Dziękuję za mojego tatę

Dziękuję za ojca

Co powiedzieli na policji? wyszeptała Lena, gdy matka odłożyła telefon na stół.

Nic dobrego Alicja Stanisławowna podniosła szklankę z wodą, upiła kilka łyków. Powiedzieli, że jeszcze za wcześnie, by wszczynać alarm. Musi minąć doba, zanim zaczną go szukać. A ja czuję coś, czuję, że coś się stało!

*****

Mamusiu, cześć! Tata już wyjechał? zapytała Lena, wpadając do mieszkania z sernikiem w rękach.

Cześć, kochanie. Wyjechał. Przecież mówiłam ci, że dziś ma ostatni dzień w pracy: i jubileusz, i pożegnanie na emeryturę z całą załogą. No rozumiesz, nie mógł nie pojechać.

Szkoda Lena poczuła ukłucie rozczarowania.

Ale obiecał wrócić na obiad.

No to dobrze. Na obiad powinien się też zjawić mój Darek. Cała rodzina w komplecie. A my, mamo, przygotujemy wszystko na stół, dobrze?

Oczywiście. Pomóż mi, bo sama chyba bym nie dała rady. Ale najpierw napijmy się herbaty. Czajnik właśnie się zagotował. I mam twoje ulubione eklerki. Zjesz?

Z przyjemnością.

Matka i córka siedziały przy stole, piły herbatę i jadły eklerki, rozmawiając o pogodzie, przyrodzie i ojcu, który właśnie obchodził pięćdziesiąte urodziny.

Wszystko było dobrze, tylko

Alicja zauważyła, że jej Lenka jest czymś niespokojna. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale się wahała.

Od razu poczuła niepokój w sercu.

Córeczko, wszystko u ciebie w porządku?

Tak, aż tak to widać? Lena uśmiechnęła się niepewnie.

Widać Nie masz mi czegoś do powiedzenia?

Mam. Tylko nie denerwuj się, mamo. To dobre wiadomości.

No to mów szybciutko.

Wiesz Z Darkiem postanowiliśmy, że damy wam naszą działkę, którą kupiliśmy w zeszłym roku.

Jak to, dasz?

Całym sercem i z czystej miłości. Darek wyremontował tam domek, można spokojnie mieszkać przez cały sezon.

A wy?

A co z nami? Będziemy do was przyjeżdżać jako goście, na odpoczynek. Rozumiesz, nie mamy czasu, by zajmować się działką jak planowaliśmy Lena zawiesiła głos i tajemniczo się uśmiechnęła.

Czemu?

Bo wy z tatą niedługo zostaniecie babcią i dziadkiem. Już za osiem miesięcy.

Naprawdę?

Naprawdę!

Boże! Jakaż ja szczęśliwa, Leneczko! A jak się ucieszy Zbyszek, kiedy się dowie!

Mama zerwała się ze stołu i rzuciła córce w ramiona, mocno ją tuląc i całując w oba policzki.

Chciałam, byście dowiedzieli się razem, ale nie pomyślałam, że tata wcześniej wyjedzie.

Nic nie szkodzi, zaraz wróci i mu powiesz. A teraz… Alicja spojrzała na zegarek chodź, zabierzmy się za gotowanie.

Jasne!

Na kuchni zabrzmiały garnki, patelnie, noże zaczęły stukać w deskę. Mówią, że dwie gospodynie w kuchni się nie dogadają, lecz Alicja i Lena były jak jedno ciało i jedna dusza. Wszystko przygotowały, nakryły stół i wyszło po królewsku.

Była pieczona kurczak, rybne kotleciki, purée ziemniaczane, aż trzy sałatki.

Alicja usiadła z westchnieniem i zerknęła na zegarek:

Udało się nam szybciej, niż planowałyśmy.

No, wszystko szło jak z płatka śmiała się Lena. Zadzwonisz do taty, zapytasz kiedy wraca?

Tak, oczywiście mama skinęła głową.

Ja w tym czasie zadzwonię do Darka i zapytam, gdzie jest.

