Wrocław, koniec marca. Wracałam z nocnej zmiany w piekarni przy Legnickiej, tramwajem numer dwadzieścia, i myślałam tylko o tym, żeby zdjąć buty. Mokry śnieg padał od trzech dni, w podeszwach zbierała się breja z piaskiem. Przy drzwiach mieszkania stała torba. Nie walizka, nie reklamówka — torba sportowa, taka z klubu fitness, różowa, z czarnym zamkiem. Obok siedział Kuba.
Kuba to mój zięć. Córka, Monika, wyszła za niego jedenaście lat temu. Pobrali się w urzędzie na Rynku, potem było wesele w remizie pod Bolesławcem, bo stamtąd pochodzi jego rodzina. Tańczył wtedy z moją córką jak nikt. Podnosił ją wysoko, aż wstążki z bukietu wplątały mu się w marynarkę.
A teraz siedział na wycieraczce, oparty o kaloryfer na klatce schodowej, i patrzył w telefon. Ekran oświetlał mu twarz od dołu, przez co wyglądał staro. Czterdzieści trzy lata, a wydawało się, że pięćdziesiąt.
— O, pani Halino — podniósł się, ale nie do końca. Takie pół wstanie, pół przysiad. Jak ktoś, kto liczy, że zaraz go wpuszczą.
Torba stała między nami.
— Monika zmieniła zamki? — zapytałam.
Zamiast odpowiedzieć, wzruszył ramionami.
Sąsiedzi z naprzeciwka, państwo Wieczorkowie, mają psa. Mały, kudłaty, wabi się Kapsel. Kapsel szczeka zawsze, kiedy ktoś stoi na klatce dłużej niż minutę. Teraz też szczekał. Kuba kopnął lekko wycieraczkę.
— Zmieniła — przyznał w końcu. — Wczoraj, jak byłem w pracy.
Klucz w mojej dłoni obrócił się gładko. Nowy zamek córka założyła tydzień temu, po tym jak Kuba trzeci raz w tym miesiącu wrócił pijany. Mój klucz oczywiście wymieniła od razu — jestem matką, nie wspólniczką.
Zaprosiłam go do środka. Sama nie wiem dlaczego. Może przez tego psa, który nie przestawał ujadać. Może przez twarz Kuby, na której było coś z tamtego chłopaka spod Bolesławca, co to na weselu tańczył z Moniką, aż parkiet drżał.
Zięć zdjął buty, postawił je równo przy szafce. Zawsze to w nim lubiłam — porządek. Nawet pijany wieszał kurtkę na wieszaku.
— Kawy? — zapytałam, choć kawy nie chciałam. Chciałam spać.
— Nie, dziękuję. Ja tylko po resztę rzeczy.
Okazało się, że reszta rzeczy to dwie deski do krojenia, stara patelnia i słoik ogórków kiszonych, które sam zrobił we wrześniu. Stałam w kuchni, patrzyłam, jak pakuje te ogórki do torby, i myślałam, że to jednak dziwne — człowiek wynosi się z domu po jedenastu latach i zabiera patelnię, a nie zdjęcia.
Chociaż zdjęcia to Monika pewnie wycięła z ramek już wcześniej.
— Wiesz — powiedział, zasuwając zamek torby — ona mi nigdy nie wybaczyła.
Nie zapytałam czego. Wiedziałam.
Pięć lat temu, w wakacje, pojechali we trójkę nad Solinę. Monika, Kuba i mała — no, nie taka mała, Lilka miała wtedy sześć lat, akurat skończyła zerówkę. Wynajęli domek letniskowy, taki z kominkiem, bo czerwiec był zimny. W sobotę Monika pojechała rano na targ do Leska po ser i miód. Kuba został z Lilką nad wodą.
Było południe, słońce wyszło zza chmur, woda w zalewie lśniła. Lilka pluskała się przy brzegu, Kuba czytał coś na telefonie — mówił potem, że sprawdzał mecz Legii. Wszyscy mu to powtarzali na rozprawie: Legia grała wtedy sparing, wynik 0:0, można sprawdzić.
Lilka miała rękawki. Takie dmuchane, różowe, z motylkami. Matka je kupiła w markecie w Sanoku za dwadzieścia dziewięć złotych. Jednego rękawka nie dopięła do końca — dziecko miało sześć lat, samo go zakładało, chciało być samodzielne. Kuba nie sprawdził.
Znalazł ją trzy minuty później. Twarzą w dół. Motylki unosiły się na wodzie.
Monika wróciła z targu akurat, kiedy przyjeżdżała karetka. Stała z torbą, z której wysypywał się twaróg, i patrzyła, jak ratownik robi masaż serca małemu ciału. Lilka miała ręce wzdłuż tułowia, takie wąskie, z odstającymi łokciami. Leżała na kocu w kolorze musztardy, którym potem Monika nie chciała już nigdy niczego przykryć.
Nie wybaczyła mu. Nie mogła. To nie było do wybaczenia.
Kuba też sobie nie wybaczył, ale o to akurat nikt go nie pytał.
Stał teraz w moim przedpokoju, torbę trzymał w obu rękach, jak uczeń na wywiadówce.
