Kamienna kobieta
Halina Wiśniewska została przywieziona karetką, znaleziono ją na ulicy. Upadła prosto w paskudną, zimną breję, brakło jej sił, żeby wstać. Mężczyźni podnieśli półprzytomną Halinę i zapakowali do ambulansu, a potem dostarczyli do Izby Przyjęć.
Duża, postawna kobieta w garniturze, na nogach wysokie kozaki, klasyczny makijaż podkreślający jej wypukłe oczy i pełne usta, w uszach ciężkie kolczyki z bursztynem, na kolanach skórzana torba Halina wjechała do szpitala siedząc na wózku. Kategorycznie odmówiła podróży na leżąco; gdy tylko przytomność jej powróciła, zbeształa kierowcę karetki za tytoń, którym śmierdział, ratownikowi wypomniała powolność, a praktykantowi z technikum wręcz zakazała się do niej zbliżać.
I wcale nie miałem takiej ochoty! mruknął chłopak z nadąsaną miną.
To śmiało, jeszcze mi tu pokaż chamstwo, młody człowieku! Śmiało, zobaczymy, kto kogo dotyka! odpaliła Halina, opierając się na podłokietnikach i poprawiając się w krześle na kółkach. Potem, niczym podenerwowana sowa, zgarbiła się, przyciągnęła torbę pod brodę, a ramionami objęła się jakby sprawdzała temperaturę pomieszczenia i zaczęła bacznie lustrować szpital, zasuwała się brwiami na środku twarzy rzeźbionej niczym z granitu. Skórę miała poprzetykaną siecią naczynek, przykrytą grubą warstwą podkładu, który po zastrzyku, gdy Halina się spociła, zbił się w brzydkie smugi na zmarszczkach. Jedźmy dalej, tu się nie da czekać, wieje, przeciąg! rzuciła, wskazując zatłoczony korytarz.
Pani w recepcji spojrzała na Halinę ostro, odebrała papiery od ratownika, oznajmiła, że dalej już Halina jest na nich, a panowie mogą wracać.
Przełom nadciśnieniowy, straciła przytomność na ulicy Głowy nie uderzała Teraz ciśnienie… meldował chłopiec w niebieskim fartuchu.
Dobrze, Romek. Już idźcie! Bez was tu miejsca brak! pogłaskała go pielęgniarka. Chłopak był do niej bardzo podobny musiał być jej synem.
Trzeba trzeba pomagać dzieciom znajomych, pomyślała odruchowo Halina.
Głowa pulsowała bólem, ręce odpadały z sił, gdy opadały bezwładnie na kolana torba dyndała na skraju, grożąc upadkiem na podłogę, a Halina nie miałaby już sił jej potem podnieść. W zasadzie nie miała siły już na nic. Nawet mówić ciężko. Język jakby spuchnięty, przykleił się do podniebienia, pragnienie paliło.
Proszę o wodę rzuciła głośno i możliwie wyraźnie, do nikogo konkretnego.
Nikt jej nie usłyszał. Wokół kotłował się tłum, rodziny przepychały łóżka z chorymi, pocieszały, wypytywały, roztrząsały otępiałych bliskich. Między nimi lawirowali lekarze, poprawiali stetoskopy, czytali podtykane papiery, rozprowadzali chorych po gabinetach i krzyczeli coś do siebie. Pielęgniarki też zajęte były swoimi sprawami, najpotrzebniejsze i najważniejsze, ale nie miały nic wspólnego z Haliną.
Gdzie Baranowska? Kto to Baranowska? zapytała jedna z nich, w myślach przechrzcina przez Halinę na medyczkę.
Ja jestem odezwała się Halina, a potem głośniej. To ja!
No to tu jest próbka, tam jest toaleta, potem krew. Zdejmij pani czapkę! Nie jesteśmy na Syberii!
Halina zapomniała, że siedzi w futrzanej czapie, jak bohaterka Czterdziestolatka. Nic dziwnego, że pot jej cieknie po czole i pali wierzch głowy.
