, ona wiedziała już wszystko.
– Ile ma starszy? rzuciła mu, ledwo wszedł.
– Trzy lata skończy w przyszłym tygodniu.
– Młodszy?
– Urodziny miał przed miesiącem.
– Tak jak mój Kuba.
– Zosiu…
– Poznaj mnie z nimi. Później zobaczymy.
I tak się zeszli.
Ślub był skromny, w rodzinnym gronie. Potem pojechaliśmy z dzieciakami nad morze, a Zosia cieszyła się jak nigdy, bo nigdzie wcześniej nie była.
I jak tu się nie cieszyć? Rodzina, mąż, dzieci. Szczęście
Choć trzeba było za nie zawalczyć. Najpierw gdy starszy syn zachorował i Zosia spędziła z nim dwa miesiące w szpitalu, powierzając pozostałe dzieci teściowej. Potem, gdy biologiczna matka chłopców pojawiła się i zażądała ich powrotu. Wtedy Zosia pokazała pazur nie oddała dzieci. Pojechała do rodzinnej wsi, poradziła się dzielnicowego, przeszła wszystkie formalności, by zostać matką dla chłopców nie tylko sercem, ale i prawnie.
Biologiczna matka jak się pojawiła, tak znowu zniknęła, nawet nie czekając na wyrok sądu, a Zosia wreszcie mogła odetchnąć, gdy teściowa po przytuleniu po prostu powiedziała:
– Teraz mogę być spokojna o wnuki!
Mijał czas, dzieci rosły, a Zosia była nadal tą samą cichą, czasem płochliwą, często uśmiechniętą, lecz cały świat wiedział taka jest tylko z pozoru. Mruczy jak kotka pod słońcem, ale gdy ktoś dotknie jej rodziny rzuci się jak lwica.
I teraz takie coś! Że niby nie jest kobietą?!
Całą noc po tym jak Andrzej wręczył jej kartę, Zosia nie spała. Przewracała się, co rusz patrząc w lustro. Oglądała siebie w świetle lampki nocnej, raz bokiem, raz przodem i nie mogła zrozumieć, co niby jest z nią nie tak. Nie chciała pytać męża, była obrażona. Rankiem, posłała dzieci jedno do przedszkola, drugie do szkoły i poszła do Basi.
– Basia, co robić?!
Basia była podobna do Zosi trochę z innego świata. Doszły do wniosku, że najlepiej doradzą kobiece czasopisma. Przecież nie powstają bez powodu, prawda? Skoro tylu ludzi je czyta, coś mądrego musi w nich być!
Zebrały wszystkie gazety, jakie były w domu, i po pół godziny już wiedziały, że prawdziwa kobieta musi dobrze się odżywiać, dobrze ubierać, zgrabnie się malować i w ogóle robić wszystko odpowiednio inaczej jest nikim, przy dobrym układzie może ze wstążką, a jeśli jak Zosia nawet tego nie ma, to już pozostaje tylko się śmiać.
Wstążki Zosia nie kupiła. Ale pojechała z Basią do miasta. Kupiła dobrą kosmetykę, nową nocną koszulę i piękne szpilki, które bała się wyjąć z pudełka, żeby dzieci nie zniszczyły.
Andrzej jej starań nie docenił.
Właśnie kończyła nakładać cień na powiekę, gdy drzwi do łazienki się otworzyły, a Zosia przypadkiem wbiła sobie pędzelek prosto w oko! I wtedy zdecydowała, że tym prawdziwą kobietą to nie chce być.
– Zosieńka, co się dzieje?! jęknął Andrzej, widząc, jak żona podskakuje na jednej nodze, łzawiąc i próbując przetrzeć oczy, spływające łzami.
– To twoja wina! syknęła przez zęby Zosia, wreszcie przypominając sobie, że powinna się zmyć, a nie rozcierać pracowicie nałożony makijaż po twarzy i łazience. Chciało ci się kobiety?! To masz!
Andrzej w końcu załapał, o co chodzi, objął żonę i powstrzymał jej krążenie po łazience:
– Spokojnie, wariatko. Pomogę ci.
I myjąc jej buzię ciepłą wodą, wymruczał:
– Pewnie, że jestem gamoniem, ale sama też nie lepsza! Wiesz, że nie jestem wygadany. Mogłaś zapytać! Sama sobie wymyśliłaś, sama się na siebie obraziłaś!
– To czemu dałeś mi te pieniądze i powiedziałeś, że nie jestem kobietą? próbowała się uwolnić, ale objął mocniej.
– Bo odkąd jesteśmy razem, nigdy nie pozwoliłaś sobie na nic ekstra! Wszystko dla dzieci lub dla mnie. Nawet moją mamę rozpieszczasz! Siebie nigdy! To zdrowe? Dlatego postanowiłem, że dostaniesz trochę gotówki i sama sobie coś kupisz. Jak te kobiety w gazetach, które chodzą po sklepach i kupują, co chcą.
Teraz Zosia zaniosła się śmiechem.
Tak się śmiała, że prawie nie mogła przestać. Dzieciaki, nie rozumiejąc na początku, czy mama płacze, czy się śmieje, też narobiły hałasu, i chwilę trwało, nim wszyscy się uspokoili.
A wieczorem, gdy położyła dzieci spać, Zosia wyszła na ganek, podniosła twarz do nieba i uśmiechnęła się do siebie, wspominając cały dzisiejszy bałagan.
– No, wszystkich w końcu ułożyłem do snu! podszedł Andrzej i usiadł obok niej na schodku.
– Porządnie przykryte?
– No jasne! Ogórki wyjdą pierwsza klasa!
– Oby! Niedługo bardzo się przydadzą! uśmiechnęła się Zosia, kładąc rękę Andrzeja na brzuchu.
– Żartujesz! I nic nie powiedziałaś?! zdziwił się Andrzej, obejmując ją mocno.
– A kiedy miałam? Ciągle ogórki lub jakieś sprawy. Dla mnie czasu brak!
Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nie pozwolił jej Andrzej.
Najpierw pocałował, by pamiętała, że kobieta nie powinna zapominać o tym, a potem przytulił mocniej, by czuła, gdzie jej miejsce przy sercu, lekko ukośnie, tam, gdzie dusza oddycha.







