Brzydka Gosia
Matko Boska, to ma być facet?! Jakieś nieporozumienie! Naprawdę Gosia nie widzi, za kogo chce wyjść za mąż?! Niski, mizerny, brzydki jak grzech śmiertelny!
No nie przesadzaj aż tak! Za wysoki to rzeczywiście nie jest. Ale wiecie co mówią uroda nie najważniejsza! Gosia też Miss Polonia nie została…
To prawda. Ale wyobraź sobie, jakie one będą mieć dzieci?! Straszne!
Młode mamy, które z nudów plotkowały na ławeczce pod blokiem, poprawiły dumnie kołderki swoich śpiących bobasów. Gdzie tam ich dzieciom do jakichś, jeszcze nieistniejących, dzieci Gosi!
Gosia tymczasem, wyładowując narzeczonemu z samochodu siaty z zakupami dla mamy, uśmiechnęła się do sąsiadek, po czym zajęła się swoim:
Dymek, kochany, nie za ciężko ci? Daj, choć jedną wezmę! próbowała przejąć choć jedną siatkę, ale jej się nie udało.
Gosieńka, lepiej przytrzymaj drzwi klatki! Ciężkie pakunki to nie sprawa dla dziewczyny. Tobie nie wolno!
Sąsiadki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
No nie, widziałaś go?! Że niby nie damska sprawa! Tak, tak, przed ślubem wszyscy są tacy uczynni! Po ślubie, to zobaczymy, czyja racja!
Gosia i Dymek już dawno zniknęli w klatce, a sąsiadki wciąż komentowały ich wzrost, wagę, wygląd, markę samochodu narzeczonego i chód przyszłej panny młodej. Czemu nie? Plotkowanie przecież przychodzi najłatwiej.
Ale Gosia nie zawraca sobie głowy gadaniem. Spieszy się do mamy, której nie widziała aż dwa tygodnie. Najpierw delegacja, potem szybko z Dymkiem kończyli remont w nowym mieszkaniu przed ślubem. Mama kazała jej się oszczędzać, nie denerwować i nie wpadać bez potrzeby. Lodówka pełna, telefon działa, a do ślubu już tuż-tuż. Jak się w tym wszystkim wyrobić?
Jednak Gosia nie wytrzymała. Nigdy tak długo nie była z dala od mamy. Nie nauczyła się jeszcze, jak sobie radzić z niepokojem.
Gosię mama, Mariola, urodziła w wieku trzydziestu pięciu lat. Na nosatej, nieporadnej i nieładnej sprzedawczyni z osiedlowego spożywczaka rodzina i znajomi dawno postawili krzyżyk stara panna, gdzie tu jeszcze dzieci?.
A tu proszę Mariola zaskoczyła wszystkich! Pojechała na urlop nad morze i wróciła z narzeczonym. I to nie byle kim, bo przystojniakiem o jakich się tylko śni wysoki, szeroki w barach, niebieskooki. Mariola przy nim wyglądała jak szara myszka przy wielkim zadbanym kocurze. No, kompletnie do siebie nie pasowali.
Ale po pojawieniu się w jej życiu Andrzeja, to Mariola chodziła w futrze.
Mąż Marioli był człowiekiem zaradnym i pracowitym. Potrafił nie tylko zarobić złotówki, ale i je rozsądnie rozmnożyć. A dla ukochanej żony, na którą patrzył z bezgraniczną czułością, nic nie szczędził. Mariola rozkwitła, odświeżyła garderobę, zrobiła modną fryzurę i pożegnała wszystkie przyjaciółki.
Bliskich koleżanek nigdy nie miała. Tak się złożyło. Chętnie by z kimś pogadała, ale omijano ją łukiem za brzydka. Ani do ekipy, ani do tańców. Kto sobie humor popsuje, patrząc na taką?
Dlatego z tymi nielicznymi, które wpadały na herbatę po znajomości i po to, by załatwić rzut towaru w sklepie, Mariola rozstała się bez żalu.
Najgorsze są plotki gorsze niż rewolwer. Nigdy nie wiesz, skąd padnie strzał, kto cię trafi. Mariola rozumiała dobrze, że dla wielu Andrzej do niej nie pasował i nie raz doradzano mu, żeby ją zostawił. Każdy lubi podkoloryzować czyjąś historię. Mariola więc zamieniła własne mieszkanie w twierdzę, otwartą tylko dla najbliższych. Nie chciała stracić szczęścia.
A jednak niepotrzebnie się martwiła. Andrzej nie znał świata poza Mariolą. Przysłowie o nie pije się z urody znał doskonale. Nie na darmo takie mądrości przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Andrzej, wychowany bez rodziców przez pijącą babcię, wiedział coś o tym najlepiej.
