Dziękuję za mojego tatę

Dziennik, 17 października

– Co powiedzieli na policji? Lena zapytała mnie szeptem, gdy odłożyłam telefon na stół.

– Nic pocieszającego odpowiedziałam cicho, biorąc łyk wody. Powiedzieli, że za wcześnie na panikę. Że musi minąć jeszcze co najmniej doba. Ale ja czuję… czuję, że coś jest nie w porządku!

*****

– Mamusiu, cześć! Tata jeszcze nie wyszedł? Lena wpadła do mieszkania z sernikiem w rękach.

– Wyszedł, córeczko. Dzisiaj ma ostatni dzień w pracy. Czterdziestoletni jubileusz, cała załoga żegna go na emeryturę. Wiesz przecież, nie mógł nie pójść.

Szkoda… pomyślała Lena.

– Ale obiecał, że wróci na obiad.

– W porządku, wtedy przyjedzie też Wojtek. Cała rodzina się zbierze. W międzyczasie pomożemy sobie przygotować stół, dobrze?

– Jasne! Przyda mi się pomoc, bo sama mogłabym nie dać rady. Ale najpierw napijmy się herbaty, czajnik właśnie się zagotował i mam twoje ulubione eklerki. Skusisz się?

– Z ogromną przyjemnością.

Usiadłyśmy razem przy stole, jadłyśmy ciasto, piłyśmy herbatę, rozmawiałyśmy. O pogodzie, o zmianach za oknem i o Michale, który dziś kończył 50 lat.

Nastrój był dobry, ale widziałam, że Lena czymś się przejmuje. Tak jakby chciała coś powiedzieć, ale wciąż się waha.

– Wszystko u ciebie w porządku, Lenko?

– Tak od razu widać? uśmiechnęła się.

– Oczywiście… Chcesz mi o czymś powiedzieć?

– Tak, ale proszę, nie martw się, to same dobre wiadomości.

– No to śmiało.

– Wiesz, ja i Wojtek przemyśleliśmy i chcemy wam podarować działkę, którą kupiliśmy rok temu.

– Podarować? Ale jak to…

– Z serca, mamo, całkowicie poważnie. Dom na niej już wyremontowany, można tam wygodnie mieszkać przez cały sezon.

– A wy?

– My będziemy przyjeżdżać do was, odpoczywać powiedziała, z zagadkowym uśmiechem. Wiesz, i tak nie uda nam się teraz zajmować ogrodem, jak planowaliśmy…

– Dlaczego?

– Bo wkrótce zostaniesz babcią, a tata dziadkiem. Za osiem miesięcy.

– Naprawdę?

– Najprawdziwiej!

– Boże, jak się cieszę, Lenka! A gdy Michał się dowie oszaleje ze szczęścia!

Podbiegłam do córki, objęłam ją i ucałowałam w obie policzki. Oczywiście chciała powiedzieć to przy nas obu, ale tata wyszedł wcześniej.

– Nic nie szkodzi, zaraz wróci, to powiesz mu razem z nami. A teraz… spojrzałam na zegarek bierzemy się do roboty!

Roszady w kuchni rozpoczęły się od razu. Noże stukały, gary dzwoniły, a my wcale sobie nie przeszkadzałyśmy wręcz przeciwnie. Stół wyszedł okazały: był pieczony kurczak, kotlety rybne, kremowe ziemniaki i trzy rodzaje sałatek.

Usiadłam na chwilę i spojrzałam na zegarek.

– Nawet sprawniej nam poszło niż planowałam.

– Cztery ręce to nie dwie! zaśmiała się Lena. Może zadzwoń do taty i zapytaj, kiedy będzie.

– Tak zrobię przytaknęłam. A ty zadzwoń do Wojtka, zapytaj kiedy przyjedzie.

Lena poszła po torebkę do przedpokoju, ja wzięłam telefon i zadzwoniłam do Michała.

Długie sygnały, potem znowu, ale nikt nie odbierał. Wciąż niepokoiłam się coraz bardziej.

Czemu nie odbiera? Obiecał zadzwonić, jak dotrze do pracy, a przecież tego nie zrobił… Zimny pot przeszedł mi po plecach.

– Wojtek będzie za godzinę! Lena wróciła na kuchnię. A co z tatą?

– Nie odbiera…

– Może po prostu świętują? Wiesz, jaki dzisiaj dzień.

– Nie, Lena. On już powinien być w drodze powrotnej. Zawsze dotrzymuje słowa, a dziś nawet nie zadzwonił, że dojechał. To do niego niepodobne… Może zadzwonić do jego szefa?