Niechętnie zsunęła czapkę, przełożyła z rąk do torby, mając nadzieję, że nie upadnie. Duża skórzana torba, włoska, była już wypchana dokumentami. Halina nie zamierzała tu długo poleżeć, jak poczuje się lepiej do domu, niech wypisują. Czekały sprawy, okna, firma do ogarnięcia.
Pielęgniarka położyła jej pojemnik na analizę na kolanach.
Halina Wiśniewska. Duża, masywna kobieta. Zawsze taka była: duży noworodek, potem wyrośnięta dziewczynka, dziewczyna, kobieta. Ale jakaż ona… powtarzano matce Haliny w przychodni. Ale wyrosła, a jakie stopy! kręcili głowami sprzedawcy w obuwniczym, gdy młoda panna rosła z pantofli.
Przy matce Halina wydawała się olbrzymką. Geny po tacie gigancie, który jednak spłonął w chorobie nowotworowej, gdy Halina miała osiem lat.
Halina zawsze się siebie wstydziła. Jak Gulliver w przedszkolu chodziła wśród uciekających rówieśników; trzymali się z dala, dziwna im się wydawała. W szkole było podobnie. Tylko na sportowych zajęciach poczuła się dobrze. Mama weszła w romans z trenerem, by odciążyć mieszkanie zapisała córkę na lekkoatletykę. Rzut dyskiem, kula tu Halina się odnajdywała. Kilka kontuzji i potem całe życie ciągnące od zimna barki, ale co z tego czuła się potrzebna. Później brutalnie zawiodła się, biorąc zalotne mrówki za miłość, popełniła głupstwa, dorosła, pochowała mamę, i zbudowała siebie na nowo kobietę, za którą każdy się oglądał, nieraz z podziwem.
Halinka zaczynała w spółdzielni mieszkaniowej, zarządzała majstrami i remontami, potem ukończyła kursy, nadeszła transformacja, jak grzyby po deszczu rosły firmy i firemki. Halina z ekipą wykończeniową robiła remonty po budowach. Często brano ją za faceta, a potem, rozumiejąc, że to kobieta, śmiano się z niej, ale nikt nie ośmielił się jej krzywdzić. Swoja. Była surowa, czasem szorstka, nie lubiła spędów, imprez. Ale swoja.
Halina Wiśniewska pozostała poważna, kamienna.
Baba z kamienia mówiono za jej plecami.
Potem założyła swoją firmę, Okno na świat. Halina została szefową od szyb, poznając arkana fachu, zdobyła szacunek.
Nie była czuła dla pracowników; herbat nie popijała, ale mieli w niej oparcie jak w murze. Jako szefowa decydowała o życiu swoich ludzi, uszczęśliwiała ich na siłę wysyłała do lekarza, kierowała na imprezy z okazji, beształa, gdy zostawali po godzinach, załatwiała badania okresowe, wręczała paczki na święta, ale nigdy nie przebrała się za Śnieżynkę, było to abstrakcyjne przy jej gabarytach.
O wszystkim wiedziała nawet o teście ciążowym sekretarki, który dopiero miała zostać kupiony. Halina już wiedziała, że test wykaże dwie kreski i rozglądała się za kliniką dla chorej Tosi.
Wiedziała o rodzinnych awanturach, nieprzyjętych lub przyjętych na studia dzieciach, o kuzynach z Piły, którzy nagle się zjawiali. Szefowa zamawiała produkty dla tych drugich, załatwiała kontakty na uniwersytetach dla pierwszych. Miała wszystko rozpisane. Życie nauczyło ją, by sama siebie broniła, a z czasem innych, słabszych, osobliwych, którzy nie dają rady samotnie.
Nie miała przyjaciółek. Tak było łatwiej. Świat był mniej groźny, bo nie musiała słuchać, jak ktoś nazywa ją naszą kolubryną.
Baba z kamienia nie myliła się, nie rozczulała, nie kręciła. Mówiła prosto z mostu, ale zawsze patrząc daleko naprzód. Gdy zwalniała kogoś, szukała mu alternatyw, a on mógł odrzucić propozycje wtedy przestawała się nim martwić.
