Trzy nici. Trzy losy.
Dziś po południu przemierzałam z Werą Pawłowną naszą ulicę w ścisłym centrum Krakowa, niedaleko Plant. Słońce przebijało się przez korony kasztanowców, a między kamienicami słychać było śmiech dzieci. Wera mówi głośno, na całą ulicę. Wiesz, Ireno, ta dziewczynka powiedziała temu łobuzowi, żeby się opamiętał tłumaczyła mi właśnie, co zaszło przed chwilą między mijającą nas matką i jej córką.
Odwróciłam się za tym dzieciakiem, taką jasną dziewczynką, w wieku może siedmiu lat. Porządna, schludna dziewczynka. Tylko za bardzo się wszystkim przejmuje zauważyłam i już chciałam iść dalej. Dlaczego tak myślisz? spytała mnie zaskoczona Wera, podtrzymując mnie pod ramię i ciągnąc przez przejście, bo światło już dawno było zielone, a auta cierpliwie czekały.
Słucham? Co mówisz, Ireno? zapytała jeszcze raz, zdezorientowana Wera, tuląc mocniej do siebie swoją torebkę i stawiając przed siebie drobne, szybkie kroki, byleby już dojść na chodnik.
Mówię dlaczego taka zamyślona? powtórzyłam głośniej, słowa odbiły się echem między domami.
Wera wzruszyła ramionami: A bo ja wiem.
Czasami nawet nie lubię tłumaczyć swoich przemyśleń… Czy ta dziewczyna niewłaściwie postępuje, zwracając uwagi innym? Tak się tego nie załatwia… Tak nie należy
Kręciłam głową w rytm tych myśli, a Wera tylko wzdychała. Bywa nie do zniesienia ta jej zagadkowość, ale bez niej ten świat, tak bardzo już inny, pełen hałasu i jaskrawości, byłby nie do wytrzymania.
Nasze mieszkania są wyjątkowe mają osobne wejścia wprost na ulicę. Żadnych klatek, wind, schodów. My, trzy sąsiadki: ja (Irena Wiktorowna), Wera Pawłowna i nasza przyjaciółka Tadeusza, od lat mieszkamy w oficynie dawnej kamienicy, która niegdyś należała do krakowskiego notabla wojskowego huzara, potem przekazana została profesorowi, a ten organizował tu elitarną szkołę, oddając resztę zabudowań artystom. Dziś oficyna, dawniej śmieszna stajnia z ceglanym łukiem, przerobiona jest na kilka mieszkań na parterze. Większość dawnych lokatorów dawno się wyprowadziła do większych, wygodniejszych bloków, a my, razem z Tadeuszą, do dzisiaj bronimy swojego kąta. Propozycje wykupu, wymiany, kusiły nas nie raz, nieraz nawet ktoś pomagałby przy przeprowadzce i z meldunkiem, ale my, uparte staruszki, szatkujemy na drobne wszelkie anonse i uchylamy się od rozmów z handlarzami kamienic mieszkać chcemy tu do końca.
Biura, kancelarie, agencje ochrony, lokale usługowe wszystkim ten kawałek historycznej ulicy krakowskiej wydaje się smakowity. Słusznie nieopodal kościół Mariacki, kawałek dalej Wawel. Choć oficjalnie nasza oficyna przypisana jest do szkoły artystycznej, jeszcze zostało kilka klatek i domków, które można by wykupić Nas to nie rusza.
Chodź, zajdziemy dzisiaj do Tadeuszy rzuciła Wera, unosząc lekko pudełko z tortem. Trzeba jej złożyć życzenia!
Słucham, Werka, co mówisz? Spójrz na mnie, z ruchu warg lepiej rozumiem tarmosiłam jej rękaw, trochę się bojąc, że w końcu wybuchnie, nakrzyczy na mnie i wróci sama do domu. Nerwowa jestem, bo mój niedosłuch Werę z pewnością męczy.
