Zapaliła gaz pod czajnikiem, choć wiedziała, że i tak nie zdąży się napić. Za dwadzieścia minut miała autobus do Nowego Sącza, a stamtąd godzinę drogi do domu opieki, gdzie od trzech lat mieszkała jej matka. Renata Wójcik miała pięćdziesiąt jeden lat i pracowała jako księgowa w firmie transportowej na obrzeżach Krakowa. Od śmierci ojca to ona jedna dźwigała na sobie wszystko, co dotyczyło matki – papiery, lekarstwa, rozmowy z pielęgniarkami, comiesięczne przelewy w wysokości dwóch tysięcy trzystu złotych, bo tyle kosztował pobyt w placówce.
Jej brat, Marek, mieszkał w tym samym mieście, dwadzieścia minut jazdy tramwajem. Od pogrzebu ojca odwiedził matkę dwa razy.
Tego dnia w domu opieki panował zapach rosołu i środka dezynfekującego, tak charakterystyczny, że Renata rozpoznawała go już na klatce schodowej. Pielęgniarka, młoda dziewczyna o imieniu Ola, powiedziała jej przy wejściu, że mama miała dziś dobry dzień, jadła sama, nawet się uśmiechnęła, kiedy puszczono jej stare przeboje Anny Jantar.
W pokoju matka siedziała przy oknie, z kocem na kolanach, i patrzyła na parking, jakby kogoś wypatrywała.
– Mareczek dzwonił – powiedziała, zanim Renata zdążyła usiąść. – Powiedział, że przyjedzie w niedzielę.
Renata nic nie odpowiedziała. Wyjęła z torby pomarańcze, obrała jedną, podała matce cząstkę po cząstce, tak jak robiła to co tydzień od trzech lat.
Marek nie przyjechał w niedzielę. Nie przyjechał też miesiąc później, kiedy matka trafiła na dwa dni do szpitala w Nowym Sączu z powodu odwodnienia. Renata wzięła urlop bezpłatny, spała na krześle obok łóżka, dzwoniła do brata sześć razy. Odebrał raz.
– Jestem w trasie, Renia, mam klienta w Katowicach, no co ja mam zrobić.
Prowadził warsztat samochodowy, który dziesięć lat temu razem z ojcem założyli na Zabłociu. Po śmierci ojca to Marek przejął cały biznes – oficjalnie, na papierze, bo tak było "wygodniej z podatkami", jak mu wtedy powiedział znajomy notariusz. Renata się nie sprzeciwiała. Miała wtedy inne zmartwienia – rozwód, przeprowadzkę, samotne wychowywanie córki, która akurat zdawała maturę.
To, że warsztat wart był, według wyceny, jaką kiedyś przypadkiem widziała w szufladzie ojca, około czterystu dwudziestu tysięcy złotych, dotarło do niej dopiero teraz, kiedy okazało się, że pieniądze na opiekę nad matką biorą się wyłącznie z jej pensji.
Poszła do warsztatu pewnego wtorku, po pracy, jeszcze w garsonce, w której chodziła do biura. Marek stał przy podnośniku, w kombinezonie, z kluczem w ręku.
– Musimy porozmawiać o mamie – powiedziała.
– O co chodzi? Płacisz jej za mieszkanie w tym domu, nie?
– Ja płacę. Ty nie płacisz nic.
Otarł ręce szmatą, powiesił ją na uchwycie skrzynki narzędziowej.
– To był pomysł taty, żeby ją tam umieścić, nie mój. Ja bym wolał, żeby została u ciebie albo u mnie.
– U ciebie nie ma miejsca, mieszkasz sam w kawalerce nad warsztatem.
– No właśnie. To skąd te pretensje.
Odwróciła się, wyszła. Na zewnątrz mżyło, jeden z mechaników mył felgi wężem, radio grało coś z Zenka Martyniuka, głośno, przez otwarte drzwi hali.
Przez kolejny rok nic się nie zmieniało. Renata płaciła, Marek dzwonił do matki na urodziny i święta, matka opowiadała o nim tak, jakby przyjeżdżał co niedzielę – bo w jej głowie, po drugim udarze, dni zlewały się w jeden, a telefon zastępował obecność.
We wrześniu matka zmarła we śnie, w nocy z soboty na niedzielę. Pielęgniarka zadzwoniła o szóstej rano. Renata pojechała sama, tym samym autobusem, którym jeździła setki razy. Marek przyjechał na pogrzeb, w czarnym garniturze, z wiązanką białych róż, i płakał głośniej niż ktokolwiek inny.
