Upał. Katarzyna

Upał. Katarzyna

Michał i Zofia pobrali się dopiero dwa lata po tym, jak się poznali.

Do swojego szczęścia podchodzili bardzo ostrożnie, niemalże stąpali po palcach, uważnie dobierając każde słowo i każdy gest. To zrozumiałe po wcześniejszych rozczarowaniach wiedzieli już, że uczucia potrafią być mylące, a miłość nie zawsze jest na zawsze i od razu. Teraz chcieli dobrze zrozumieć własne serca i przekonać się, czy warto zaufać temu uczuciu, które przyszło po burzach i rozstaniach.

Pani Anna, mama Michała, nie mówiła zbyt wiele. Nie chciała przypadkiem spłoszyć szczęścia syna, który dosłownie promieniał. Znowu się wyprostował, w oczach pojawił się błysk, a do spotkań z Zosią przygotowywał się tak, jakby już miał zaraz iść z nią do urzędu stanu cywilnego.

Michał szybko przedstawił Zosię swojej mamie. Pani Anna z niepokojem przyglądała się przyszłej synowej, ale nie znalazła w Zosi niczego, co by kojarzyło się Michałowi z jego dawną narzeczoną, Angeliką. Zresztą Zosia, kiedy jeszcze byli narzeczonymi, stanowczo odmówiła wspólnego zamieszkania.

Nie, Michał, to nie wchodzi w grę. Pani Halina na pewno by tego nie zrozumiała, a ja bardzo ją szanuję. Wiele mi pomogła, jest cudowną kobietą i teraz potrzebuje pomocy, bo nie najlepiej się czuje. Zostawmy wszystko jak jest, po co się spieszyć.

Michał zgodził się bez dyskusji. Nie wpłynęło to jednak nijak na ich relacje, wręcz przeciwnie ten przedłużający się czas narzeczeństwa pozwolił im dobrze się poznać.

Do domu pani Anny Zosia przeprowadziła się dopiero tuż przed ślubem. Zresztą sytuacja była bardzo smutna odeszła wtedy pani Halina.

Pani Halina od dłuższego czasu skarżyła się na serce. Zosia woziła ją do lekarzy, odciążała w obowiązkach domowych, starała się pomagać jak mogła, ale czas dostała tylko na pewien kredyt. Któregoś dnia wróciwszy z pracy, zobaczyła, że pani Halina siedzi w swojej ulubionej altance, która miała być jej miejscem wytchnienia, i trzyma w rękach list od wnuka. Zosia, nieświadoma jeszcze, co się stało, kilka razy zawołała ją po imieniu, a dopiero podchodząc bliżej zorientowała się, że pani Halina już nie żyje.

Wezwała karetkę, ale lekarze byli już bezradni.

Skontaktowała się wtedy z Michałem i synami pani Haliny, a sama długo płakała siedząc przy altanie i wspominając, jaką była dla niej matką, jak wieczorami chodziły nad Wisłę, żeby pooddychać świeżym powietrzem, gotowały na małej kuchence dżemy i śpiewały piosenki. Przypomniała sobie, jak pani Halina przyjęła ją bez zbędnych pytań i bez ciekawości, wtedy, gdy Zosia rozpaczliwie potrzebowała pomocy.

Dziękuję… powtarzała Zosia szeptem, oddając hołd tej, która pierwsza wyciągnęła do niej rękę i otworzyła serce, kiedy to było najbardziej potrzebne.

Synowie pani Haliny przyjechali z rodzinami już na następny dzień. Najstarszy z nich, kiedy wszystkie formalności się zakończyły, poprosił Zosię na krótką rozmowę.

Mama bardzo chciała, żeby część tego domu przypadła tobie, żebyś tutaj mieszkała i opiekowała się nim, bo żaden z nas nie zamierza tu mieszkać na stałe. Chcę, żebyś wiedziała jest testament. My z bratem nie mamy nic przeciwko temu, żebyś przyjęła tę część. Gdyby nie ty, mama byłaby tu całkiem sama. Bardzo ci dziękujemy za to, że byłaś przy niej.