Nic z tych rzeczy. Wera przystanęła, starannie wymawiając wyrazy, przekazała: Tadeusza prosiła dzisiaj do siebie. Kiwnęłam głową. Tak, pamiętam. Przecież dzisiaj u niej święto!
U Tadeuszy, naszej biednej, unieruchomionej od lat przyjaciółki, dziś ważny dzień urodziny jej córki Lidki. Ta już też nie najmłodsza, pracuje gdzieś pod Krakowem, wpada rzadko. Miały świętować w weekend, potem przełożyły ot, życie. Tadeusza wcale się nie złości.
Sama sobie winna żartuje, sadzając nas przy stole choćby z najskromniejszym poczęstunkiem. A o mojej córce mówcie tylko dobrze! podnosi palec w górę, choć nikt nawet nie próbuje inaczej. Lidka zawsze nasza.
Wera ściska jej rękę. Delikatne, chude palce, te same, którymi niegdyś Tadeusza wtedy jeszcze dziewczynka wyrywała chwasty spod oficyny, uprawiając tam z nami warzywniak po wojnie. Srogie były czasy, nie było co jeść, mamy pracowały w szpitalach czy klinikach Jagiellońskiego, a my same wykopywałyśmy marchewki, siałyśmy pietruszkę i cebulę. Tadeusza, Werka i ja, Irka nie narzekałyśmy, ciesząc się, że mamy chociaż ogródek, czasem kawałek chleba, kawałek masła przyniesiony przez matki. A pestki jakimś cudem podarował nam pan Aleksander spod 5, z sąsiedniej klatki, były agronom. Lubił nas za pogodne charaktery i ciekawość świata.
Chodźcie tu, dziewczynki pomachał palcem Werce. Tu macie nasiona, posiejcie to, ziemniaków i buraków nie zabraknie. Pomogę wam.
Nie wierzyłyśmy, że coś z tego wyjdzie, ale pan Aleksander miał rację wyrosły i kapusty, i ogórki, a nawet buraki. Niestety, pietruszka nie przetrzymała lata Pan Aleksander się złościł, potem przyniósł nam sucharki, kazał przestać płakać.
Wojna się skończy, tatusiowie wrócą i taki ogród tu postawimy, że sąsiedzi zzielenieją z zazdrości! obiecał z uśmiechem.
Nie dożył końca wojny. My trzy Werka, Tadeusza i ja ze strachem patrzyłyśmy, jak wynoszą jego ciało. Było wtedy tyle śmierci, a jednak gdy ktoś bliski odchodzi, robi się wyjątkowo pusto A tatusiów naszych nie doczekałyśmy, ogród samemu urządzić przyszło.
I tak się nasze losy splatały. Teraz już stare, siedzimy w kuchni Tadeuszy. Werka głaszcze ją po ręce, a ja przygotowuję ogórki do sałatki i ćwiczę dzielenie kotlecików na trzy. Na stole czeka jeszcze żurawinówka; Tadeusza lubi nalewki zamierza toast wnieść za Lidkę, za swoje nogi, które wysiadły pięć lat temu, i za to, by zima nie była sroga.
Sparaliżowało ją przez głupią zimową wycieczkę poślizgnęła się, przewróciła i… wszystko się zmieniło. Pomocy nie była w stanie wezwać, bo telefon za daleko. Ciężko wtedy było pogodzić się ze starością, z nieporadnością. Czekała na ratunek.
Zaniepokojone, że Tadeusza nie słucha radia o poranku, zaraz do niej przybiegłyśmy. Dopiero wtedy zrozumiałyśmy, jak jest źle. Długo płakała z żalu. Dobrze, że mogłyśmy być przy niej.