Rodziców stracił wcześnie. Nawet trzech latek nie miał, gdy ich zabrakło. Ojciec, lekko podchmielony po weselu przyjaciela, nie opanował auta na mokrej drodze.
Andrzej został z babcią, której po stracie jedynego syna świat się zawalił. Najpierw piła sporadycznie, potem coraz więcej. Andrzej już w wieku ośmiu lat sam gotował sobie obiad, nauczył się prasować koszule, by nie doczekać się pytań w szkole, i dobrze się uczył. Uroda była dla niego kłopotem, nie pomocą rzucał się w oczy, a od dorosłych ciężko było się opędzić.
Był uparty i zamknięty w sobie. Jak miał być inny, skoro czułości nie zaznał od nikogo? Babci ważniejsza była butelka, niż on sam. A ludzie wokół tylko zachwycali się jego wyglądem, nigdy nie pytając, jak się czuje na tym świecie.
Nikt, oprócz pani Krysi z piekarni, gdzie codziennie kupował chleb. Ta kobieta, samotnie wychowująca dwóch synów, doskonale wiedziała, co to znaczy życie bez matki. Dorastała w domu dziecka, ale swoim chłopcom dała to, co mogła troskę, ciepło, dom, gdzie pachniało świeżym chlebem, skwierczącymi ziemniakami i herbatą z miodem, który przynosił sąsiad pszczelarz.
Oj, bardzo dziękuję! Ile jestem winna?
To od serca! Sama ludziom dobrze robisz, a sobie nie pozwalasz? Nie obrażaj mnie!
Pani Krysia codziennie gratis do bochenka dorzucała Andrzejowi bułkę.
Na drugie śniadanie w szkole! strofowała, gładząc jego loki.
To proste, niezasłużone ciepło rozgrzewało Andrzeja przez cały dzień, pomagało wytrzymać trudną rzeczywistość. Najpierw odmawiał bułki, potem się nauczył, że sprawiał przykrość w ten sposób pani Krysi. Zaczął jej po prostu dziękować. Potem pomagał w piekarni po szkole. Z czasem, sam nie wiedząc kiedy, zaczął traktować ją jak drugą mamę.
Potem życie ustawiło wszystko na swoje miejsca. Gdy miał piętnaście lat, babcia zmarła na serce. Pani Krysia bez wahania przygarnęła chłopaka.
Od dawna jesteś dla mnie synem. Teraz załatwimy to formalnie.
Andrzej wreszcie miał rodzinę mamę i braci. Złość i gorycz wyparowały. Teraz miał komu powierzyć swój żal i zmartwienia.
Po skończeniu technikum, znalazł pracę, wyremontował mieszkanie po babci, ale życie prywatne zupełnie mu nie szło. Dziewczyny chętnie z nim flirtowały, ale poważniejszych związków unikały. Ta, którą, jak mu się zdawało, pokochał, nawet nie siliła się na wymówki:
Nie chcę z tobą serio, Andrzejku. Jesteś zbyt przystojny. Odejdziesz. Zostawisz mnie. Może jeszcze i z dzieckiem? Takim ładniutkim jak ty? Tacy faceci nie zakładają rodzin. Zobacz, ile masz wyboru! Wszystkie na ciebie lecą! Wystarczy, że wskażesz!
Stara złość znów ścisnęła serce, ale wiedział komu się wyżalić.
Synku, to nie była twoja. Twoja gdzieś czeka. Jeszcze ją znajdziesz. Wiara, kochanie, jest w tym najważniejsza. Cierpliwości! Wszystko się jeszcze dobrze ułoży!
Pani Krysia zawsze wiedziała, co powiedzieć i jak. Andrzej się uspokoił, przekonany, że umie już czekać.
Lata mijały, a ta jedyna nie nadchodziła. Gdy na nowo zaczęło mu brakować ducha, Krysia zdecydowała:
Jedź nad morze! Zobaczysz, szczęście znajdziesz. Sama tam szczęście znalazłam!
Ale mamo, po co ja nad to morze?
Bo ono jest… i łagodne, i dzikie! Sam zobaczysz, jakie! Jedź, szczęście to jest!
I właśnie tam, nad Bałtykiem, Andrzej poznał Mariolę. Stała przy balustradzie mola, zapatrzona w rozhukane po burzy fale. Każdy ją omijał, nikomu się nie rzucała w oczy. Andrzej zaniemówił z wrażenia była bardzo podobna do jego przybranej mamy, pani Krysi. Kiedy lepiej ją poznał, zrozumiał, że los dał mu drugi najważniejszy dar życia. Była równie ciepła, dobra, pełna niewykorzystanej czułości. Rozumiał to właśnie ta! To, za co modlił się od lat!
Nie zamierzał wypuszczać okazji z rąk.
Swoją córkę Gosię Andrzej i Mariola pokochali nad życie, czasem aż bali się tego uczucia.