Lena poszła do przedpokoju po torebkę.

Alicja wzięła telefon i wybrała numer męża. Długo słuchała sygnału, rozłączyła się i spróbowała znów. Bez skutku Zbyszek nie odbierał. Trzymając telefon, znów spojrzała na zegarek. W myślach tylko jedno pytanie:

Czemu nie odbiera?

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że Zbyszek obiecał zadzwonić, gdy dojedzie do pracy, ale jeszcze tego nie zrobił. Po plecach przeszło jej zimno.

Mamo, Darek powiedział, że będzie za chwilę! wpadła rozpromieniona Lena. A co z tatą?

Nie odbiera

Dziwne.

Dziwne, Leno… Już kilka razy dzwoniłam, telefon wciąż wolny, a Zbyszek nic.

Sama wiesz, jaki dziś dzień. Pewnie świętują. Nie ma czasu, mamo.

Nie On obiecał wrócić na obiad. Jak coś obiecuje, to zawsze dotrzymuje słowa. Nie zadzwonił nawet z pracy To niepodobne do niego. Dlaczego nie odbiera?

Może trzeba zadzwonić do jego szefowej? Poprosić, by go puścili. Najważniejsze spotkanie rodzinne!

Tak, zaraz zadzwonię.

Alicja nigdy nie była panikarą, ale teraz poczuła ogromny niepokój. Zbyszek zawsze odbierał, nawet gdy był zajęty. Bo powtarzał, że dla niego nie ma nikogo ważniejszego niż żona, a dziś w szczególności powinien zadzwonić, by jej nie martwić.

Może jednak, pomyślała, dziś wyjątkowy dzień, żegnają go na emeryturę, to nie zdarza się często. Zbyszek całe ćwierć wieku spędził w jednym miejscu Może ciężko mu się żegnać

Halo! rozległ się męski głos.

Dzień dobry, panie Krzysztofie! Tu Alicja, żona Zbyszka. Dzwonię zapytać, kiedy wypuścicie mojego męża do domu. Córka już przyjechała, zięć niedługo będzie, wszyscy czekamy

Dzień dobry, pani Alicjo szef odpowiedział Szczerze mówiąc, sam nie wiem, co powiedzieć.

Nie rozumiem…

Bo my też się go nie możemy doczekać. Dzwoniliśmy kilka razy, nie odbiera.

Jak to?! Chce pan powiedzieć, że nie było go w pracy? zaniemówiła Alicja.

Tak, nie przyszedł jeszcze. Ale ciągle czekamy. Jak tylko się pojawi, powiem, że pani dzwoniła. Nie zatrzymamy go długo, ale wie pani to już tradycja, musimy pożegnać naszego kolegę.

Dobrze, bardzo proszę dać znać, jak tylko się pojawi.

Alicja, ledwie opanowując drżenie rąk, odłożyła telefon i spojrzała na córkę:

Lena, nie było go w pracy I nie odbiera. Minęło tyle czasu. Gdzie on może być?

Spokojnie, mamo. Nie panikujmy. Spróbujmy razem do niego zadzwonić.

*****

Zbyszek wyszedł z klatki schodowej, uśmiechnął się do porannego słońca, pozdrowił sąsiadki na ławce i ruszył w stronę przystanku tramwajowego.

Ta droga była taka sama od ponad dwudziestu pięciu lat, a dziś był wyjątkowy dzień nie musiał już pracować, jechał tylko po swoją książeczkę pracy i by pożegnać się z zespołem.

On sam przez lata żegnał kolegów, teraz nadeszła jego kolej.

Tej nocy nie spał. Przewracał się z boku na bok, kilka razy pił krople nasercowe, ale nie pomogło. Przed żoną pokazał tylko szeroki uśmiech podczas porannych życzeń.

Nie powiedział Alicji, jak źle się czuje nie chciał jej martwić i psuć święta. Był pewien, że przejdzie, jak nie raz. Wyszedł z domu wcześniej, by ukryć kiepskie samopoczucie. Przecież koledzy czekają

Nic, zaraz przejdzie… powtarzał sobie, coraz częściej chwytając się za serce.