Nie mogę tego przyjąć pokręciła głową Zosia. To wasz dom. Chętnie się nim zaopiekuję, ale dziedziczyć powinniście tylko ty i twój brat. Wasza mama bardzo was kochała!

Wiem o tym…

Na tym stanęło. Zosia później znalazła najemców chętnych do stałego zamieszkania i utrzymywała kontakt z rodzinami synów pani Haliny, gdy latem przyjeżdżali odpocząć.

To właśnie jedna ze szwagierek pani Haliny pomogła Zosi, gdy ta, pół roku po ślubie, trafiła do szpitala.

Pozamaciczna… Musicie się pani lepiej sobą zająć! upomniał ją lekarz, który ją operował. Dobrze, że mama była blisko! Mogło się to skończyć zupełnie inaczej.

To moja teściowa, ale właściwie, to racja. Mama…

Bardzo dobrze. Rozumiem, że już wcześniej były problemy?

Tak.

Jeśli chcecie mieć dzieci, naprawdę proszę się poważnie przebadać i usunąć przyczyny tej sytuacji. W przeciwnym razie być może będzie trzeba rozważyć in vitro.

Rozumiem

Zosia nie płakała. Zostawiła łzy na później. W tym momencie ważniejsze było zrozumieć, co robić i jak rozwiązać problem. Bardzo chciała z Michałem mieć dzieci w pewnym momencie to pragnienie stało się wręcz obsesją.

Powstrzymała ją pani Anna.

Zosiu, pogadamy? zapytała któregoś wieczoru, gdy wiedziała, że Michał wyjechał służbowo do Poznania.

Michał i Zosia już wtedy mieszkali osobno. Zaraz po ślubie kupili nieduże mieszkanie na Mokotowie. Michał mógł już sobie na to pozwolić, bo firmie bardzo dobrze się wiodło. Pani Anna zaczęła nawet na nowo marzyć o pensjonacie.

Rodzice Zosi, z którymi wreszcie odbudowała relacje, bardzo chcieli dołożyć się finansowo, ale Michał był nieugięty.

Zosieńko, sami sobie poradzimy, dobra? Twoi rodzice zawsze u nas mile widziani, ale własny kąt chcę ci zapewnić ja.

Zosia nie protestowała, przekonała w delikatny sposób tatę, który tylko uścisnął z szacunkiem dłoń zięcia.

Dzielny jesteś! Twoja mama może być dumna!

Pani Anna w pełni popierała decyzję syna. Tak samo zresztą, jak rozsądne było to, by nie zwlekać z powiększaniem rodziny.

Ale widząc, jak jej syn znowu zaczyna się martwić, a Zosia lata od kliniki do kliniki, postanowiła się wtrącić z troski o ich szczęście.

Zosiu, wybacz mi, jeśli powiem coś nie tak, dobrze? Jesteś mądrą dziewczyną i wiem, że się martwisz. Powiedz mi co cię gnębi? Przecież widzę, że ci ciężko.

Nic nie wychodzi, mamo nie skrywała się Zosia. Wszystko nie tak… A jak się okaże, że nie mogę mieć dzieci?! Co wtedy? Nie mogłabym zatrzymać Michała przy sobie! Nie pozwolę, by spędził życie z kimś, kto nie da mu ani szczęścia, ani sensu…

Nie powinnaś tak myśleć, Zosiu! Sama nie wiesz, ile dałaś Michałowi! Dzięki tobie znowu zaczął żyć! A dzieci… cudownie je mieć. To najpiękniejsze, co może być w małżeństwie… Ale to nie wszystko, uwierz mi! Nie mówiłam ci, ale Michał nie pojawił się od razu po naszym ślubie. Bardzo długo marzyliśmy o dziecku, modliliśmy się o nie, ale nic z tego nie wychodziło. My też byliśmy o krok od rozstania, wiesz? Myślałam wtedy, że mąż trzyma się mnie tylko ze względu na dziecko, i jeśli nie będę mogła zostać mamą, mnie zostawi. Wtedy zwątpiłam w niego, Zosiu, i on nie potrafił mi wybaczyć. Przez prawie rok nie byliśmy razem, cierpieliśmy. A potem zrozumieliśmy, jak bardzo byliśmy głupi! Bo mąż i żona to nie tylko rodzicielstwo. To o wiele więcej! Michał jest bardzo podobny do swojego ojca… Rozumiesz?

