Oliwia Nowak nienawidziła wszystkiego. Zwłaszcza własnej matki. Wiedziała dokładnie, że kiedy wreszcie wyjdzie z tego mrocznego Domu Dziecka w Warszawie, znajdzie ją nie dlatego, że chciała się przytulić, ale dlatego, że planowała zemstę.
Nie zamierzała rzucać się na szyję matki i krzyczeć:
Cześć, mamo!
Zamiast tego chciała obserwować, a potem pomsuć się. Za wszystkie lata spędzone w przytułku, za łzy, które wlewała, podczas gdy matka żyła sobie w przyjemnościach, oliwna nienawiść rosła w jej sercu. Nie wahała się, że tak właśnie matka żyje.
Oliwia zawsze była w tym przytułku od kiedy pamiętała siebie, tak i trwać miała. Przenoszono ją kilkakrotnie, bo ciągle się biła. Nie obchodziło ją, czy przed nią stoi chłopiec, czy dziewczynka. Karały ją, zamykały w izolatce, odbierały słodycze, a ona wciąż nienawidziła opiekunów, dzieci i cały świat.
Miała czternaście lat, kiedy przestała bić się. Nie dlatego, że nagle pokochała wszystkich, ale dlatego, że już i tak wszyscy się jej bali. Nuda wypełniła jej dni. Często zasypywała się w najdalszym kącie placu zabaw i marzyła o tym, jak znajdzie matkę i ją ukarze.
Pewnego wieczoru usłyszała dziwną melodię, której nie potrafiła nazwać. Muzyka była piękna, lekko smutna, jakby wypełniona tęsknotą. Oliwia podeszła do krzaków akacji i delikatnie je rozsunęła. Tam stał mężczyzna w nieco zmiętnionym uniformie nowy dozorca, którego już wcześniej wyśmiewała.
Co on gra? myślała, ale zanim zdążyła sięgnąć po instrument, potknęła się i wpadła w krzaki. Mężczyzna przestał grać, odwrócił się, a potem, z nieznanym tonem w głosie, zapytał:
Chcesz się nauczyć?
Dziewczyna zadrżała. Czy ona? Czy potrafi grać? Czy uda jej się? Krok po kroku podeszła do niego. Dozorca wyglądał na pięćdziesiąt lat, a mimo to wciąż kręcił się po podwórku. Oliwia przychodziła codziennie, a on pokazywał, jak wydobywać dźwięki z małej, drewnianej fujarki, którą sam wykuwał. Były zabawne i jednocześnie niezwykle wdzięczne.
Gdy pierwsze prawdziwe nuty zaczęły wyciekać z jej ust, objęła go mocno. Wtedy po raz pierwszy naprawdę porozmawiali.
Nazywam się Mikołaj Kowalski powiedział, a jego mały domek stał w sercu przytułku.
Dlaczego nie masz rodziny? spytała Oliwia.
Miałem wszystko, Oliwia. Dom, bliskich Dziesięć lat temu odebrała mnie Katarzyna. Myślałem, że nie przetrwam, gdy nie było już syna
Potem wziął ślub z piękną, lecz skąpotliwą żoną; liczyli, że ona polubi jego Szymona. Pięć lat później Szymon zginął w wypadku samochodowym. Mikołaj dostał mieszkanie trzypokojowe w centrum Krakowa, które przeszło w jego imię. Jego synowa spakowała walizkę i odjechała na cztery strony świata.
Dlaczego nie walczyłeś? zapytała dziewczyna.
Po co, Oliwia? Nie mam już nikogo. Moi kochani odeszli. Muszę po prostu przetrwać, aż przyjdzie moja kolej. Nic więcej nie potrzebuję.
Oliwii wydawało się, że nienawiść do Mikołaja rośnie szybciej niż do własnej matki. Najpierw chciała zemścić się na synowej, potem na matce. Gdy Mikołaj dowiedział się, że w sercu Oliwii czai się dzikie, wilcze stworzenie, przerażał się, jak ona radzi sobie z własną wrogością.
Rozmawiali często. Mikołaj czuł, że Oliwia topnieje. Przestała bić się pod nosem chłopaka, stała się łagodniejsza. Jej chęć udowadniania racji pięściami zniknęła.
Pewnego dnia zapytał:
Oliwia, za rok wyjedziesz, już wiesz, kim chcesz zostać?
Dziewczyna zmieszana spojrzała na niego.
Nie nawet nie pomyślałam. Cały czas myślałam, jak zemścić się matce.
No cóż Załóżmy, że się zemścisz. Najpierw ją znajdziesz. Nie wiadomo, za jaką cenę, ale to przeskoczymy, a potem?
Oliwia zamknęła usta, odwróciła się i znikła. Nie przychodziła do Mikołaja tydzień, po czym wróciła:
Chcę budować.
Rok spędzili na przygotowaniach do szkoły budowlanej. Oliwia wiedziała, że studia są na razie za daleko, może kiedyś
W dniu wyjazdu, po długim siedzeniu na ich ławeczce, wieczorem wsiadła do pociągu prowadzącego do innego miasta, by studiować i mieszkać samodzielnie. Płakała po raz pierwszy od lat.
Mikołaju Kowalski, obiecuję, że do Ciebie wrócę. Muszę się jeszcze nauczyć.