Po stypie, w małej sali przy cmentarzu na Rakowicach, kiedy zostali już tylko we dwoje przy stole z resztkami ciasta, powiedział:
– Trzeba będzie pomyśleć o spadku po mamie. Mieszkanie, oszczędności.
Renata odstawiła filiżankę.
– Mama nie miała już nic, Marek. Mieszkanie sprzedałam dwa lata temu, żeby opłacić dom opieki. Oszczędności skończyły się po pierwszym roku.
– No to co teraz.
– Teraz nic. Nic dla ciebie nie ma.
Spojrzał na nią tak, jakby to ona coś mu zabrała.
Trzy tygodnie później Renata siedziała w kancelarii notarialnej przy ulicy Karmelickiej. Nie z powodu spadku – tego akurat nie było o co się kłócić. Przyszła w innej sprawie. Ojciec, zanim umarł, zostawił jej – tylko jej, na piśmie, w testamencie sporządzonym u tego samego notariusza dziesięć lat wcześniej – dwadzieścia procent udziałów w warsztacie. Dokument leżał w skrytce bankowej, o której Marek nigdy nie wiedział, bo nigdy nie zapytał, gdzie ojciec trzymał ważne papiery.
Renata przez lata nie chciała tego ruszać. Nie chciała kłótni, nie chciała, żeby matka umierała, słuchając, jak dzieci się procesują o warsztat. Ale teraz matki już nie było, a rachunek za trzy lata opieki, który sama spłacała z własnej pensji, wynosił osiemdziesiąt trzy tysiące złotych.
– Chcę zrealizować swój udział – powiedziała notariuszowi, kładąc na biurku teczkę z dokumentem. – Dwadzieścia procent wartości firmy, wypłacone albo w gotówce, albo w formie sprzedaży mojej części zewnętrznemu inwestorowi, jeśli brat nie zechce wykupić.
Notariusz, starszy mężczyzna o siwych wąsach, przeczytał papier dwa razy, po czym podniósł na nią wzrok.
– Pani brat wiedział o tym dokumencie?
– Nie. Ale to nie zmienia jego ważności.
Pismo poszło do Marka pocztą, za potwierdzeniem odbioru, w piątek. W poniedziałek zadzwonił, zanim jeszcze zdążyła dojechać do biura.
– Co to ma znaczyć? Jaki testament, jakie dwadzieścia procent?
– Tata mi zostawił udział. Miałam prawo go nie ruszać, dopóki mama żyła. Teraz go realizuję.
– Renia, ja ten warsztat budowałem dziesięć lat, ty tam nawet nie przychodziłaś!
– A ja płaciłam za mamę osiemdziesiąt trzy tysiące złotych przez trzy lata, sama, bo ty byłeś zajęty klientem w Katowicach.
Cisza w słuchawce trwała długo.
– Możesz wykupić mój udział – dodała spokojnie. – Masz na to sześćdziesiąt dni, zgodnie z tym, co proponuje notariusz. Jeśli nie, szukam inwestora. Warsztat jest wart czterysta dwadzieścia tysięcy, moja część to osiemdziesiąt cztery. Prawie dokładnie tyle, ile wydałam na mamę. Chyba to nie przypadek.
Marek próbował jeszcze grozić prawnikiem, potem błagać, potem milczał tygodniami. Zjawił się w końcu w jej biurze, bez zapowiedzi, pod koniec listopada, w kurtce zapiętej po samą szyję, bo na dworze padał pierwszy w tym roku śnieg.
– Znalazłem kredyt – powiedział. – W PKO. Wykupię twój udział. Ale potrzebuję czasu.
– Masz sześćdziesiąt dni od doręczenia pisma. To już pięćdziesiąty trzeci.
Podpisał dokument wykupu w kancelarii notarialnej sześć dni później, o poranku, kiedy za oknem właśnie odśnieżano Karmelicką. Renata przeliczyła przelew na telefonie, siedząc na tej samej krześle, na którym trzy miesiące wcześniej złożyła wniosek. Osiemdziesiąt cztery tysiące złotych, plus odsetki umowne.
Marek wyszedł pierwszy, nie podał jej ręki. Na progu odwrócił się jeszcze.
– Mama by się wstydziła tego, co zrobiłaś.
– Mama by się wstydziła tego, że przez trzy lata nie zapłaciłeś ani złotówki za jej pokój – odpowiedziała, wkładając teczkę do torby. – Ale mamy już nie ma. Więc to ja decyduję, co się teraz liczy.
Zapłaciła resztę zaległości w domu opieki tego samego dnia po południu, z konta, na którym od tygodnia leżały pieniądze z wykupu. Kwota się zgadzała day w day – co do złotówki.