– Super pomysł, może wypuści solenizanta wcześniej, rodzina czeka!

Wykręciłam numer Olega, przełożonego Michała.

– Dzień dobry, panie Olegu! Tu Antonina, żona Michała. Chciałam spytać, kiedy puszczą pan Michała do domu? Cała rodzina już tęskni…

– Dzień dobry, pani Antonino. Szczerze mówiąc, nie wiem co powiedzieć. Też go oczekujemy dzwoniliśmy kilkakrotnie, ale nie odbiera.

– Jak to? Michał się nie pojawił w pracy?

– Nie, ciągle go nie ma. Jak się skontaktuje, proszę dać znać, bardzo na niego czekamy przecież tradycja to tradycja.

– Proszę, jak pan go zobaczy, dajcie znać…

Odkładając słuchawkę, nie mogłam powstrzymać drżenia rąk.

– Lena, nie było go w pracy… I nie odbiera. Gdzie on jest?

– Mamo, spokojnie. Spróbujmy razem się dodzwonić.

*****

Michał wyszedł z klatki rano, pozdrowił sąsiadki na ławce, ruszył do przystanku tramwajowego. Robił to już od dwudziestu pięciu lat. Tylko dziś nie do pracy, lecz odebrać świadectwo pracy i pożegnać się z zespołem.

Noc prawie nie spał, korvalol nie pomagał. Martwił się, choć żonie uśmiechał się szeroko. Nie chciał stresować Antoniny, że się źle czuje wiedział, że odwołałaby wszystko. Przecież to jego jubileusz.

Czuł, jak boli go serce, ale powtarzał sobie, że przejdzie. Wstrzymał się z telefonem do żony. Gdy dotrze na miejsce zadzwoni.

Ale nie dotarł… Przechodząc przez mały park, poczuł się gorzej. Przysiadł, rozpiął kołnierzyk, rozluźnił krawat, łapał powietrze. Minuty płynęły, a jemu nie robiło się lepiej.

W końcu sięgnął po telefon, by zadzwonić najpierw do żony, potem po karetkę. Ale telefon wypadł mu z dłoni i poturlał się pod ławkę. Próbował podnieść się, ale ból w piersi był zbyt silny.

Zamknął oczy, pogodząc się z losem, że nie zobaczy już Antoniny ani córki.

*****

Wypiłam krople na serce, spróbowałam zadzwonić do Michała kolejny raz. Bez skutku. Lena robiła to samo.

Potem przyszedł Wojtek. Siedzieliśmy w milczeniu, wpatrując się w siebie przy zastawionym stole.

– Na co my czekamy? przerwałam ciszę. Dzwońmy zaraz na policję!

Wiedzieliśmy, że to nie była zwykła nieobecność.

Szybki telefon na policję nie przyniósł ulgi.

– Co powiedzieli? Lena prawie szeptała.

– Żeby poczekać. Ale ja czuję, że coś jest bardzo nie tak.

– Musimy sami szukać! Lena już nie szepcze, tylko mówi stanowczo.

– Masz rację. Może na przystanku ktoś go widział? Albo kierowcy tramwaju? Spytamy.

– Mamo, my z Wojtkiem sprawdzimy, ty zostań w domu, gdyby wrócił, i dzwoń po szpitalach.

– Dobrze…

Szybko się ubrali i wyszli na poszukiwania. Ja, zamykając drzwi, znów chwyciłam telefon, modląc się, by tylko nic złego się nie stało.

*****

Michał był jeszcze przytomny, choć ręce odmawiały posłuszeństwa. Próbował zawołać:

– Po…mm… pomóżcie… szeptał do dwóch kobiet przechodzących obok.

Popatrzyły na niego z wyraźnym obrzydzeniem.

– Kolejny pijak… rzuciła jedna.

– Od rana pije, leży na ławce… druga pokiwała głową.

Usłyszał, jak mówią, i rozpłakał się bezradnie. Przecież sam tyle lat ratował ludzi – nawet zwierzęta, a teraz nikt mu nie chciał pomóc.

Czemu właśnie dziś?

Nagle usłyszał głośne szczekanie blisko ucha. Poczuł na sobie łapy i mokry język. Otworzył oczy mały, już wyraźnie niemłody pies. Skąd ja znam tego psiaka?…

Przyszło wspomnienie: pożar domu, wyciągał ludzi, kolega uratował mężczyznę i kobietę. Usłyszał szczekanie przy oknie.

– Jest tam pies?! spytał wtedy.