— Monika powiedziała, że mam tydzień na wyprowadzkę — rzucił. — Minął wczoraj. Dlatego zmieniła zamki.
Kiwnęłam. Sama jej doradziłam ten tydzień. I zmianę zamków też. Nie byłam dumna, ale byłam pewna.
Chciał jeszcze coś powiedzieć, otworzył usta, potem je zamknął. Za oknem przejechał nocny tramwaj, brzęknął na łuku. Słychać było, jak Kapsel u Wieczorków warczy przez sen.
— Byłem trzeźwy przez siedem miesięcy — powiedział cicho. — Po urodzeniu Lili. Siedem miesięcy i dwanaście dni.
— Wiem — odpowiedziałam.
— A potem znów… no. Sam pani wie.
Wiedziałam. Po pogrzebie pił codziennie. Najpierw cicho, po pracy, dwa piwa. Potem wódka w szafce na buty, żeby Monika nie znalazła. Potem już nie chował. Pod koniec przynosił do domu po trzy małpki dziennie i kładł je na parapecie w kuchni, w rzędzie, jak świeczki. Monika te butelki zbierała. Cała reklamówka. Kiedyś mi pokazała — siedemnaście sztuk. Na każdej cena: 4,99. Razem wychodziło osiemdziesiąt cztery złote i osiemdziesiąt trzy grosze. Tyle kosztował jego wieczór.
Nie mówiłam o tym. Po co? Oboje znaliśmy rachunek.
— Mogę przenocować? — zapytał nagle. — Na podłodze. Na dywanie. Gdziekolwiek. Jutro rano znajdę coś.
Odpowiedź przyszła mi do głowy, zanim zdążyłam pomyśleć. Nie wiem, skąd się wzięła — może z widoku ogórków w torbie, tych, które we wrześniu kisił w moim słoiku, kiedy Lilka już nie żyła od dwóch lat. Może z tego, że stał boso na kafelkach i miał skarpetki nie do pary.
— Dobrze.
Położyłam mu w salonie, na rozkładanej wersalce. Dałam koc i poduszkę. Poszłam do łazienki, umyłam twarz, spojrzałam w lustro. Za mną na haku wisiał szlafrok Lili. Taki w paski, frotte, rozmiar 116. Monika przyniosła mi go po przeprowadzce, bo u niej w sypialni zajmował miejsce. Powiesiłam go w łazience, nie pytając siebie po co.
Zgasiłam światło. W salonie zięć siedział po ciemku, patrzył w wyłączony telewizor, w którym odbijało się okno.
— Pani Halino — odezwał się, kiedy byłam już w drzwiach sypialni. — Ja wtedy nie widziałem. Naprawdę. Trzy minuty. Tyle wystarczy.
Zamknęłam drzwi.
Rano było jasno, mokry śnieg stopniał. Na parapecie w kuchni leżało osiem złotych i kartka: „Za prąd i wodę. Dziękuję." Kuba wyszedł przed siódmą. Wersalka złożona, poduszka ułożona równo, koc złożony w kostkę.
Zadzwoniłam do Moniki z pracy, z zaplecza, gdzie pachniało drożdżami. Zapytałam, czy może wpaść wieczorem. Przyjechała po ósmej, zmęczona, we włosach miała nitkę z firanki.
Siedziałyśmy w kuchni. Postawiłam przed nią herbatę, tę jej ulubioną, malinową z suszu, który przywiozłam z działki. Napiła się, potem odstawiła kubek, obróciła go w palcach, w końcu powiedziała:
— Powiedz mi tylko jedno. Czy ty go rozumiesz?
Nie odpowiedziałam. Bo co to znaczy rozumieć? Rozumieć to nie znaczy wybaczać. Rozumie się pogodę, zeszyt z matematyki, przepis na ciasto. Człowieka można co najwyżej znieść.
Dopiłam swoją herbatę. Miała smak malin i czegoś gorzkiego.
Wstałam, otworzyłam szufladę, wyjęłam reklamówkę. Tę z butelkami po małpkach, którą Monika trzymała u mnie, bo u siebie nie mogła na nią patrzeć. Siedemnaście sztuk, każda po 4,99. Osiemdziesiąt cztery złote i osiemdziesiąt trzy grosze.
Położyłam reklamówkę na stole między nami.
— Wyrzucę to — powiedziałam. — Do żółtego pojemnika na szkło. Ale najpierw chcę, żebyś coś wiedziała: on tu nocował, bo ty zmieniłaś zamki. Nie zaproszę go drugi raz. To twoje dziecko. Twój żal. I twoje prawo.
Monika długo patrzyła na reklamówkę. Potem wzięła ją, wstała, podeszła do drzwi. Zawahała się.
— Jak wrócę od ciebie, zamówię w mieszkaniu nowy domofon — powiedziała. — Stary ma krótki kabel, ledwo słyszę, kto dzwoni.
Zabrała reklamówkę. Na dnie, pod butelkami, leżał rachunek z wodociągów. Wzięłam go i schowałam do kieszeni fartucha. Nie zadzwoniłam do Kuby z podziękowaniem za te osiem złotych. Za wodę zapłaciłam sama.