Tyran? Raczej pociąg sunący po torach ku lepszemu jutru. I niech tylko ktoś spróbuje stanąć mu na drodze. Pociąg nie zatrąbi po prostu rozjedzie. A w tym pociągu jest przedział chłopiec Szymon. To dla niego się starała
Niewielu nie wytrzymało jej tempa. W dobie bezrobocia i walki z młodymi wokół Haliny zebrało się grono oddanych ludzi.
Na nich teraz wsparcie i nadzieja. Oby tylko nie zawalili umów z dostawcami, podczas gdy Halina leży w szpitalu!
… Co to jest?! Nie pójdę! Halina zrzuciła pojemnik na podłogę. Mam nadciśnienie, muszę się położyć! Nie umiecie czytać?
Nie szalej, kaczko! ożywił się mężczyzna o wyglądzie kloszarda, z bandażem na głowie, siedzący na ławie. Podniósł pojemnik, obejrzał z każdej strony. Chcesz, to za ciebie zrobię. Ha, ha! Ale wtedy dasz czapkę, za darmo nie robię… Lubię takie duże dziewczyny!
Sobie pomóż! odburknęła Halina, odepchnęła się nogą i odjechała wózkiem do drugiej ściany. Rączki wózka otrząsnęły się na ścianie, znacząc ślady.
Kobieto, co pani robi! Ledwie skończyliśmy remont, nie niszczcie ścian! zganiła kobieta z plakietką. Sylwia, czyja ta pani? Gdzie ją?
Jestem swoją. Idę. Jaki adres tej waszej mordowni? trudniej podnosząc się, spytała Halina. Muszę wezwać taksówkę. Telefon
Gdzie się pani spieszy?! Czekać trzeba. Zaraz zobaczy panią lekarz, poleży pani, dojdzie do siebie powiedziała bardziej pojednawczo ta sama kobieta, która nazwała ją przedtem tą.
Ale Halina już wybierała numer.
Szymon? Janka, daj mi syna! rozkazała przez komórkę. Wiem, że coś robi, ale to ważne. Jestem w szpitalu, a jutro mam spotkania. Potrzebuję Szymona.
Nie lubiła rozkazywać, choć mogła zaryczeć tak, że wszyscy posmutnieli. Nie dziś. Zawsze rzeczowo przedstawiała sytuację, by po drugiej stronie było jasne, że sprawa poważna, a potem mówiła, czego potrzebuje.
Janka, synowa, poszła do łazienki, zapukała. Mąż wyłączył prysznic: Co jest?
Twoja mama dzwoni. Leży w szpitalu.
Co? Poczekaj, wyjdę za dziesięć minut! odpowiedział Szymon i wrócił pod strumień.
Czy słyszał, co mówiła żona? Dobrze słyszał. Skoro matka dzwoni, to żyje i wszystko ogarnia może poczekać.
Szymon czekał na mamę, czekał przez całe dzieciństwo: z rana do wieczora, aż wróci.
Mama miała swoje sprawy, potem kunsztownie nazywane biznesem, dzięki którym mogli przeprowadzić się do lepszego mieszkania działalność polegała na montażu okien. Halina wymieniała okna w Szymkowej szkole za co zawsze jako gest charytatywny, pomagała znajomym urządzać domy, bo miała kontakty wśród ekip remontowych. Swoją sieć rozpostarła szeroko, trzymała całą drobnicę, która kręciła się wokół jej interesów, prowadziła, kierowała, podpisywała i zrywała umowy. Tylko jedna mała rybka o jeżowatym, jak sam uważał, imieniu Szymon, zawsze była w innym sadzawce.
Mama nie biła, nie krzyczała, przychodziła, sprawdzała lekcje, kiwała głową, jak było dobrze, jak źle poprawiała błędy i pokazywała na pokój syna: poprawić wszystko do ideału, mawiała. Potem, oszczędnie, tłumaczyła, czemu warto się starać.