Na przystanku patrzył na zatłoczony tramwaj i uznał, że nie będzie wsiadał, bo nie zniesie tłoku. Zerknął na zegarek miał czas, pogoda piękna, postanowił iść pieszo. Oddychał świeżym powietrzem i było mu trochę lżej.

Nie zadzwonił do żony, chociaż obiecał. Myślał, że zadzwoni ze służbowych korytarzy. Jednak nigdy tam nie dotarł

Musiał przejść przez mały miejski park, gdzie zwykle było pusto. To właśnie tam poczuł się bardzo źle. Usiadł na ławce, rozpiął koszulę, poluzował krawat, łapczywie łapał chłodne powietrze.

Nie wiedział, ile tak siedział. Czuł, że jest coraz gorzej. Nie chciał martwić Alicji, ale gdy zrozumiał, jak poważna jest sytuacja, wyciągnął telefon.

Najpierw zadzwonię do żony, potem pod 112 postanowił. Ale telefon wypadł mu z ręki i potoczył się pod ławkę.

Chciał wstać, ale złapał go ból w piersi i poczuł, że traci oddech. Potem nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami.

Jedyne, co zdołał zrobić, to położyć się na ławce. Taki jubileusz, taka emerytura pomyślał z goryczą. Ale najbardziej bolało go to, że nie zobaczy już żony i córki…

Nie zdąży się pożegnać.

*****

Alicja wypiła krople nasercowe, potem znowu spróbowała zadzwonić do męża. Sygnał szedł, ale nic poza tym… Lena też dzwoniła ze dziesięć razy, na próżno.

Wreszcie przyjechał Darek. Siedzieli we trójkę za suto zastawionym stołem, patrzyli po sobie w milczeniu i czekali.

Na co my czekamy? ożywiła się Alicja. Trzeba dzwonić na policję. Może pomogą go znaleźć?

Lena i Darek przytaknęli. Wszyscy wiedzieli, że to nie jest zwykłe spóźnienie.

Tym bardziej, że Zbyszek był strażakiem wiesz, różne sytuacje się zdarzają. A gdy nie ma go tak długo, sprawa jest poważna. Nie bez powodu się nie odzywa

Co powiedzieli na policji? wyszeptała Lena, gdy matka odłożyła telefon.

Nic dobrego Alicja wypiła łyk wody Powiedzieli, że trzeba poczekać co najmniej 24 godziny. A ja czuję Czuję, że coś się stało!

Musimy szukać sami! powiedziała Lena, tym razem stanowczo.

Masz rację, kochanie. Idziemy sami Miał jechać tramwajem, przystanek jest blisko domu. Trzeba iść, popytać ludzi, może ktoś widział. Trzeba spytać motorniczego może miał szczęście i to był on rano.

My z Darkiem się tym zajmiemy, a ty zostań w domu może tata wróci. W międzyczasie, mamo, dzwoń po szpitalach. Wolę dmuchać na zimne.

Dobrze

Lena i Darek szybko się ubrali, wyszli i ruszyli na poszukiwania ojca.

Alicja, zamykając drzwi, ponownie sięgnęła po telefon i zaczęła obdwaniać szpitale.

Boże, oby mu się nic złego nie stało szeptała do siebie, żegnając się znakiem krzyża.

*****

Zbyszek był jeszcze przytomny, ale z każdą minutą coraz bardziej bezwładny. Ledwo poruszał ręką, nie mógł mówić język plątał się, słowa nie kleiły.

Pomocy wyszeptał, wyciągając dłoń do dwóch przechodzących kobiet.

Popatrzyły na niego jak na pijaka i odwróciły z odrazą.

Znów jakiś żul! rzuciła jedna spoglądając z pogardą.

Tak! Od rana pijany i rozłożył się na ławce Chyba do domu nie dojdzie. Fe, tacy jak on!

