Zenon Wolan nie znosił ciszy w słuchawce telefonu — tej, która trwa sekundę za długo, zanim ktoś powie coś, czego wolałbyś nie usłyszeć. Miał sześćdziesiąt jeden lat i pracownię lutniczą przy ulicy Garncarskiej w Toruniu, dwie przecznice od Rynku Staromiejskiego, gdzie pachniało piernikiem z cukierni na rogu i klejem kostnym z jego własnego warsztatu. Tego dnia, dwudziestego trzeciego sierpnia, telefon zadzwonił o wpół do dziewiątej rano, kiedy Zenon akurat naciągał struny na skrzypce zamówione przez filharmonię z Bydgoszczy.
— Tato, musimy pogadać o warsztacie — powiedziała Iga, jego córka, tonem, którego używała tylko wtedy, gdy miała już wszystko przygotowane, zanim jeszcze zaczęła mówić.
Warsztat to było trzydzieści dwa lata pracy. Zenon zbudował go po ojcu, po dziadku — trzy pokolenia lutników, którzy naprawiali i robili instrumenty smyczkowe dla połowy orkiestr w województwie kujawsko-pomorskim. Iga skończyła prawo, pracowała w kancelarii przy Placu Rapackiego i od dwóch lat powtarzała, że budynek na Garncarskiej „nie pracuje na swoją wartość”. Miała rację — działka w samym centrum Torunia, blisko turystów, warta była fortunę, gdyby sprzedać albo wynająć pod lokal gastronomiczny.
Zenon odłożył struny na blat, otarł ręce o fartuch pokryty pyłem drzewnym i usiadł na stołku, na którym siedział codziennie od trzech dekad.
— Warsztat zostaje warsztatem, Iga.
— Tato, ja nie mówię, żeby go zamykać. Mówię, żeby przepisać go na mnie. Formalnie. Bo jak coś ci się stanie, to ja i tak będę to prowadzić przez sąd, przez spadek, przez pół roku papierologii. Zróbmy to teraz, mądrze.
To brzmiało rozsądnie. Prawie każde zdanie, które wypowiadała Iga, brzmiało rozsądnie — nauczyła się tego w kancelarii, gdzie płacono jej właśnie za to, żeby rzeczy brzmiały rozsądnie. Zenon miał wtedy inny problem na głowie: jego żona, Bożena, leżała od trzech tygodni w szpitalu wojewódzkim przy Świętego Józefa, po drugim zawale. Lekarze mówili ostrożnie, kardiolog unikał wzroku, kiedy pytał o rokowania. Zenon nie miał siły na papiery. Podpisał.
Nie przeczytał całego aktu notarialnego — zaufał, że córka, prawniczka, nie oszuka własnego ojca. To był błąd, o którym dowiedział się dopiero cztery miesiące później, w styczniu, kiedy Bożena już wróciła do domu, słabsza, ale żywa, i kiedy Iga przyszła na Garncarską z nowym mężczyzną u boku.
— To jest Radek. Mój narzeczony. I chcemy tu zrobić coś nowego.
Radek miał na sobie kurtkę, która kosztowała pewnie tyle, ile Zenon zarabiał w miesiąc, i patrzył na regały ze skrzypcami tak, jakby liczył metry kwadratowe, a nie instrumenty. Okazało się, że akt notarialny, który Zenon podpisał we wrześniu, przekazywał nie tylko udział w budynku, ale pełne prawo własności — i że Iga z Radkiem już złożyli wniosek o zmianę sposobu użytkowania lokalu, na restaurację z kuchnią otwartą.
— Trzydzieści dwa lata, Iga. Twój pradziadek tu naprawiał altówki dla filharmonii lwowskiej po wojnie.
— Tato, to sentyment, nie biznes. Skrzypce nikogo dziś nie interesują. Zapłaciliśmy ci przecież swoje.
Zapłacili. Osiemdziesiąt tysięcy złotych, przelane na konto Zenona tydzień po podpisaniu aktu — jako „rekompensata", tak to nazwała Iga, chociaż w rzeczywistości mieszkanie i lokal warte były grubo ponad milion. Zenon stał tego wieczoru w warsztacie sam, kiedy Bożena już spała, i patrzył na wiszące na ścianach niedokończone instrumenty — cztery skrzypce w trakcie lakierowania, altówka dla ucznia z akademii muzycznej w Bydgoszczy, wiolonczela do naprawy przywieziona przez profesora z Gdańska. Za oknem szczekał sąsiedzki jamnik, ten sam, który szczekał codziennie o tej samej porze od lat, i ten dźwięk, tak zwyczajny, sprawił, że Zenonowi zaschło w gardle bardziej niż cała rozmowa z córką.