A że kocha? Po prostu, tak zwyczajnie? Nigdy nie mówiła. Nie szeptała do snu, że Szymon jest jej najwspanialszy, nie mówiła, że kocha go zawsze, za to, że po prostu jest jej synem. Milczała.
Nie kocha! Do takiego wniosku doszedł Szymon mając dziewiętnaście lat. Dzięki niej zdał maturę, dzięki niej nie musiał dorabiać, jasne. Ale czy nie o to chodzi matce? Miało się dziecko, to wychować trzeba. Nie prosił, żeby go rodziła, a skoro już zdecydowała niech stawia go na nogi, ale potem niech nie przeszkadza. Szpital? Przecież to nic ważnego!
Halina usłyszała, jak Janka burknęła, że Szymon oddzwoni za dziesięć minut.
Halino, co się dzieje? zapytała Janka. Mogę pomóc?
Halina nie odpowiedziała, rozłączyła się. No to na pytanie, do kogo należy, mogła śmiało powiedzieć: do nikogo. Swoja własna. Syn oddzwoni, gdy uzna to za stosowne, synowa przeżuwa gumę i chyba boi się, że teściowa zaraz przykuje ją do swego ciężkiego ciała. Do nikogo. I lepiej tak.
Halina spróbowała wstać, oparła się o ścianę. Krzesło odjechało, nogi się ugięły. Upadła ciężko na podłogę. Toczył się nieszczęsny pojemnik na próbkę moczu, z torby wypadła cała zawartość, a futrzana czapka czuwała przy twarzy właścicielki na podłodze.
Tylko nie to… przeklął pijaczyna i rzucił się podnosić Halinę. W czasie podnoszenia dyskretnie schował do kieszeni jej portfel i zdjął z palca pierścień z bursztynem.
Wydało się Halinie, że mężczyzna ten kogoś jej przypomina, ale… nie sposób było sobie uzmysłowić.
Nic nie czuła, oddychała chrapliwie, z głową opartą o ramię, a w jej uszach brzmiała jednostajnie powtarzana komenda: Trzymać się prawej strony, trzymać się prawej…
Halina zwykle jeździła do pracy samochodem. Sama nie prowadziła, nie lubiła się rozpraszać ruchom czy znakami. Woliła w aucie załatwiać sprawy, czytać dokumenty lub patrzeć przez okno. Miała swojego kierowcę Romana Gawryłowicza, który o 7:30 podjeżdżał, otwierał drzwi wielkiej Halinie, poprawiał płaszcz, odpalał Mozarta i jechali. Tak było latami. Roman nie miał żalu, czerpał korzyści z kontaktów Haliny. Lekarstwa dla chorej żony, zniżki na wczasy, premie, nagrody. Zdarzało się, że Halina dzwoniła w środku nocy, bo trzeba było lecieć z reklamacją do Poznania czy Wrocławia. Roman całował śpiącą żonę, pędził. Szefowa kiwała głową, sucho przepraszała, że go ruszyła, ale w kontrakcie miał wszystko zapisane.
Dziś jednak Roman zakorkował się pod blokiem, bo tył jego auta wbiła śmieciarka.
Pani Halino, może lepiej wezwać taksówkę? Ale się wywróciliśmy w dzień dobry! kiwał głową Roman.
Nie trzeba. Metrem dojadę pokręciła głową Halina, choć ledwie się czuła. Przestraszyła się po uderzeniu? Tak. Bardzo? Nie. Była twarda, wiele ją nie ruszało, pieniądze rozwiązywały większość spraw. Dokończ papierologię i daj znać, naprawą auta się zajmę później.
Poszła, wielka niczym chmura, do metra. Przechodnie schodzili jej z drogi. Imponująca, monumentalna. Do filmu o olbrzymach by się nadawała.