Zbyszek słyszał ich rozmowę. Po policzkach płynęły mu łzy. Było mu przykro, że nie może się podnieść, nie może nawet poprosić o pomoc. W życiu uratował tyle ludzkich (i zwierzęcych) istnień, a teraz Nic.

Dlaczego właśnie dziś?

Gdy ucichł stuk obcasów, zamknął oczy i już pogodził się z losem, gdy nagle

Usłyszał tuż obok głośne szczekanie. Za chwilę poczuł łapy na klatce piersiowej i wilgotny język na brodzie.

Pies! Pies! ucieszył się Zbyszek. Jeśli jest pies, musi być i właściciel

Z trudem otworzył oczy i zobaczył obok siebie średniej wielkości starszego psa. Przypominał go sobie Tylko skąd?

Przez jego pamięć przemknęły obrazy. Dom w płomieniach, ratownicy wynoszący ludzi mężczyznę i kobietę, a potem wycie psa w oknie.

W domu jest pies?! Zbyszek zapytał właściciela już w karetce.

Tak! O Boże, tam wciąż jest pies! Nie zdążyliśmy go zabrać, pan rozumie

Dlaczego nie powiedzieliście wcześniej?! Zbyszek nawet nie słuchał ostrzeżeń. Wbiegł do płonącego domu.

Koledzy próbowali go zatrzymać, ale nie dał się. Ani przełożonemu, ani nikomu.

Po dziesięciu minutach, całą twarz miał osmolaną, wyniósł psa na rękach na dwór.

Podając go właścicielowi, długo patrzył temu psu w oczy.

Widział w tym psim spojrzeniu ogromne, ludzkie dziękuję. Pies patrzył na niego z wdzięcznością.

Wspomnienia zgasły. Znów zapadła ciemność. Zrobiło się zimno.

Hau-hau! pies szczekał, liżąc Zbyszka leżącego na ławce.

Poznał swojego wybawcę. I teraz

chciał mu pomóc.

Jeśli możesz wyszeptał Zbyszek. Sprowadź ludzi. Kogoś

I zemdlał.

Pies zrozumiał każde słowo, więc natychmiast pobiegł do wyjścia z parku, by znaleźć ludzi.

Dobiegł do studenta przy budce z zapiekankami, potem do mamy z dzieckiem na przejściu dla pieszych, jeszcze do starszego pana przy kiosku z gazetami

Ale nikt go nie zrozumiał. Każdy przeganiał psa, sądząc, że jest bezpański. A on po prostu prosił o pomoc

*****

Na przystanku tramwajowym Lena i Darek nie dowiedzieli się niczego. Nikt nie kojarzył mężczyzny ze zdjęcia, które Lena wzięła z rodzinnego albumu z nadzieją, że to pomoże.

Każda minuta była na wagę złota, więc Lena z mężem obiegli sklepy, pobliskie podwórka.

Nigdzie nie było śladu ojca. Telefon milczał. Gdzie jesteś, tatusiu? Gdzie?

Biegnąc obok parku, usłyszeli nagły szczek. Lena obejrzała się i zobaczyła starszego psa, który szczekał na przechodniów i natychmiast odbiegał, gdy ktoś groził mu laską.

Spadaj stąd! warknął emeryt, wymachując laską. Te zwierzęta to zaraza, nie ma przez nie spokoju!

Lena, co jest? zapytał Darek, widząc jak żona stanęła jak wryta. Właśnie chcieli zapytać o ojca na postoju taxi.

Nie wiem Ale to nie jest zwykłe szczekanie. On chce coś powiedzieć Nie wiem jak, ale to czuję…

Pies spojrzał na Lenę. W jego oczach zobaczyła nie prośbę, ale błaganie.

Leno, dokąd idziesz? Darek zdziwiony patrzył na żonę.

Ta już go nie słyszała. Ruszyła za psem, który biegł co sił w stronę skweru. On kręcił się przy niej, merdał ogonem, po czym ruszył do parku, tam gdzie leżał człowiek na ławce. Lena zdała się na swoje przeczucie i pobiegła za nim. Za nią pobiegł Darek.