Remont zaczął się w lutym. Zenon dostał miesiąc na wyniesienie rzeczy — narzędzi po dziadku, foremek, klejów, drewna klonowego i świerkowego, które suszyło się w piwnicy od lat, czekając na właściwy moment. Przeniósł wszystko do garażu przy bloku na Chełmińskiej, gdzie mieszkał teraz z Bożeną w M3 o powierzchni czterdziestu sześciu metrów — bo dom przy Garncarskiej też wchodził w skład tamtego aktu, choć wtedy tego nie zrozumiał.
Bożena, która całe życie znosiła jego wieczorne godziny w pracowni z cierpliwością świętej, powiedziała mu wtedy jedno zdanie, które zapamiętał na długo:
— Zenek, ty przez trzydzieści lat robiłeś instrumenty dla obcych ludzi za grosze, bo kochałeś ten fach. A teraz oddałeś dach nad tym fachem za osiemdziesiąt tysięcy, bo się bałeś zostać sam z papierami.
Nie odpowiedział. Bo miała rację i bo nie było na to odpowiedzi, która by cokolwiek naprawiła.
Restauracja Igi i Radka otworzyła się w maju, pod nazwą „Cztery Struny” — co Zenon uznał za szczególnie okrutne, chociaż nikt go o zdanie nie pytał. W oknie, tam gdzie kiedyś stały skrzypce gotowe do odbioru, teraz wisiał neon z napisem „Burger & Wino”. Zenon przechodził tamtędy raz, przypadkiem, wracając od fryzjera przy Rynku, i zobaczył przez szybę Radka, jak instruuje kelnerkę, opierając się łokciem o kontuar, który — Zenon rozpoznał od razu — był dawnym blatem jego warsztatu, tym samym, na którym naciągał struny do skrzypiec filharmonii. Ktoś go przemalował na czarno i postawił na nim świeczniki.
Minęło pół roku. We wrześniu do Zenona zadzwonił Marek Sobieraj, adwokat, którego poznał lata temu, kiedy naprawiał kontrabas dla jego syna, ucznia szkoły muzycznej. Marek zadzwonił nie w sprawie skrzypiec.
— Zenon, słyszałem od znajomego notariusza coś, co powinieneś wiedzieć. Ten akt, który podpisałeś we wrześniu zeszłego roku — sprawdziłem go, bo mnie to nie dawało spokoju. Tam jest zapis, że przekazanie nieruchomości nastąpiło pod warunkiem dożywotniej opieki nad tobą i żoną. Standardowa klauzula w takich umowach darowizny. Twoja córka miała obowiązek zapewnić wam mieszkanie i opiekę do końca życia — nie osiemdziesiąt tysięcy jednorazowo i wyprowadzkę do kawalerki.
Zenon poszedł z tym papierem — kopią aktu, którą w końcu przeczytał linijka po linijce, siedząc przy kuchennym stole z lupą zegarmistrza, bo druk był drobny, a jego oczy już nie te — do kancelarii Marka przy ulicy Szerokiej. Okazało się, że Iga nie tylko nie dopełniła warunku dożywocia, ale w dodatku sprzedała część udziałów w budynku firmie deweloperskiej z Warszawy, bez wiedzy ojca, trzy tygodnie po otwarciu restauracji — co samo w sobie łamało zapis o niezbywalności bez zgody darczyńcy przez pierwsze pięć lat.
— Możemy złożyć pozew o uchylenie darowizny z powodu rażącej niewdzięczności i naruszenia warunków — powiedział Marek. — Masz dokumentację ze szpitala, że w czasie podpisywania byłeś w stanie skrajnego stresu, masz świadków, że warunek opieki nie był spełniony. To się da wygrać, Zenon. Ale musisz się zdecydować, czy naprawdę chcesz iść na wojnę z własną córką.
Zenon przez tydzień nie odpowiadał. Chodził do garażu przy Chełmińskiej, gdzie stały jego narzędzia w kartonach, i czasami po prostu siadał na starym stołku wśród pudeł, trzymając w rękach niedokończoną altówkę — tę dla studentki z akademii, której nigdy nie zdążył oddać, bo remont przerwał robotę. Struny leżały obok, w oryginalnym opakowaniu, nienaciągnięte.
W październiku, w niedzielny wieczór, Iga przyszła na Chełmińską — pierwszy raz od czterech miesięcy. Usiadła przy stole, na którym Bożena akurat rozkładała pasjansa, i powiedziała, że potrzebuje podpisu ojca na kolejnym dokumencie: zgody na przekształcenie drugiego piętra budynku, tego gdzie kiedyś mieszkali, w apartamenty na wynajem krótkoterminowy.