Andrzejku, nie zepsujemy jej? martwiła się Mariola. Nie rozpuścimy?
Nie powinniśmy! całował czubek głowy córki. Gosia jest mądra!
Tak mocno w to wierzył, że Gosi nie pozostawało nic innego, jak być wzorową uczennicą i spokojną dziewczyną.
Po mamie! tuliła wnuczkę pani Krysia. Takie same serduszko jak Mariolka! Pilnuj dziewczyn, synku! Takie szczęście mieć w domu to dar losu!
Z przybraną matką i braćmi Andrzej miał najlepszy kontakt. Kiedy więc źle się poczuł, najpierw powiedział o tym braciom, żeby nie martwić żony i matki.
Dobrze, że powiedziałeś, Andrzejek! Damy radę! bracia nie rzucali słów na wiatr.
W kilka dni znaleźli lekarza. Gdy dowiedzieli się o ciężkiej chorobie, nie pozwolili popaść w rozpacz.
Nie śmiej się poddawać! Masz córkę! My ci pomożemy! Medycyna robi postępy.
Walczono dziesięć lat. Andrzej zadziwiał lekarzy wytrwałością.
Pozostali dawno by się poddali. Pan jest wyjątkowo silny!
Andrzej kiwał głową, walcząc z zawrotami, a myślał: wszystko przez Mariolę i Gosię, która po szkole pędziła do szpitala jak na skrzydłach, by zanieść paczkę i dopilnować, żeby zjadł.
Nie chcę, córeczko… marudził.
Jedz, tatuś! Zupa przesolona, bo mama płakała, kiedy gotowała. Ale ja jej powiedziałam, że tata już zaraz wyzdrowieje i wróci do nas. Dobrze powiedziałam?
Dobrze, Gosieńko… Tak będzie…
Za każdym razem Andrzej wracał do domu choć coraz częściej lekarze nie dawali nadziei. Ale w domu był potrzebny! Jak mógł nie wracać?
Odszedł spokojnie. W domu, na ramieniu ukochanej Marioli. Zasnął i już się nie obudził. Ona do świtu wspominała ich wspólne życie.
Andrzejku… nie mogę narzekać. Miałam tyle szczęścia! Dziękuję ci, kochany!
Gosia rano przyszła do sypialni rodziców na śniadanie i zapiszczała cichutko, jak ptaszek, którego ktoś ścisnął za serce.
Spokojnie, córeczko! Tacie już nie boli… Już mu dobrze… Słyszysz? Nie płacz… Mariola nie kryła już łez. Jestem przy tobie…
Mariola z Gosią nie zostały same. Andrzejowi bracia doglądali ich, pani Krysia wpadała w odwiedziny. Rodzina trzymała się razem, próbując przeżyć żałobę, bo widzieli, sami nie dadzą rady. Serce i dusza by nie wytrzymały.
Lata minęły, Gosia rosła. Z wiekiem coraz mniej lubiła spoglądać w lustro. Wiedziała, że jest nieładna. Nie mogła tego zmienić.
Nie mogła zrobić sobie krótszego nosa czy większych oczu. Nawet marchew, którą raz za radą zjadła, aby podrosnąć nie pomogła.
W szkole się z niej śmiali, a mama głaskała po włosach, wycierając łzy:
Jeszcze zobaczymy, kochana, kto będzie szczęśliwszy! Daj losowi czas!
Gosia skończyła liceum, dostała się na uniwersytet ale i tam nie znalazł się nikt, kto doceniłby jej łagodność i dobre serce. Chłopcy woleli śmiałe i ładne. A od Gosi brali tylko notatki przed sesją zawsze wzorcowe, bo na wykładach pilnie notowała, wiedząc, że w żeńsko-męskiej grupie nie ma na co liczyć.
I co z nią będzie, mamo? zmartwiła się Mariola, gdy zrozumiała, że córka świetnie radzi sobie zawodowo, ale całkowicie nie wie, jak poukładać życie prywatne.
Co będzie, to będzie! Wyślemy nad morze! zaśmiała się pani Krysia. Raz się udało, może i drugi raz los dopisze! Co ty na to?
Plan! Ale samej Gosia nie pojedzie. Zawzięta!
Pojedziemy całą rodziną, braci z rodzinami też weźmiemy. Zabraknie jej nas, to sama się od nas urwie pamiętasz, jak uciekła z działki do miasta, ostatnio u mnie goszcząc? pani Krysia uśmiała się, wspominając wybryki wnuków. Nasi chłopcy zatrują jej życie, jeśli nie zechce od nas uciec!
Pakujemy się! zdecydowała Mariola.
Ale los miał inny plan.