W metrze duszno, ludzie płyną, zatrzymują się, ruszają dalej. Trzymać się prawej… usłyszała w przejściu przesiadkowym przy rondzie ONZ. Wszyscy się stosują. Halina też trzyma się prawej, bo zaraz studenty stratowałyby w biegu. Każdy gdzieś pędził…
Teraz dzień dobiega końca; po zamieszaniu, badaniach, strzykawkach i pipczącym sprzęcie, przewieźli ją na oddział, z trudem przetransportowali na łóżko, przykryli prześcieradłem. Leżąc, na półprzytomna, nadal w wyobraźni słuchała: trzymać się… trzymać się…
W sali ciemno, pachnie perfumami, lekami, jakoś też kaszą gryczaną i waniliowymi sucharkami. Halina je lubiła, choć jadała rzadko.
Trzeci piętro, przez okno nie widać zatłoczonej, rozświetlonej nocą alei niczym świątecznej girlandy…
O, Halina pamiętała, jak kupiła podobną girlandę w Smyku. Po dziecko do przedszkola Szymon siedział sam w szatni, a wychowawczyni już zakładała płaszcz.
No widzisz, Szymon, mama przyszła! A ty się martwiłeś! zawołała radośnie.
Szymon powstał, szybko otarł łzy, żeby mama nie widziała, zakładał czerwony kombinezon bardzo go lubił, ale udawał, że nie robi to na nim wrażenia. Robił to na złość mamie. Chciał jej się odgryźć… Za wszystko. Inne dzieci mają ojców, on nie. Inne mamy są pogodne, w spódnicy, z troską pomagają dzieciom, tulą, witają innych. U niego mama stoi jak góra, spokojnie czeka, nie pomaga. Stoi.
Co masz w pudełku? spytał Szymon, idąc obok.
Och, synku! Girlandę! Zawiesimy na choince, będzie pięknie! nagle kobieta monolit ożywiła się, aż Szymon był wzruszony: prawdziwa mama…
Przez całą drogę chłopiec wyobrażał, jak te lampeczki rozbłysną na gałązkach jego rachitycznej sztucznej choinki, jak odbiją się w szklanych bombkach. Chciał się pochwalić kumplom…
Gdy w domu powiesili girlandę, nie działała. Mama skłamała, nie będzie świąt… Mama szybko zwinęła lampki do pudełka.
Chodź jeść. Mam prasowanie rzekła.
Oczywiście za dwa dni przyniosła naprawioną przez panów z pracy girlandę, ale Szymon już się rozchorował i nie poszedł do przedszkola, więc nie pochwalił się już nigdy swoją piękną choinką…
Dziś jakaś nieznana siła nad ulicami rozwiesiła taką właśnie girlandę, podłączyła do ludzkich serc i wysłała prąd. A żarówka Haliny jakby się przepaliła i wymagała naprawy…
Do sali weszła drobna pielęgniarka w różowym fartuchu.
Proszę nie otwierać oczu, zmyję pani tusz do rzęs. Inaczej zapiecze. Nie, nie otwierać, proszę. Ja się zajmę.
Dotknięcie zimnego wacika na policzku było przyjemne, Halina niemal oniemiała.
Przyjemne… Boże, jak przyjemnie! Pielęgniarka coś półgłosem powtarzała…
Halina przypomniała sobie mamę. Już dawno nieżyjącą. W wrześniu pojechała na grób, zapłaciła panom za odnowienie ogrodzenia i nagrobka, posiała niezapominajki. Miała wątpliwości, czy to jeszcze pora, szerokim gestem rozrzucała nasiona po ziemi.
Przysypać? Inaczej gołębie zjedzą! pytali faceci, mając nadzieję na bonus. Kamienna kolubryna stała cicho, potem kiwnęła, dopłaciła i poszła. Nie czekała, aż skończą. Na wiosnę pewnie i tak nic nie wyrośnie… Byłoby trzeba jej dożyć.
Mama, gdy chorowała, przecierała Halinę nagrzanym na kaloryferze ręcznikiem, czyściutkim, pachnącym.
Nie trzeba, po co to? odsunęła się Halina. Odpocznę, sama się ogarnę. Nie trzeba.
Proszę być cicho. Musi pani odpocząć, nabrać sił. Już kończę. Teraz włosy oswobodzę. Już
Pielęgniarka podniosła jej głowę, zdjęła wsuwki.