— To ostatnia formalność, tato. Potem już nic nie będę od ciebie potrzebować.
— To dobrze — odpowiedział Zenon. — Bo ja już nic ci nie podpiszę.
Wyjął z szuflady kredensu teczkę, którą przygotował z Markiem tydzień wcześniej — pozew gotowy do złożenia w Sądzie Okręgowym w Toruniu, z załączoną dokumentacją medyczną, zeznaniami sąsiadów z Garncarskiej o tym, że nikt z rodziny nie odwiedzał go i Bożeny podczas rekonwalescencji, i kopią umowy sprzedaży udziałów deweloperowi.
— Marek złożył wniosek w zeszły wtorek. Sąd ma już sprawę o uchylenie darowizny z powodu rażącej niewdzięczności i niewykonania warunku dożywocia. Twój Radek prawdopodobnie dostanie wezwanie w tym tygodniu — bo firma deweloperska, której sprzedaliście udziały bez mojej zgody, też jest stroną w tej sprawie. Cała transakcja może zostać unieważniona.
Iga zbladła, a potem zaczęła mówić szybko, że to nieporozumienie, że przecież dała mu pieniądze, że przecież to on się nie skarżył przez rok. Zenon nie podnosił głosu. Nalał sobie herbaty z czajnika, który gwizdał akurat na kuchence, i powiedział tylko:
— Rok temu podpisałem, bo bałem się, że twoja matka umrze, a ja zostanę sam z papierami, których nie rozumiem. Teraz rozumiem papiery. I wiem, ile jest warte trzydzieści dwa lata pracy mojego ojca i mojego dziadka — nie osiemdziesiąt tysięcy złotych, Iga. Sprawa się odbędzie. Jeśli sąd przyzna mi rację, budynek wraca do mnie, a ja sprzedam go komu innemu — komu zechcę. Może szkole muzycznej, która od dawna szuka lokalu na filię przy Starówce. Oni już dzwonili do Marka w zeszłym tygodniu.
Rozprawa odbyła się w lutym, rok po podpisaniu pierwszego aktu. Sąd Okręgowy w Toruniu uchylił darowiznę w całości, uznając rażącą niewdzięczność obdarowanej i naruszenie warunku dożywotniego utrzymania. Iga siedziała na sali w swoim eleganckim garniturze, tym samym typie garnituru, w jakim przychodziła do kancelarii, i milczała przez cały czas trwania ogłoszenia wyroku. Radek nie przyszedł wcale — dowiedział się później, telefonicznie, od notariusza dewelopera, że umowa sprzedaży udziałów została unieważniona, a on sam traci wszystko, co zainwestował w remont „Czterech Strun”.
Trzy tygodnie później Zenon podpisał nową umowę — tym razem przeczytaną trzy razy, z lupą i z Markiem obok — sprzedając budynek przy Garncarskiej Państwowej Szkole Muzycznej im. Karola Szymanowskiego pod filię z klasami instrumentów smyczkowych. Cena: siedemset dziesięć tysięcy złotych, gotówką, na konto, które Zenon otworzył specjalnie na tę transakcję w banku przy Rynku Nowomiejskim. Z tych pieniędzy kupił z Bożeną mniejsze mieszkanie bliżej centrum, a resztę odłożył — częściowo na leczenie żony, częściowo na nowy, mniejszy warsztat przy ulicy Piekary, gdzie w oknie znowu stały skrzypce gotowe do odbioru.
Iga zadzwoniła raz, w marcu, kiedy szkoła muzyczna już rozpoczynała remont dawnej restauracji. Zenon zobaczył jej numer na wyświetlaczu telefonu, tego samego telefonu, przez który usłyszał kiedyś zdanie „musimy pogadać o warsztacie”. Nie odebrał od razu. Odłożył struny na blat nowego, jeszcze pachnącego lakierem stołu, otarł ręce o fartuch i dopiero wtedy podniósł słuchawkę.
— Słucham.
— Tato… — głos Igi się łamał. — Ja nie wiedziałam, że tak to się skończy.
— Ja też nie wiedziałem, Iga. Ale teraz wiem, co robić z tym, co moje.
Odłożył telefon na blat, obok naciągniętych już strun altówki — tej samej, którą wreszcie skończył i oddał studentce z akademii, spóźniony o czternaście miesięcy, ale skończony. Za oknem, dwie ulice dalej, ten sam jamnik sąsiadów szczekał na przechodniów, punktualnie jak zawsze.