Umówmy się. Nie zniknę, a Ty musisz skończyć naukę, stanąć mocno na nogi, a potem przyjedziesz w odwiedziny do starego.
A jak stary jest pan?
Na pożegnanie podarował jej fujarkę, lekko przyciemnioną przez czas.
Minęło prawie piętnaście lat. Oliwia w końcu wyszła za mąż, choć nigdy nie znalazła mężczyzny, który rozumiałby jej duszę. W wieku trzydziestu urodziła córkę małą Kacerię i niemal od razu rozwiodła się. Całą radość stanowiła jej mała dziewczynka.
Teraz mogła pozwolić sobie na wszystko. Kiedy wreszcie zaczęła zarabiać tyle, ile chciała, wypozycjonowała sprawdzenie matki. Wszystko rozwiązało się szybciej, niż się spodziewała.
Matka, samotna biedna kobieta, dowiedziała się dwa miesiące przed porodem, że choruje na nowotwór. Lekarze przyznali jej rok życia, a ona podjęła przerażającą decyzję oddać noworodka do szpitala już przy porodzie. Żaden lekarz nie potępił jej wyboru. Oliwia odnalazła grób matki; przy nim stał wielki pomnik z aniołem.
Często wspominała Mikołaja Kowalskiego, ale kiedy po latach wróciła do Warszawy, nie mogła go odnaleźć. Dyrektor przytułku zmienił się, a prawie cały personel został wymieniony.
Gdy w wolnej chwili Ola i Kacera spacerowały po parku. Kacera, z szerokim uśmiechem, zawsze chciała ratować świat. Do sześciu lat była niezwykle bystra i w dziwny sposób namawiała matkę na wszystkie wydatki przed przejściem do parku.
Mamo, kup mi proszę kiełbasę, bułkę i napój.
Ola wpatrywała się w nią.
Boję się zapytać, kto to znowu?
Mamo, może lepiej, żebyś nie wiedziała? Po co dodatkowo się denerwować?
Kacero, nie jedziemy nigdzie.
Mamo, to jeden pan, nie ma domu.
Kto?!
Ola myślała, że zaraz zemdleje. Kacera uśmiechnęła się, jakby mówiła: Mówiłam, że tak.
Mamo, spokojnie. To tylko stary człowiek, nie ma nikogo.
On nie prosił, jak inni, bo wstydził się. Znał tyle bajek i wierszy, że nikt nie dorównał mu. Czyżby kiełbaski były mu za drogie?
Ola, już dorosła, nie znalazła słów. Cicho kupiła wszystko, co Kacera chciała, i ruszyły w stronę parku. Kacera usiadła na ławce.
Mamo, ja tu poczekam, a ty idź nad staw. Widzisz, tam starszy pan siedzi, to on.
Ola naprawdę zobaczyła słabo ubrany staruszka i kilka dzieci, co uspokoiło ją trochę. Najważniejsze, że córka będzie w zasięgu wzroku.
Wieczorem położyła się z książką na kanapie. Kacera była w swoim pokoju. Nagle Oliwii wydawało się, że słyszy znaną melodię.
Cisza. Znów ta sama melodia, jak na początku. Oliwia wybiegła do pokoju córki, patrząc na nią ze strachu.
Mamusiu, obudziłam cię?
Kacero! Co to było?
To ten pan, co uczy nas gry na fujarce. Nie mogę zrobić przejścia od początku.
Kacera westchnęła gorzko. Trzymała fujarkę w dłoniach. Oliwia patrzyła na nią oczami pełnymi łez.
Chodź, pokażę ci. Ja też kiedyś miałam trudności
Oliwia zagrała całą melodię i zapłakała. Wspomnienia przetoczyły się z taką siłą, że nie mogła powstrzymać się przed płaczem. Kacera prawie się przestraszyła.
Mamusiu, dlaczego tak się smucisz? Czy ta muzyka cię rani? Może przestanę grać w domu?
Oliwia odrzekła negatywnie, ruszyła i po chwili wróciła z taką samą, lekko przyciemnioną fujarą.
Kacero, wiesz, gdzie mieszka ten pan?
Mamo, przy stawie, za krzakami są jego pudła.
Ruszajmy, kochanie.
Znaleźli go od razu. Kacera krzyknęła:
Dziadziu!
I on wyłonił się z krzaków.
Co się stało, mała, dlaczego nie w domu?
Mikołaju Kowalski, dzień dobry.
Zadrżał, jakby przeszyło go uderzenie. Powoli się obrócił, wpatrując się w jej twarz.
Oliwio, to niemożliwe.
Objęła go mocno.
Wszystko może się stać. Dość już komarom karmić się, chodźmy do domu.
Gdzie?
Do domu, Mikołaju Kowalski, gdyby nie ty, nie miałabym nic, więc mój dom to zawsze twój dom.
Po drodze Mikołaj wycierał łzy, które mu się ciągle wymykały. Były jak przekleństwo, które ciągnęło się od lat. Gdyby nie Oliwia, trzymająca go za rękę, upadłby dawno wcześniej.
Teraz w sercu miał pewność nie zostanie sam na kresce życia, nie będzie nikomu zbędny.