Chyba tak…

Nie burz tego, co was połączyło! Dajecie sobie sens życia. Kochajcie się! Miłość przetrwa wszystko, jeśli jej na to pozwolicie.

A jak się udało pani zostać mamą? Zosia nie wytrzymała.

Jakbyś wiedziała! roześmiała się pani Anna przez łzy. Do końca pierwszego kopnięcia nie miałam pojęcia, że jestem w ciąży! Myślałam, że coś się popsuło w organizmie. Już się pogodziliśmy z losem, po prostu żyliśmy, jak przeznaczenie chciało a tu taki prezent!

Niech i mnie tak zaskoczy! westchnęła Zosia.

A może powinnaś zadzwonić do szwagierki pani Haliny? Jest świetną lekarką. Może pomoże!

Zosia aż się uderzyła w czoło.

Jak mogłam o niej nie pomyśleć! Oczywiście!

Już tydzień później leciała do Krakowa na szczegółowe badania. Rodzina czekała na nią.

Rok później pojawiły się na świecie bliźnięta.

Szczęście na dobre zapukało do drzwi Zosi i Michała, rozgościło się i nie miało zamiaru się wynosić.

Po bliźniętach Zosia została mamą jeszcze jednej cudownej dziewczynki ich córeczkę przygarnęli, gdy już było wiadomo, że własnych dzieci mieć więcej nie będą mogli. Ta decyzja dojrzewała długo, ale możliwość ponownego zostania rodzicami przyszła nagle. Dawna koleżanka Michała z liceum, Kasia, właśnie została mamą, gdy dowiedziała się, że jest poważnie chora. Wiadomość o tym do Zosi i Michała przyniósł ich przyjaciel, Arek.

Biedna Kasia Zbieramy dla niej środki, Michał. Chcemy ją wysłać do Warszawy może tam pomogą? Prawie wszyscy się dorzucają.

Jasne, zaraz przeleję

Pieniądze, które Michał wysłał, były sporą sumą. Udało się, Kasia wyjechała do stolicy. Pani Anna pojechała z nią, bo Kasia poza starą babcią nie miała nikogo z rodziny, a z małym dzieckiem bardzo potrzebowała pomocy.

Niestety, lekarze mogli tylko ułatwić jej odejście i dać jej jeszcze trochę czasu na uporządkowanie spraw.

Z prośbą o opiekę nad córką Kasia zgłosiła się najpierw do pani Anny, a potem do Michała i Zosi. Odrzucić tej prośby nie mogli.

Tak w ich rodzinie pojawiła się córeczka.

Małe mieszkanie, w którym dotąd mieszkali Michał i Zosia, okazało się za ciasne. Dzieci rosły i trzeba było pomyśleć o czymś większym.

Znów z pomocą przyszła pani Anna.

Michaś, przecież mamy te pieniądze odłożone na pensjonat! Kupcie z Zosią coś większego, wygodniejszego.

Mamo, a twoje marzenie? Nie możemy!

To jest moje marzenie! ucałowała rozchichotaną wnuczkę i spojrzała na bliźniaki. Czego mi więcej trzeba? I tak nie mam już czasu na działalność gospodarczą, chcę widzieć, jak rosną wnuki, pomagać wam. Zosia świetnie sobie radzi, ale wiem, że ty potrzebujesz pomocy w sklepach. Pracujcie, a ja pomogę z dziećmi. Szukajcie mieszkania takiego, żeby każde miało swój pokój!

Trafili na piękne, duże i jasne. Dzieciarnia biegała po pokojach, łapiąc echo, a Zosia śmiała się, patrząc, jak bliźniaki próbują nauczyć siostrę krzyczeć Auuu!.

Bierzemy! Michał podjął decyzję, patrząc na rodzinę.

Jedynym zgrzytem była tu pani Katarzyna starsza z sąsiadek, która uznała, że wielodzietne rodziny muszą być podejrzane i wymagają szczególnej uwagi sąsiadów i urzędów, bo różnie to bywa.