Zapłacę, Halina odruchowo sięgnęła po torbę. Portfel Nie ma Nie znajdę
Łzy pociekły jej po policzkach.
Drugi raz w życiu ją okradziono. Pierwszy raz w metrze, ktoś rozciął torbę, wyciągnął portfel z jedynym zdjęciem Szymona, pamiątkową monetą i listą zakupów. Siedziała potem na ławce i płakała jak dziecko, choć była wielka jak skała.
Szkoda… szeptała, wycierając łzy. Szkoda…
Nie o pieniądze chodziło. Szkoda torby, pierwszej w życiu markowej, szpanerskiej na negocjacje. I portfel był z tej samej miękkiej granatowej skóry. Idąc korytarzem biura dumnie, Halina aż się cieszyła… Trzeba było dać do krawca i zostanie szrama na torebce i na duszy.
Teraz znowu szkoda. Pewnie ten typ z izby przyjęć.
Nie trzeba. Leżeć pani, przyniosę ciśnieniomierz zaszeptała pielęgniarka.
Pielęgniarka, żegnając się, zaraz wróciła i założyła mankiet. Halina pogrążyła się we śnie, miękkim jak karmel…
Szymon, wychodząc z łazienki, całkiem zapomniał o matce. Janka przypominała kilka razy, dzwoniła sama, ale Halina już nie odbierała.
Coś się stało, Szymon. Musisz zadzwonić do pracy usiadła naprzeciw męża, ale on zbył ją wzruszeniem ramion.
Matka ma wszystko ustawione. Jestem pewny, że nawet respirator ma zarezerwowany, nie zawracaj głowy, Janka.
Odepchnął żonę jak krzesło, resztę wieczora oglądał mecz na wielkim telewizorze od mamy. Chrapał orzeszki, pił piwo, komentował bramki.
Janka, masując bark, znów próbowała dodzwonić się do teściowej.
Tak się składało, że relacje były pełne niezręczności. Nie kłócili się, nie okazywali też ciepła.
Halina nie potrafiła tego, na to nie miała czasu. Kocham okazywała czynami nowe okna, remont łazienki, auto dla syna, karnet dla Janki, zdrowa żywność, naturalne tkaniny. Nie narzucała się; dzwoniła, zapraszała do sklepu i wybierały, co lepsze. Janka oswoiła się, że opór nie ma sensu, ale postanowiła kiedyś oddać dług.
Tak kochała. Inaczej nie umiała. Szymona też zabawki, sekcje, meble do pokoju, rolki, magnetofon, morze, choć nie z nią, lecz w ośrodku, odwiedzała go, gdy mogła. Gdy trzeba było ogrzewanie w przedszkolu naprawić sama prowadziła majstrów, załatwiała materiały i krzyczała na hydraulików. Dorwała w końcu spawarkę i bawiła się jak facet, aż panowie ją podziwiali prowadziła ich do dobrej wypłaty. Potrzebny był basen w szkole? Załatwiła, dzieci chodziły na naukę pływania. Po co to robiła? Bardzo kochała Szymona, a on jej nienawidził, odpychał. Kupiła? Nie, po prostu chciała, by miał to, czego ona nie znała.
Kiedy syn ogłosił, że się żeni, Halina się pogubiła. Dopiero co kupowała synkowi resoraki Ślub młodzi zrobili po swojemu, ale w restauracji, której Szymon nie mógłby wynająć. Sukienka dla Janki taka, jaką chciała, ale w porządnej galerii.
Janka próbowała się zbliżyć do teściowej, ale ta nie dopuszczała nikogo. Kamienna baba, skała. Nie dla niej czułe rozmowy z dziewczyną. Praca, firmy, narady, profile, konstrukcje, zamówienia, błędy, reklamacje, sprawy sądowe wprzęgła się raz i teraz już musiała ciągnąć sama.
Janka jeszcze raz zadzwoniła. Odpowiedziała jakaś kobieta, zapisywała wszystko. Kazała czekać rano, odwiedzić w godzinach wizyt.