Przyznała się wreszcie, skąd to wszystko za karę tak mam! twierdziła. Całe swoje życie Tadeusza pamiętała, jak urodziła Lidkę z miłości do chłopaka z liceum. On szybko się wymiksował: nie chciał życia sobie komplikować, karierę dopiero miał robić, nie zamierzał brać odpowiedzialności. Matka Tadeuszy rozpaczała, szukała w szpitalu kogoś, kto by pomógł w pozbyciu się problemu. Nie znalazła. Tadeusza, przerażona, uciekła na wieś do ciotki, tam urodziła córeczkę, dwa lata obrabiała kołchozowe pole, matka odwiedzała tylko okazjonalnie.
Po dwóch latach wróciła do Krakowa, mieszkała tu z matką, potem już sama z Lidką. My z Werą od zawsze zajmowałyśmy się Lidką była dla nas jak druga córka.
Skończyła Tadeusza studia, pracowała, w końcu matka Tadeuszy odeszła, a my żyłyśmy jak trzy siostry. Przyjechała kiedyś delegacja z Francji a tam, urodziwy Pierre. Rozkochał się w Tadeuszy. Przywoził paczki, ubrania, porcelanę z Limoges, lalki do córki. W końcu zaprosił ją do siebie. Wyobrażasz sobie, willa pod Paryżem, własny pokój dla mnie i Lidki Tadeusza opowiadała z blaskiem w oku.
A Lidka? pytała Werka od razu. Na razie zostanie w Polsce, ja ją potem zabiorę Wyjaśniała się niewyraźnie, pełna entuzjazmu, ogłuszona szczęściem.
Pękło wszystko, gdy Tadeusza oznajmiła Lidce, że ta zostaje, a ona wyjeżdża. Dziewczyna roztrzaskała na podłodze wazon od Pierra, potem talerze i filiżanki.
Werka tuliła Lidkę, tłumaczyła po cichu: Mama wróci. Ty zdecydujesz, czy jej wybaczysz. Kobiety łatwo nabierają się na obietnice ładnego życia, to nasza słabość
Tadeusza wyjechała. Listy Lidka wrzucała do śmieci. Po pół roku mama wróciła samotna nie była idealną paryżanką, bo rodzina Pierra nie chciała pod dachem paki z dzieckiem. Tadeusza odmówiła zostawienia Lidki, spakowała walizkę i wróciła do Krakowa. Minęły miesiące, zanim na nowo nauczyły się rozmawiać.
W tym czasie ja i Werka miałyśmy już dzieci, mężów. Nie mogłyśmy sobie wyobrazić nawet na dzień wyjechać od nich.
Tadeusza czuła, że za swoje grzechy płaci samotnością i chorobą. Lidka uprzedziła matkę, by siedziała w domu, zatrudniła pielęgniarkę, ale ta często była nieprzyjemna zrobiła Tadeuszy raz krzywdę, parząc ją wrzątkiem. Werka prawdziwa przyjaciółka niosła pomoc bez słowa narzekań.
Będziesz mi za to płacić?! oburzała się Werka, gdy Tadeusza usiłowała wręczyć jej pieniądze. Lepiej wydaj je na coś pożytecznego, a nie strojnisz się w dumę.
Nie było się czego wstydzić. Wspólnie przeżywałyśmy czasy wojny, razem stojałyśmy w kolejce po lekarza, co tu ukrywać czyja to była rodziła, kto miał pieprzyk na lewym łopatce. Tu pieniądze nie wchodzą w rachubę.
Z pomocą Wery Tadeusza jakoś radziła sobie codziennie. Ja już byłam coraz bardziej przygłucha, na ulicy bym pod auto wpadła Werka brała mnie pod ramię i prowadziła Plantami, Floriańską, czasem aż na bulwary wiślane. Latem siedziałyśmy w parkach, wspominałyśmy młode lata. Bardzo lubiłam dzień, gdy u mnie urządzałyśmy wieczór lipowego herbaty Werka dawała ciastko, Tadeusza konfitury i kogoś z nas zaskoczył stary przepis. Zastawiony okrągły stół, a za oknami kwitnące lipy zapach taki, że głowa bolała z zachwytu. Rozmawiałyśmy wtedy długo o Paryżu, o artystach, o Fabryce Gumowej na Zabłociu, gdzie pracowałam przez lata.