Po pięciu minutach byli już przy ławce, na której leżał nieprzytomny Zbyszek. Ale żył. Oddychał.

Był jeszcze żywy!

Tato! krzyknęła Lena zrozpaczona, próbując podnieść mu głowę. Darek, dzwoń po pogotowie!

*****

Karetka przyjechała błyskawicznie, zabrali Zbyszka do najbliższego szpitala z oddziałem kardiologicznym.

Lena, zabierając psa, pobiegła z Darkiem do samochodu obok domu. W drodze do szpitala zadzwoniła do matki, streściła wszystko i obiecała zadzwonić, gdy tylko czegoś się dowie.

Wie pani, pański ojciec miał szczęście powiedział lekarz, wychodząc z reanimacji. Mieliście szczęście, że znaleźliście go na czas. Gdyby pół godziny później, nie moglibyśmy nic zrobić.

Będzie żył?! Lena płakała ze wzruszenia.

Będzie.

Lena wyszła przed szpital, przykucnęła przy psie, którego trzymał Darek, i mocno go objęła.

Dziękuję ci Dziękuję za ojca.

Co z tatą? spytał Darek.

Wszystko dobrze, przeżyje Lena była wyraźnie zmęczona. Dzięki niemu, pokazała na psa.

Ma obrożę. To pies domowy.

Tak. Pewnie musimy go przygarnąć do czasu, aż znajdziemy właścicieli. Nie zostawię tego psa uratował ojca.

Jasne, kochanie.

*****

Alicja Stanisławowna, Darek i Bary tak miał na imię pies, jak głosił grawer na medalionie przy obroży stali przy szpitalu, wypatrując wejścia.

Po dziesięciu minutach Lena wyszła z ojcem. Bary natychmiast rzucił mu się na powitanie, szczekał radośnie, oczy lśniły mu ze szczęścia.

Tato, to on cię uratował. Najcenniejszy prezent na urodziny życie.

Dziękuję, przyjacielu, Zbyszek uśmiechnął się, delikatnie głaszcząc psa po głowie. Leno, gdzie są jego właściciele? Przecież miał rodzinę.

Szukaliśmy, wstawialiśmy ogłoszenia w internecie ale przez całą twoją hospitalizację nikt się nie odezwał.

Alicja podeszła do męża, łzy spływały jej po policzkach, dłonie drżały, ale na twarzy malował się uśmiech:

Dziękuję, Zbyszku, że żyjesz.

Przepraszam cię, Alicjo… Przepraszam, że nie powiedziałem, jak źle się czuję. Myślałem, że przejdzie, a wyszło jak wyszło.

Wybaczam. Jedziemy do domu? Świętować twoje drugie urodziny? otarła łzy.

Jedziemy.

*****

Zbyszek osobiście próbował odnaleźć właścicieli Baryego. Pojechał nawet pod ten dawny, spalony dom.

Ale nikt tam nie mieszkał. Sąsiedzi powiedzieli, że dawni właściciele wyjechali z Krakowa i psa zostawili. Może nie mieli czasu, może odpuścili

Bary został więc na zawsze z rodziną Zbyszka. Zresztą był szczęśliwy. I Zbyszek też.

Chodził z Barym na działkę, pojechał z nim ostatni raz do pracy, by odebrać papiery i pożegnać się z kolegami. Razem z nim i Darkiem odbierał z porodówki córkę.

Gratulacje, tato! Lena promieniała teraz jesteś dziadkiem i masz dwie wnuczki!

Jak się cieszę, córeczko!

Hau-hau! do wtóru zaszczekał Bary, ciesząc się, że tak bliscy mu ludzie są szczęśliwi.

I tak życie Zbyszka zaczęło toczyć się od nowa. Stało się jaśniejsze i pełniejsze sensu. Do końca swoich dni Zbyszek będzie wdzięczny Baryemu, że podarował mu najcenniejszy prezent drugie życie.

Oceń artykuł
Newskey24
Dziękuję za mojego tatę