Halina Serafin miała pięćdziesiąt trzy lata i dwie sprawy, które w ogóle jej się w głowie nie mieściły: że mąż umrze na zawał w wieku pięćdziesięciu sześciu lat na parkingu przy Biedronce, i że osiemnaście miesięcy później jego syn z pierwszego małżeństwa przyjdzie do niej z papierami od notariusza.
Warsztat przy ulicy Garwolińskiej prowadzili razem od 2009 roku. Halina siedziała w biurze, robiła faktury, rozliczała się z ZUS-em i US-em, a Wiesław kręcił się między podnośnikami w hali, pachnącej olejem silnikowym i spalinami, z radiem RMF nastawionym na cały regulator. Po jego śmierci to ona trzymała firmę na nogach — z trzema mechanikami, z klientami, którzy przyjeżdżali tam od piętnastu lat, bo "u Serafina tanio i uczciwie".
Problem był taki, że warsztat od samego początku był zarejestrowany na Wiesława. Halina miała w papierach status żony pomagającej przy działalności — żadnego udziału, żadnego wpisu w KRS, bo to nawet nie była spółka, tylko jednoosobowa działalność gospodarcza. A spadek po Wiesławie, zgodnie z ustawą, dzielił się na pół między nią a jego syna z pierwszego małżeństwa, Kubę.
Kuba Serafin miał trzydzieści jeden lat, mieszkał w Wesołej, pracował w logistyce w jakiejś firmie kurierskiej i z ojcem od lat rozmawiał głównie na urodziny. Halina znała go z dwóch, trzech spotkań świątecznych — chłopak grzeczny, ale zimny, zawsze patrzący na zegarek.
We wrześniu, miesiąc po pierwszej rocznicy śmierci Wiesława, Kuba zadzwonił i powiedział, że przyjeżdża "w sprawie formalności". Przyjechał czarnym Škodą Octavią, w garniturze, z teczką ze skóry ekologicznej, w której miał wydruk z aktu notarialnego poświadczenia dziedziczenia. Usiedli w biurze warsztatu, tym samym, w którym Halina jeszcze miesiąc wcześniej piła kawę z termosu, słuchając jak zza ściany dochodzi pisk podnoszonego auta.
— Chcę spłatę mojej połowy — powiedział Kuba, kładąc papier na biurku obok kalkulatora i zdjęcia Wiesława w ramce. — Albo sprzedajemy nieruchomość i dzielimy się kwotą, albo ty wypłacasz mi moją część. Wyceniłem to u rzeczoznawcy. Cała działka z budynkiem — sześćset osiemdziesiąt tysięcy złotych. Moja połowa to trzysta czterdzieści tysięcy.
Halina spojrzała na tę kwotę i poczuła, jak robi jej się zimno w dłoniach, mimo że w biurze było ciepło, bo grzejnik szedł na full od rana.
— Kuba, ja nie mam takich pieniędzy. Firma ledwo się spina, mam trzech ludzi na etacie, mam kredyt na podnośnik…
— To nie mój problem — przerwał jej. — Tata umarł, nie zostawił testamentu, prawo mówi jasno. Połowa moja. Dałem ci rok, żebyś się z tym oswoiła. Teraz chcę pieniądze albo nieruchomość idzie na sprzedaż.
Powiedział to bez podniesionego głosu, spokojnie, jakby mówił o fakturze za olej. I to było najgorsze — że w tym nie było złości, tylko czysta kalkulacja kogoś, kto już wszystko obliczył u prawnika, zanim w ogóle przyjechał.
Przez kolejne tygodnie Halina biegała po kancelariach adwokackich na Grochowie i Pradze, próbując znaleźć jakiekolwiek wyjście. Adwokatka, pani Wrona, z biurem nad piekarnią przy Zamoyskiego, przy trzeciej filiżance herbaty z cytryną powiedziała jej wprost:
— Pani Halino, prawo jest po jego stronie. Może pani próbować negocjować rozłożenie spłaty na raty, może pani szukać kredytu pod zastaw nieruchomości, ale bez zgody syna nic pani formalnie z tą działką nie zrobi. Chyba że on się zgodzi na coś innego.