Podczas wojny doznałam uszkodzenia słuchu. Siedem lat miałam, gdy bomba rozerwała się blisko, uszy bolały i głowa, jakby miała eksplodować. Później straciłam powoli słuch. To mnie zbliżyło do męża był ode mnie dwanaście lat starszy, obawiał się, że zostawię go kiedyś dla młodszego. Nie zostawiłam jego bujne włosy przyprószyły się siwizną, a ja słuchałam jego spokojnego oddechu nocami. Nie baliśmy się swoich niedoskonałości. Odszedł nagle, gdy miał pięćdziesiąt pięć lat. Syn Igor wezwał na pomoc Werę i Tadeuszę razem płakaliśmy długo.
Wera miała męża, do którego miałam stosunek nijaki chytry był, przekalkulowany, obiecywał, a prawie nigdy nie dotrzymywał słowa. Werka była przekonana, że jest za mało atrakcyjna, by mieć większe wymagania był jej pierwszym wyborem z lęku przed samotnością. Mieli syna Michała, dom budował na oszczędnościach, które miały nigdy się nie kończyć. I rzeczywiście najpierw nie było pieniędzy na firanki, potem na nową lodówkę, potem już na nic.
Namawiałyśmy Werę, by się rozwiodła. Nie mogę go zostawić powtarzała. Michał mnie nie zrozumie To dla niego, nie dla męża.
Ale Wera rozkwitła zakochała się w kimś, kto pokazał jej, co znaczy prawdziwa czułość. Jednak nie zostawiła starego męża. Gdy ten padł po udarze, Werka opiekowała się nim z lojalnością, mając do siebie wyrzuty sumienia. Kiedy zmarł, adorator oświadczył jej się, a ona odmówiła to by była zdrada Michał nie zrozumie. Facet wyjechał, nie kontaktował się więcej. Szkoda, bo był porządny, nawet Werze załatwił meble i nową lodówkę.
Lata mijały, my się starzałyśmy, a dom pod kasztanami przytulał nas swoim podwórkiem. W szkole artystycznej rozkwitały talenty, czasem chodziłyśmy na koncerty, zawsze we trójkę. Tadeusza w wózku, zawsze w aksamitnej sukni, Werka prosta jak struna, ja raczej skromnie, zawsze z torebką i spokojem na twarzy. A wszystkie w koronkowych rękawiczkach pamiątka po paryskim epizodzie Tadeuszy.
Przestań się obwiniać, Tadeusza powiedziała Werka przy krojeniu tortu. Lidka już dawno dorosła, sama jest mamą, żoną, zna cenę miłości. Pierra mogła znienawidzić, ale ciebie zawsze kocha. Tak, młodość jest bezwzględna, później wszystko się zmienia dodałam. Teraz Lidka już rozumie, co znaczy być matką. Ale Pierre to rzeczywiście gagatek
Poszło jeszcze jedno parzenie herbaty w eleganckim elektrycznym samowarze. Przez okno dżdżysty deszcz spływał po szybach, żółte liście szybko ciemniały na klombie.
Nagle zatrzymał się samochód. Ktoś zapukał. Weszła Lidka z ogromnym bukietem fioletowych dalii płakała i śmiała się jednocześnie. Miała dziś jeszcze jedno powody do radości urodziła córkę, drobną, rudą Anię takie szczęście!
Gdyby ktoś dziś spojrzał przez okno naszej oficyny, zobaczyłby trzy starsze panie zanurzone w rozmowie, śmiechu, herbacie. Wyczekujące na dzieci, wnuki, prawnuki na tych, co dają im sens i życie. Zostało niewiele czasu, by się jeszcze spotkać, przytulić, nacieszyć bliskością i to jest najcenniejsze.