Śpi, bardzo zmęczona. Proszę przynieść bieliznę, coś do leżenia i ciepły sweter, bo chłodno
Janka pokiwała głową, podziękowała. Szymon przewalił się na kanapę i grał na laptopie. Janka nie powiedziała, że myśli o rozwodzie…
… Halina obudziła się wcześnie. Sąsiadki się poruszyły, zagrzechotały filiżankami.
Baranowska, zgłosić się, pobranie krwi!
Halina usiadła, chciała spiąć włosy w koński ogon, ale zabrakło siły.
Ja, Baranowska burknęła.
Siedziała w bluzce i spodniach od garnituru, futro i czapka w reklamówce, kozaki pod łóżkiem.
Biała bluzka rozpięta podłożem ukazywała koronkową bieliznę. Halina zawsze kupowała sobie wyłącznie piękne rzeczy, delikatne, choć ciężko było znaleźć na jej rozmiar zamawiała z zagranicy.
Leżąca obok pacjentka z ciekawością przyglądała się Halinie, aż ta drgnęła i skryła się pod kołdrą.
Rękę poproszę, pobieramy krew.
Pielęgniarka bezbłędnie trafiła w żyłę, Halina nie poczuła nic. Zaraz rozdzwonił się telefon.
Przepraszam, to z pracy cicho wyjaśniła Halina i wyszła na korytarz na krzesełko.
Zlecenia, wyceny, zamówienia posypały się jak zawsze. W końcu nie wytrzymała i powiedziała, że jest chora i ma zastępstwo. Rozłączono się na słuchawce obcesowo.
Halina opadła, stała się zwykłą, żałosną pacjentką.
Kazali przebrać się w białą szpitalną koszulę. Halina obejrzała się z niesmakiem w lustrze. Rozmazany makijaż, tłuste włosy sterczące w każdą stronę.
Okazało się, że upadając złamała trzy paznokcie. Teraz haczyły o ubrania.
Wracaj do sali. Zaraz obchód. I śniadanie, ktoś rzucił. Halina poznała pielęgniarkę z wczoraj. Twoja córka dzwoniła, będzie po południu. Janka. Głowa do góry dojdzie pani do siebie.
Po co to wszystko? wzniosła się Halina, górując nad drobną kobietą. Janka to nie moja córka. Synowa. I raczej się nie zjawi
Przyjedzie. Obiecała. Pamiętasz mnie? szepnęła kobieta. Ja Kasia. Kasia Malinowska. Leżałyśmy razem w szpitalu wiele lat temu. Po No Dziecko
Halinę przeszły dreszcze. Przypomniała sobie. Wtedy tylko Kasia wiedziała, co planuje była w ciąży z kimś, kto ją zainteresował, poigrał, rzucił. Dziecko zostało, Halina pozbyła się przez zabieg, Kasia ją tuliła i zapewniała, że jest najpiękniejsza, najlepsza, a złych ludzi nie brakuje
Kasiu… Przepraszam, nie poznałam… Pracujesz tu? Udało ci się?
Tak. Ty masz syna cieszę się. Ja dwie córki, dużo wnuków, wrzaski w domu… Męża?
Kasia speszyła się na własne pytanie.
Nie było i nie ma. Sama dla siebie go urodziłam. Myślałam, że mnie obroni… Ale mu niepotrzebna jestem. Całe życie sama się bronisz.
Kasia chciała coś powiedzieć, ale już szli lekarze zaczynał się obchód. Halina położyła się na łóżku, a Kasia poszła do domu, bardzo zmęczona.
Śniadanie minęło szybko. Halina się rozejrzała, na sali wszystkie kobiety prawie w jej wieku, spokojne, zaczytane, szeptem rozmawiały. Jedna, Zofia spod okna, ustępowała sucharom chrupek na salę.
Sucharki? Halina zgadła. Lubi pani waniliowe suchary. Ale to szkodzi, trzeba pić wodę lub herbatę!
Nerwy. Mąż leży na innym oddziale po wylewie A herbata? Nie trzeba, niepotrzebna.