Tam ciągle ktoś do nich przychodzi. Dzieciaki latają boso po klatce! Sama wczoraj widziałam! Młodsza córka zawsze śpi, jak Zosia z nią idzie na spacer. Dziwne to wszystko!

Może przesadzasz, Kasiu? Jest gorąco, to biegają boso. To zdrowo dla dzieci, każdy lekarz powie! Goście przychodzą, ale przecież nie urządzają burd, nie piją to co, nikogo nie odwiedzać już nigdy? Kiwali głowami inni sąsiedzi, patrząc, jak rumieniami biją Michałowe bliźniaki, opowiadając, jak było na nowym boisku. Każdy łatwo coś wymyśli, a jak jest naprawdę, to nikt nie wie!

Jak będziecie tak czekać z rozpoznaniem, to dzieci mogą mieć kłopoty! Takich historii jest mnóstwo! Na zewnątrz niby przykładni, a co u nich za drzwiami nikt nie wie! Nie podoba mi się to wszystko! Za ładnie tu mają. Za bardzo się kochają i dzieci grzeczne i dom pełen dostatku. Nie wierzę! I wydobędę prawdę! Nie może być tak dobrze, bo życie tak nie wygląda!

Sąsiadki kręciły głowami słuchając Katarzyny, ale ona się nie poddawała. Wychowana przez matkę, która potrafiła zamienić życie swoich dzieci w prawdziwe piekło, sama bała się pogodzić ze szczęściem innych.

Katarzyna pochodziła z rodziny partyjnych działaczy. I mama, i ojciec trzymali w domu surową dyscyplinę. Kary cielesne były normą, stanie całą noc w rogu na kolanach codziennością. A na ludzi rodzina zawsze była wzorem. Długie rękawy dokładnie wyprasowanych koszul zakrywały siniaki chłopaków, a Katarzyna nigdy nie zdradziła, że jej ciasno upięte warkocze to wygodna uchwytka do karania przez matkę.

Nigdy żadne z dzieci nie powiedziało, jak było naprawdę. Ale kiedy tylko nadarzyła się okazja, każde z nich, w tym Katarzyna, zerwało kontakt z rodzicami i próbowało zapomnieć koszmar dzieciństwa.

Z braćmi kontaktu nie utrzymywała żadne nie chciało wracać do tamtych wspomnień.

Katarzyna nie założyła własnej rodziny. Jej próba związku zakończyła się w chwili, gdy partner zamierzał uderzyć domowego kundelka za plamkę na dywanie.

Nie wolno jej bić! krzyknęła, zabrała suczkę i w ten sam dzień zabrała rzeczy z powrotem do mieszkania po babci.

Jej babcia, od strony matki, była równie surowa, co matka. Katarzyna opiekowała się nią do końca, znosząc kaprysy i złośliwości. Gdy staruszka zmarła, poczuła po prostu ulgę.

Bliskich nie miała. Ludzi raczej omijała, bo pamiętała, jak w dzieciństwie wszyscy spokojnie patrzyli z boku na jej łzy, siniaki braci i nieobecność w szkole. Nikt nie próbował pomóc.

I teraz chciała coś nadrobić wydawało jej się, że jeśli będzie bardzo czujna, może uratować czyjeś dzieci przed złem.

Rodzina Zosi i Michała stała się dla niej taką misją. Bo innych dużych rodzin w bloku po prostu nie było.

Któregoś popołudnia, kiedy Zosia na ławce pilnowała bliźniaków, zerknęła na zegarek i podskoczyła zaraz powinna budzić się córeczka, a chłopcy musieli szykować się na zajęcia. Myślała oddawać bliźniaki do przedszkola obok, ale na razie dzieci chodziły do centrum zabaw i na piłkę.

Pod klatką czekała Katarzyna.

Znowu dzieci biegały boso?! Nie stać was na porządne buty?

Zosia uśmiechnęła się mimo woli. Bliźniaki miały na nogach markowe korki, droższe niż Michałowe adidasy. Ale na sportowej odzieży dla dzieci Michał zabronił oszczędzać, bo chłopcy grali dużo, a urazy były na porządku dziennym, gdy podchodzili do gry z takim zapałem.