Wieczorami, po zamknięciu warsztatu, Halina siadała w pustej hali, tam gdzie kiedyś stał drugi podnośnik, teraz sprzedany, bo trzeba było mieć gotówkę na bieżące rachunki. Za oknem, na sąsiednim podwórku, ujadał wiecznie ten sam kundel sąsiadów, Rex, którego nikt nigdy nie wyprowadzał na spacer, tylko wypuszczał na łańcuch. Halina wyciągała z szuflady starą fotografię — Wiesław w kombinezonie, uśmiechnięty, trzymający klucz nastawny jak trofeum — i myślała, że gdyby wtedy, dwadzieścia lat wcześniej, poszli do notariusza i zrobili to porządnie, na spółkę, nic z tego by się nie działo.
Ale nie zrobili. I teraz musiała z tym żyć.
Mechanik Grzesiek, najstarszy z załogi, pracujący u Serafinów od dwunastu lat, zauważył, że szefowa nie je obiadów, tylko pije kawę z automatu i pali papierosa za papierosem na zapleczu. W końcu zapytał wprost, co się dzieje. Halina powiedziała mu prawdę — że może stracić warsztat, że syn Wiesława chce sprzedaży.
— To niech pani zrobi coś, zanim on to zrobi — powiedział Grzesiek, wycierając ręce w szmatę. — Bo on i tak sprzeda. Taki człowiek nie czeka.
Miał rację. W październiku Kuba przysłał e-mail z kancelarii — informację, że jeśli w ciągu trzydziestu dni nie dojdzie do porozumienia, składa wniosek do sądu o zniesienie współwłasności poprzez sprzedaż licytacyjną.
Halina przeczytała ten e-mail trzy razy, siedząc na krześle biurowym, które skrzypiało dokładnie tak samo, jak skrzypiało dziesięć lat temu, gdy Wiesław przywiózł je z giełdy staroci na Kole. I wtedy postanowiła, że nie będzie czekać, aż ktoś jej to wszystko zabierze pod sam nos.
Zadzwoniła do pani Wrony i powiedziała, że chce sprzedać warsztat — ale na swoich warunkach, nie na licytacji. Znalazła kupca sama: młodego mechanika z Rembertowa, Adriana Kozłowskiego, który od lat marzył o własnym serwisie i miał zdolność kredytową w banku. Wynegocjowała cenę sześćset dziewięćdziesiąt tysięcy złotych — więcej, niż wyceniał rzeczoznawca Kuby.
Na spotkanie u notariusza przy alei Waszyngtona przyszli wszyscy troje: Halina, Kuba i Adrian. Kuba wyglądał na zaskoczonego, że to ona zorganizowała sprzedaż, zanim jego prawnik zdążył złożyć pozew.
— Trzysta czterdzieści pięć tysięcy dla ciebie, tyle samo dla mnie — powiedziała Halina, kładąc przed nim wydrukowany akt notarialny i numer konta. — Chciałeś pieniędzy, masz pieniądze. Tylko że teraz to ja zdecydowałam, kiedy i komu sprzedaję, a nie ty przez sąd i licytatora, który by to sprzedał za pół ceny byle komu.
Kuba podpisał papiery bez słowa. Kiedy wychodził z kancelarii, zatrzymał się przy drzwiach.
— Myślałem, że będziesz błagać o czas — powiedział.
— A ja myślałam, że zostanę tu na zawsze — odpowiedziała Halina. — Oboje się pomyliliśmy.
Za pieniądze ze sprzedaży kupiła mały lokal usługowy na Saskiej Kępie, przy cichej uliczce z kasztanowcami, i otworzyła punkt wulkanizacji z jednym pracownikiem — Grześkiem, który poszedł za nią bez wahania. Adrian, nowy właściciel warsztatu na Garwolińskiej, dzwonił jeszcze parę razy z pytaniami o starych klientów i gdzie leżą klucze do szafki z dokumentacją serwisową. Ostatni raz zadzwonił w grudniu, życząc wesołych świąt.
Kuby nie zadzwonił już nigdy.







