Ledwo osiągnęłam pełnoletność, od razu wyszłam za mąż. „Wyskoczyłam za mąż” to chyba najbardziej trafne określenie tego nieoczekiwanego kroku — zaskoczyłam wszystkich, także samą siebie. Ale stało się. Zaczął się nowy etap życia, zupełnie mi nieznany, który obejmował też poznanie rodziców mojego młodego męża, równie zagubionego jak ja. Oboje wypadliśmy z rodzinnego gniazda, nie nauczywszy się jeszcze dobrze latać.

Gdy zaledwie osiągnęłam pełnoletność, wyszłam za mąż. Wyskok ten najlepiej oddaje to słowo niespodziewany krok, zaskoczenie nie tylko dla wszystkich wokół, ale i dla mnie samej. Stało się rozpoczęło się nowe życie, zupełnie mi nieznane. W tym nowym rozdziale przyszło mi poznać rodziców mojego młodego męża, który był nie mniej zagubiony ode mnie. Oboje opuściliśmy rodzinne gniazdo, nie bardzo jeszcze radząc sobie na własnych skrzydłach.

Pamiętam jak dziś pewien poranek, gdy ciocia Ania, moja ukochana opiekunka, karmiła mnie śniadaniem jak zawsze nakładała mi to, co najlepsze, i namawiała, żebym zjadła jeszcze trochę. Wtedy właśnie zajrzała do nas sąsiadka, starsza pani z naprzeciwka. Przysłuchując się naszym rozmowom i widząc troskliwą opiekę cioci, westchnęła smutno:
Rozpieszczona z ciebie dziewczyna, krzywda cię nie spotkała zobaczysz, teściowa cię wychowa.
Daj spokój, nie strasz dziewczyny, uciszyła ją ciocia Ania.

Faktycznie, z prawdziwą przykrością czy krzywdą nie miałam wtedy do czynienia. Nasza rodzina była nietypowa: babcia i trzy jej córki. Moja mama to najmłodsza z nich, Ewelina, a ja byłam ulubienicą najstarszej z sióstr Ani. Mężczyźni w rodzinie nie przeżyli wojny; pozostałyśmy same, lecz żyłyśmy w zgodzie i wzajemnej trosce, a dzieci otrzymywały miłość do przesytu.

Mnie, jako najmłodszą, rozpieszczano najbardziej. Stara sąsiadka miała rację nie znałam żadnych krzywd. Ale słowo teściowa brzmiało dla mnie złowrogo, kłująco i nieprzyjaźnie zapadło mi w pamięć jak złowieszcza wróżba czegoś nieznanego i przykrego.

Wyobrażenia te rozwiały się już przy pierwszym spotkaniu. Moja teściowa okazała się wysoką, postawną kobietą o pogodnym spojrzeniu. Wejdź, córeczko powiedziała z serdecznym uśmiechem. Nic złego mnie nie spotkało krzątała się, podając nam poczęstunek, potem zaprowadziła na podwórze. Pokazała mi swój zadbany ogródek warzywny z równymi grządkami, na których już zieleniły się wschody, i pochwaliła się zdrowym prosiakiem, który z radością przybiegł na zawołanie.

Franek, Franek, już ci dam jedzonko, ty mój łobuziaku, powiedziała czule do świniaka, i nagle zrobiło mi się ciepło na sercu, jakby chwaliła właśnie mnie.

Ogródek, świnka Franek wszystko wydało mi się znajome, swojskie, wzbudzało zaufanie. U nas świniakom też zawsze nadawało się takie imię i mówiło się do nich ciepło. Poczułam się u niej bezpieczna, a nawet zaczęło mi się to wszystko podobać.

Rano nasi mężczyźni wychodzili do pracy na budowę, a my zostawałyśmy na gospodarstwie. Jednak to złowrogie słowo teściowa nie dawało mi spokoju nie wiedziałam, jak ją nazywać, a potrzeba zwrotu do niej narastała. Kiedyś, gdy pochwaliła moje imię, zaczęłam opowiadać jej o świętej Kingze. Zaśmiała się i rzekła: A mów mi, córeczko, Kingo, ja jestem Tekla Kingowa pasuje nam to doskonale! Lubisz to imię?

Tym sposobem teściowa rozwiązała mój problem i odtąd mówiłam do niej Tekla, oczywiście z należnym szacunkiem Tekla Janowa. Nasza wspólna codzienność układała się coraz lepiej. Była uśmiechnięta, szybka, w domu wszystko miała zapięte na ostatni guzik. Gdy wstawałam, śniadanie już czekało, podłogi lśniły, ogródek wypielony, świnka nakarmiona.

Siadałyśmy na schodkach i rozmawiałyśmy. Tekla opowiadała o tym, jak ciężko było w czasie wojny z trzema chłopcami, jak musiała pracować przy zrywce drewna, a dzieci zgubiły kartki na chleb. Jeden z życzliwych kierowników, świętej mu pamięci, posadził ją w sklepie na sprzątaniu i pozwalał zabierać okruszki z koszy, na których przywożono chleb. To bardzo jej pomogło, szczególnie najmłodszemu synkowi słabowitemu, mojemu przyszłemu mężowi.