Nad morze Gosia pojechała, ale nie dała się namówić na samotne wypady. Cokolwiek jej proponowano stawiała na swoim:
Nie chcę nigdzie sama!
Rodzina odpuściła.
Tymczasem los już ją szykował. Po powrocie z urlopu, Gosia, wracając z pracy samochodem, zostawiła auto na parkingu i wpadła w prawdziwą ścianę deszczu. Nowe, lakierowane czółenka, kupione dzień wcześniej, od razu zrujnowała, gdy boso przebiegła przez kałuże do klatki, by nie martwić mamy. I przy wejściu do bloku przejeżdżający samochód oblał ją całą błotnistą wodą.
Niezła akcja… wyjęła z siebie tylko Gosia.
Potem wybuchnęła takim śmiechem, że kierowca, który przystanął przeprosić, nie mógł się oderwać od jej uśmiechu.
Fortuna pokiwała głową, wstawiła kolejny ptaszek na pozycji zadanie wykonane i poszła dalej, wiedząc, że Gosia i Dymek poradzą sobie znakomicie.
I tak się stało.
Po kilku latach, te same sąsiadki, siedząc na ławeczce, pilnując już dorastających urwisów, znów zaczęły szeptać, gdy podjechał samochód Dymka:
No popatrz! Jakie futro na tej…! Ja mojego proszę od lat, a ona ma, od ręki!
Ty znowu swoje!
I tak jej nie pasuje! Takie futro i do takiej nie pasuje!
Oj, ty złośliwa! Zazdrosne oczy i język jadowity! Co ci Gosine szczęście przeszkadza? Jej nieporadny facet, a ile czułości! Kocha ją i dzieci, rozpieszcza! A ciebie coś żre!
Żre! Dlaczego świat taki? Jednym wszystko, innym nic! Popatrz na nich! Żadna uroda, a dzieci śliczne! Jak to możliwe?! Skąd u takich rodziców takie dzieci?!
Od wielbłąda! Moja mama mówiła, że ojciec Gosi był przystojniak! Więc to geny, czysta biologia.
Tak? To czemu Gosia taka spokojna? Wszystko przyjmie z uśmiechem, wszystkim podziękuje, nikogo nie przegoni. Jak to możliwe? Przecież zgodnie z losem powinny ją zalać goryczą!
Może powinna, ale nie musi! A ty mniej zazdrość, też będziesz piękna!
Daj spokój! Ja jej mówię o Januszu, a ona mi o genach! Jak zrobić, żeby mąż tak cię traktował? Nosili na rękach, wpatrzeni byli?! Może ona zna jakiś sekret?!
To zapytaj! Może się podzieli?
Jeszcze czego! Nie będę się uczyła życia od takiej jak ona!
Jak wolisz! Lepiej zgrzytać zębami zazdrości!
A Gosia nie przejmowała się plotkami sąsiadek. Kto tu miałby czas na innych, skoro własnych trzeba pilnować? Mama słabnie, ale dzielnie się trzyma, pani Krysia już przebąkuje o przeprowadzce bliżej do prawnuków, bracia zapraszają na obiady, Dymek obiecał pomóc na budowie. Za dzieciami trzeba mieć oczy dookoła.
Szymek, Marysia, wracamy! Babcia już ciasto z pieca wyciągnęła źle tak babcię czekać!
I będzie jeszcze jeden wieczór, z rozmowami przy serniku, z gitarą i bajką na dobranoc, którą Mariola opowie wnukom.
I będzie życie…©…I tak, kiedy wieczorem dom rozbrzmiewał dziecięcym śmiechem, a stary jamnik Dymka drzemał na wydeptanym dywaniku pod stołem, Gosia spojrzała na blask świeczki na kuchennym stole i uśmiechnęła się do swoich myśli. Wiedziała już, że piękno nie jest lustrem, a światło nie mieszka w oczach, tylko w sercu. Objęła Dymka ramieniem, przysunęła bliżej córkę, pogłaskała matkę po dłoni.
Były takie wieczory, kiedy życie cicho mówiło: „Jesteś na miejscu”. Plotki przeminą, uroda zgaśnie, ale to, co prawdziwedobroć, bliskość, czułośćtrwa w każdym wspólnym śniadaniu, w cieście drożdżowym upieczonym przez babcię, w mocnym uścisku dziecięcych rąk.
A tam, gdzie kończył się świat sąsiedzkiej ławki i ciekawskich spojrzeń, zaczynał się nowy dom, w którym szczęście miało twarz uśmiechniętej Gosi i rozśpiewanej rodziny. Bo los złośliwy jest tylko dla tych, którzy nie umieją patrzyć sercem.
A kto patrzy sercem, ten zobaczy, że nikt nie jest brzydki dopóki w jego domu świeci ciepłe światło wieczoru i rozbrzmiewa ludzki śmiech.