– Tak, został. Nie udało nam się go zabrać!

Nie zastanawiał się, wbiegł do płonącego domu. Wyniósł psa na rękach.

Pies patrzył w jego oczy i dziękował; Michał widział to bardzo wyraźnie.

I teraz… Znów to spojrzenie: psie podziękowanie. Tym razem role się odwróciły. Z trudem wyszeptał:

– Jeśli możesz… zawołaj ludzi…

Stracił przytomność. Pies, słysząc to, popędził szukać pomocy.

Podchodził do studentów przy kiosku, do kobiety z dzieckiem, do mężczyzny pod gazetowym kioskiem ale ludzie przeganiali go, nie rozumiejąc, o co chodzi.

*****

Na przystanku Lena i Wojtek nie znaleźli żadnych informacji. Bezradni pobiegli od sklepu do sklepu, po podwórkach, pytając pokazywaną zdjęciem taty. Bez skutku.

Przy skwerze Lena usłyszała energiczne szczekanie. Pies zaczepiał przechodniów, odskakiwał, gdy odganiali go kijkiem.

– Lena, czemu stoisz? dziwił się Wojtek.

– Nie wiem, ale mam przeczucie, że ten pies nie szczeka bez powodu… On czegoś chce.

Pies spojrzał na Lenę, a ona zobaczyła w jego oczach nie tylko prośbę rozpoznała wręcz błaganie o pomoc.

Poszła więc za nim, a pies poprowadził ją i Wojtka do skweru. Leżał tam na ławce nieprzytomny Michał oddychał jeszcze.

– Tato! Lena krzyknęła przerażona, próbując ocucić ojca. Dzwoń na pogotowie, Wojtek!

*****

Pogotowie przyjechało szybko, przewieźli Michała na kardiologię.

Lena zabrała psa ze sobą, Wojtek prowadził samochód do szpitala. Zadzwoniła do mnie, mówiąc w dwóch zdaniach, co się stało.

– Miała pani szczęście powiedział lekarz. Jeszcze pół godziny i nie udałoby się już nic zrobić.

– On będzie żyć? zapytała Lena, ocierając łzy.

– Będzie.

Lena wyszła ze szpitala, uklękła przy psie i przytuliła go mocno.

– Dziękuję ci… Dziękuję za mojego tatę.

– Ma obrożę, domowy zauważył Wojtek.

– Tak. Ale wiesz, sądzę, powinniśmy go zabrać do siebie, póki nie znajdziemy właściciela. Przecież uratował tacie życie.

– Oczywiście, kochanie.

*****

Staliśmy przed szpitalem: ja, Wojtek i pies na obroży był napisany imię: Baryk. Z niecierpliwością wypatrywaliśmy aż Lena wyjdzie z ojcem.

Radujący się Baryk od razu podskoczył do Michała, szczekał radośnie.

– Tato, to on cię uratował. Ten pies zrobił ci najcenniejszy prezent na urodziny: uratował ci życie.

– Dziękuję ci, przyjacielu Michał się uśmiechnął, pogłaskał psa. Ale gdzie jego opiekunowie? Przecież pamiętam, że miał dom.

– Szukaliśmy ich, przez internet, rozklejaliśmy ogłoszenia. Nikt się nie zgłosił.

Podszedłam do Michała, łzy ciekły mi po policzkach.

– Dziękuję, Michałku, że żyjesz.

– Wybacz mi, Tonia, że nie powiedziałem o złym samopoczuciu. Myślałem, że przejdzie, ale…

– Wybaczam. Jedziemy do domu? Świętować drugie urodziny? przetarłam oczy.

– Jedziemy.

*****

Co zaś do Baryka Michał osobiście szukał dawnych właścicieli, nawet pojechał do byłego domu, który rok temu spłonął. Ale nikogo tam już nie było. Słyszał tylko od sąsiadów, że właściciele wyjechali, psa zostawili.

Baryk został więc z nami. Michał bardzo się z tego cieszył.

Razem odbierał świadectwo pracy, razem jeździł na działkę, razem z Wojtkiem przywoził córkę ze szpitala, gdy urodziła się wnuczka.

– Gratuluję, tato! śmiała się Lena. Masz już dwie wnuczki!

– Ależ się cieszę, córciu!

– Hau, hau! szczeknął Baryk, ciesząc się, że wszystko idzie dobrze.

Życie Michała nabrało barw, sensu i wdzięczności. I do końca swoich dni będzie wdzięczny Barykowi za drugą szansę.

Oceń artykuł
Newskey24
Dziękuję za mojego tatę