Uśmiechasz się?! Co śmiesznego powiedziałam?! Masz dzieci! Trzeba o nie dbać, karmić, ubierać, troszczyć się! A ty?!

Katarzyna zaczerwieniła się ze złości, nie mogąc znieść spokoju Zosi.

Mamo, daj cioci Kasi wody!

Bliźniaki sięgnęły do torby po butelkę, a wtedy Katarzynie zrobiło się słabo. Zaczęło się jej kręcić w głowie, gdzieś daleko zadźwięczały muchy, i przewróciłaby się, gdyby nie Zosia.

Karetka przyjechała błyskawicznie, Katarzynę zabrali do szpitala. Kiedy się obudziła, przy łóżku siedziała Zosia. Dzieci zostały z panią Anną, którą Zosia szybko poprosiła o pomoc.

Co się stało? Katarzyna próbowała mówić, ale język nie chciał jej słuchać. Przeraziła się.

Spokojnie! Zosia pogłaskała ją po dłoni i poprawiła poduszkę. Miała pani udar, ale lekarze zareagowali bardzo szybko. To przez upał Ale będzie dobrze, proszę się nie martwić! Wypocznie pani, wszystko wróci do normy! Nie płaczcie! Nie zostawię pani. Odpocznijcie.

To nie były czcze obietnice. Zosia zaopiekowała się Katarzyną, bo wiedziała z rozmów sąsiedzkich, że ta kobieta jest bardzo samotna. I nie mogła jej zostawić.

Czemu? Katarzyna powoli wracała do sprawności, ale Zosia nie potrzebowała pytań.

Bo tak trzeba. Bo dobrze jest, żeby człowiek nie był sam. Wiem coś o tym.

Skąd?

Doświadczyłam samotności. To kiepska towarzyszka. Ale pani już nie grozi. Teraz będzie inna nasza.

Jak?

Myśli pani, że panią zostawię? Nic z tego! Skoro pani dbała o mnie, to teraz moja kolej!

Zosia udawała, że nie widzi łez Katarzyny. Ważniejsze było, że od szpitala nie widziała już w jej oczach tej złości. W Katarzynie widziała po prostu starszą, samotną sąsiadkę, równą wiekiem jej mamie czy teściowej. Miała do niej żal, bo przecież mogła mieć rodzinę, dzieci, wnuki, a nie miała nic poza wpływem na klatce i różami w ogródku. Ale skoro ktoś potrafi wyhodować takie kwiaty ma dobrą duszę. Zosia to wiedziała.

Dwa lata później.

Oj, Zosiu! Nie pojmuję, jak ty sobie z nimi radzisz! Twoja córka to istny spokój, za to bliźniaki to diabły wcielone! Katarzyna siedziała na ławce pilnując najbardziej ukochanej dziewczynki córeczki Zosi i Michała.

Oj ciociu Kasiu, to jeszcze nic! Oni tylko we dwójkę. A u Arka czwórka! Jak zbiorą się wszyscy, to mam ochotę wyjść z domu! Jego żona już się modli, żeby piąte nie było chłopakiem.

Już wiadomo co będzie?

Jeszcze nie. Ukrywa się! Zosia się śmiała. Arek mówi, że i tak jest gotowy na każdą niespodziankę.

Ojej, jaki upał dzisiaj! Katarzyna wzdychała, przykładając dłoń daszkiem do czoła i patrząc na Zosię. Powiedz mi, jesteś szczęśliwa?

Zosia się zamyśliła.

To trudne pytanie. Czego trzeba do szczęścia? Żeby bliscy byli przy nas? Ma ich. Żeby zdrowie było? Chyba, tak jest. Żeby dzieci rosły szczęśliwe chyba z Michałem dają radę. Więc jest całkowicie, zupełnie i bez choćby cienia wątpliwości szczęśliwa.

Tak.

Zosia się uśmiechnęła, a Katarzyna po raz kolejny aż oniemiała, jak ten jeden uśmiech potrafi zmienić wszystko wokół.

I nawet ten letni upał, który męczył Warszawę przez całe lato, jakby nagle stał się mniej uciążliwy, a powietrze zrobiło się świeższe.

Oceń artykuł
Newskey24
Upał. Katarzyna