Barwne opowieści Tekli otwierały mi świat wewnętrzny rodziny. Wszystko układało się dobrze, aż do pewnego poranka.

Pewnego razu Tekla obudziła mnie i powiedziała:
Córeczko, kobiety idą na jagody, ja z nimi pójdę w las, może nazbieram i dla was trochę. Ale musisz nakarmić Franka wszystko w wiaderku ci przygotowałam. Poradzisz sobie?
Oczywiście, co za problem, dam Frankowi jeść, niech się nie martwi! odpowiedziałam z pewnością.

Szybko jednak Franek upomniał się o śniadanie przenikliwym kwikiem. Wzięłam przygotowane wiadro i poszłam do świnki. Ten już całkiem spory prosiak mieszkał w chlewiku tuż przy ogródku. Wystarczyło tylko otworzyć drzwi, wlać jedzenie do korytka przynajmniej tak mi się wydawało. Jakże bardzo się myliłam!

Ledwo uchyliłam drzwiczki, a Franek z siłą tarana wyważył je na oścież, wyrwał mi wiadro z rąk i pognał prosto na grządki, depcząc starannie pielęgnowane warzywa. Dzień wolności uderzył mu do głowy szalał na zagonach, przewracał się, chrumkał ze szczęścia. Stałam jak wryta, przerażona, nie mając pojęcia co robić. Ale coś musiałam uczynić, by zatrzymać tę dewastację efektów pracy Tekli zaczynałam rozumieć, co może znaczyć popsuć komuś krew.

Próbowałam gonić Franka, chwytałam go, ale wyślizgiwał się i znowu uciekał przez grządki, aż do małej inspektowej szklarni, gdzie pięknie rosły młode pomidorki teraz po nich też zostało tylko wspomnienie. Kiedy zobaczyłam, że nie dam rady podejść i złapać świniaka, pobiegłam po chleb i próbowałam go zwabić z powrotem do chlewika. Franek łapał chleb z mojej ręki, zbliżaliśmy się powoli do jego boksu, aż nagle, już prawie na miejscu, zrobił w tył zwrot i znów zaczął harce!

Załamałam się, łzy bezsilności płynęły ciurkiem; ogródek zniszczony, Franek triumfował, a wszystkie moje nadzieje na dobre relacje z teściową legły w gruzach. Wreszcie przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie głaskaliśmy swoje domowe zwierzęta że czasem można je ułaskawić czułością.

Franek pozwolił już podejść do siebie, ułożył się na boku, a ja zaczęłam drapać go po brzuchu. Zamknął oczy z rozkoszy, wydając z siebie zadowolone kwiki.

Nie wiem, jak długo tak trwałam, zmieniając ręce od zmęczenia, nie byłam w stanie przestać byleby tylko się nie ruszał. Słońce prażyło, gardło mi wyschło z wyczerpania, byliśmy we dwoje szczęśliwa świnka i totalnie nieszczęśliwa dziewczyna, oboje cali w błocie, pośród ruin ogrodu.

Nagle trzasnęła furtka. Na podwórze wpadła Tekla.
Ty łobuziaku, wykończyłeś dziewczynę! zawołała, chwyciła Franka za tylną nogę i wrzuciła go do chlewika. Pomogła mi wstać, poprowadziła do studni i obficie polała czystą wodą moje brudne ręce, nogi i twarz.

Zmywała ze mnie błoto i łzy, a wraz z tym odpłynęło na zawsze to nieprzyjazne, kolczaste teściowa. W tamtej chwili poczułam się jak prawdziwa córka.

O, moja mamusiu! wyrwało mi się bezwiednie.
Tekla zaśmiała się serdecznie, przytuliła mnie i zaprowadziła do domu, częstując leśnymi jagodami.

Rozmowa o zniszczonym ogródku była krótka:
Ach, te grządki, nic wielkiego, naprawimy, będzie rósł szczypiorek. Pomidorki odbiją, zobaczysz. A świnkę co nacieszyła się wolnością i dobrze. Teraz odpocznij, ja zaraz ugotuję obiad.

Skąd miała w sobie tyle cierpliwości, dobroci i mądrości kobieta z tak trudnym życiorysem? Nie wiem, kto ją tak tą empatią i ciepłem obdarował, ale rozumiem już, jak wyrastają dzielni, czuli i porządni synowie ci, których matki z wdzięcznym sercem przekazują obcym dziewczynom, często niesprawiedliwie określanym tym zimnym słowem teściowa.

Oceń artykuł
Newskey24
Ledwo osiągnęłam pełnoletność, od razu wyszłam za mąż. „Wyskoczyłam za mąż” to chyba najbardziej trafne określenie tego nieoczekiwanego kroku — zaskoczyłam wszystkich, także samą siebie. Ale stało się. Zaczął się nowy etap życia, zupełnie mi nieznany, który obejmował też poznanie rodziców mojego młodego męża, równie zagubionego jak ja. Oboje wypadliśmy z rodzinnego gniazda, nie nauczywszy się jeszcze dobrze latać.