Jak to niepotrzebna! Przepraszam, gdzie można nalać herbaty? poprosiła. Panie w bufecie patrzyły na wysoką kobietę z podziwem.
Halina od razu wyłapała, że linoleum odchodzi od podłogi, sprzęt do wymiany, a okna w porządku, zadbane. Może tylko wyregulować Majster się znajdzie.
I już wracała na salę w szpitalnych kapciach z kubkiem słodkiej herbaty.
Proszę, Zosiu. Nie wiem, jaką pani woli, ile cukru. Ale trzeba się napić!
Zofia pokiwała głową, łapczywie przytuliła się do kubka.
Jest pani dobra powiedziała Zofia. O, idzie jakaś panna, macha do pani.
Halina spojrzała na drzwi. Stała tam Janka, zabawna w niebieskim fartuchu i butach w ochraniaczach, z siatkami.
Dzień dobry. Wołam, wołam Przepraszam, do Haliny Wiśniewskiej, rzuciła Janka, kładąc torby obok kapci teściowej, Zofia uśmiechnęła się i jeszcze raz przegryzła suchara.
Janka, nie trzeba było zmieszała się Halina.
A już na pewno! No to się przesuń. Tutaj jest piżama, tu szlafrok, tu sweter. Tu higiena, tu smakołyki z twoich ulubionych sklepów, herbata, kawa. Pościeli nie dźwignęłam, rąk brakło.
Halina obok niej była jak góra, przygarbiona grzywka drżała. Halina też się rozpadała. Pod szpitalnym kitelkiem falowała pierś.
Ciociu Halu, co się dzieje?! No! Przebieraj się, ja idę do lekarza!
Janka wypadła z sali, a Halina patrzyła na łóżko, torby i piżamę.
Życie znów zaczęło się sklejać, choć długo zmuszała się do chodzenia po odłamkach dawnej nadziei Pracą nie czuło się, że jest się wielką, i że odłamki ranią nogi.
Nigdy nie wpuszczała nikogo A tu Janka, synowa, przyjechała, troszczy się. Może dla pieniędzy? Kto wie zobaczymy Ale miło.
Syn dzwonił parę razy Halina nie odbierała.
Janka wróciła od lekarza, siadła obok, obracała obrączkę. Na razie nie powie, że chce się rozwieść. Po co dołować Halinę
W nocy Halina leżała odwrócona do ściany i szlochała. Sama nie wiedziała, dlaczego.
Nazajutrz oddano jej portfel i pierścień.
Ktoś panią okradł na izbie przyjęć. wręczyli jej rzeczy. I co teraz z nim?
Nic. Już nie żyje. Serce. Sam się wykończył. Burawski Mikołaj, padło nazwisko.
Halina pokiwała głową. Już wiedziała, do kogo był podobny. Burawski Mikołaj najlepszy w sekcji lekkoatletycznej, mistrz. Głaskał ją po plecach, przysięgał, że piękniejszej nie ma na świecie. Kłamał, ona wierzyła. Zmarł. Ona żyje dalej.
I nie jest wcale z kamienia, tylko bardzo dawno temu zapomniała, jak oddychać swobodnie i radośnie.
Ale życie się zmienia. Obok jest Kasia, Zofia, jest Janka dziewczyna niedorzeczna, ale przez to jeszcze droższa, jest praca, sprawy, wiosna, niezapominajki, które trzeba jeszcze posiać, i mnóstwo drobiazgów, które tylko Halina potrafi rozwiązać. Jest też wnuczek, jeszcze maleńki jak perełka, Halina widziała go na USG.
Janka, nie oczekuj od niego niczego. Ale mów mu, że go kochasz. Ja nie mówiłam, wstydziłam się, teraz cierpię powiedziała Halina. Kobieta musi kogoś kochać, inaczej kamienieje.
Janka pokiwała głową. Halina Wiśniewska nie była z kamienia. Była wrażliwą, kruchą, wielką, choć słabą Haliną, która kiedyś przyszła na świat i donośnym głosem powitała swój los.







