— Wszystko już przełożyłem za was, nie musicie dziękować — oznajmiła teściowa przez telefon takim tonem, jakby wręczała nam prezent pod choinkę. W sobotę mieliście jechać do Zakopanego. Teraz mieliście jechać na Ochotę, do Weroniki, dźwigać kartony.
Nazywam się Bartek, mam trzydzieści cztery lata, prowadzę mały warsztat lutnierski przy ulicy Kilińskiego w Grójcu — naprawiam skrzypce, czasem gitary, raz na jakiś czas jakiś stary kontrabas przywlecze ktoś z filharmonii. Robota cicha, spokojna, wymaga cierpliwości. Może dlatego z teściową, Danutą, zawsze miałem gorzej niż moja żona Ania. Ania jej niedoskonałości jakoś przepuszczała mimo uszu, a ja słyszałem każde słowo jak fałszywą nutę.
Tamtego wieczoru to ja odebrałem telefon, nie Ania. Siedziałem w warsztacie, klejąc pękniętą płytę wierzchnią w starych skrzypcach, i miałem ręce w klejowym roztworze, kiedy zadzwoniła komórka na blacie. Włączyłem głośnik łokciem.
— W sobotę o dziewiątej macie być u Weroniki. Umówiłam już wynajem busa i dwóch chłopaków do noszenia. Wasza rezerwacja w pensjonacie już przełożona, na wtorek i środę za dziesięć dni. Sprawdziłam, akurat tam były wolne terminy.
Zamarłem z pędzelkiem w powietrzu. To ja robiłem tę rezerwację, z mojej karty, ja rozmawiałem z właścicielką pensjonatu pod Zakopanem, gdzie mieliśmy spędzić dwie noce po roku bez wspólnego wyjazdu.
— Na jakiej podstawie pani zmieniła moją rezerwację? — spytałem, starając się, żeby to zabrzmiało jak pytanie, a nie oskarżenie. Chociaż w środku już coś we mnie zwijało się w pięść.
— Ania mi przesłała maila z potwierdzeniem, chciała pochwalić się widokiem na Giewont. A tam na dole był link do zarządzania rezerwacją i kod dostępu. Kliknęłam, zobaczyłam, że można zmieniać terminy bez problemu, no to zmieniłam. Przecież i tak macie wolne w te dni, a Weronice kończy się najem w niedzielę, musi oddać klucze staremu Krawczykowi.
Właśnie w tej chwili na ekranie telefonu wyskoczyło powiadomienie: zmiana terminu rezerwacji potwierdzona, dopłata za sezon wysoki: sto osiemdziesiąt złotych.
— A co tu się stało? — teściowa zabrzmiała szczerze zdziwiona, kiedy powiedziałem jej o dopłacie. — Weźmiecie dwa dni wolnego, dopłacicie różnicę, nic strasznego. Za to w ten weekend jesteście całkiem wolni! Weronice trzeba pomóc z przeprowadzką. Zamówiłam bus i dwóch chłopaków, oni wniosą meble, a ty pozawieszasz karnisze i złożysz szafę. Ania porozkłada rzeczy po szafkach. Wszystko idealnie ogarnęłam!
Odłożyłem skrzypce na stojak, wytarłem ręce w szmatkę pachnącą kalafonią i poszedłem poszukać Ani. Siedziała przy kuchennym stole, sortując faktury z warsztatu — ona zajmuje się u mnie księgowością, drugi zawód, o którym mało kto wie.
— Twoja mama właśnie przełożyła naszą rezerwację w Zakopanem — powiedziałem, kładąc telefon na stole obok jej kubka z herbatą, w którym unosiła się para z zapachem mięty.
Ania spojrzała na powiadomienie, potem na mnie. Nic nie powiedziała od razu — wzięła długopis, którym właśnie zaznaczała faktury, i przekreśliła coś na kartce z taką siłą, że papier się przedarł.
— We wtorek mam odbiór skrzypiec od klienta z filharmonii narodowej, umówiony na dwunastą — powiedziałem. — Jadę osobiście po strojenie po transporcie, taki instrument nie jeździ pocztą kurierską.
— A ja we wtorek mam rozliczenie kwartalne dla trzech firm — dodała Ania. — Jeśli nie oddam do środy, klienci dostaną kary od skarbówki.
Zadzwoniłem do pensjonatu. Odebrała ta sama właścicielka, z którą rozmawiałem tydzień wcześniej, poznała mój głos.
— Pan Bartek? Coś się stało, widzę zmianę w systemie…
— Proszę cofnąć tę zmianę. To pomyłka, rezerwację zmieniła osoba postronna, mam dostęp do karty, którą płaciłem.
Podała mi kilka pytań weryfikacyjnych, podałem ostatnie cyfry karty, datę płatności. Piętnaście minut później nasze pierwotne terminy wróciły na miejsce, zanim ktokolwiek zdążył zabukować wolny pokój.
Zadzwoniłem do teściowej sam, bez Ani przy telefonie, bo uznałem, że to ja przekazałem link, moja wina, moja rozmowa.
— Danuto, jedziemy w sobotę do Zakopanego, jak było zaplanowane. Rezerwację przywróciłem.
W słuchawce coś zagrzechotało, jakby upuściła łyżeczkę na stół.
— Jak to jedziecie?! Przeprowadzka już ruszona! Chłopaki od noszenia opłaceni tylko na dwie godziny, wniosą kartony i pojadą do następnego zlecenia, składanie mebli nie wchodzi w cenę! Weronika sama sobie nie poradzi, ona nigdy się tym nie zajmowała! Musicie wejść w jej sytuację!
— Weszliśmy w sytuację, kiedy odzyskaliśmy nasz wyjazd — odparłem. — Więc pomożecie Weronice wy, Danuto. To przecież pani plan rodzinny.
Cisza w słuchawce trwała chwilę dłużej, niż powinna. Potem głos teściowej, zwykle pewny siebie jak u kierowniczki zmiany, nagle się rozsypał na kawałki.
— Ja nie mogę! Wykupiłam sobie pobyt w termach koło Buska-Zdroju na te dni! Basen z wodą siarkową, masaż gorącymi kamieniami, okłady borowinowe! Myślałam, że skoro i tak przewozicie Weronikę, to po co mam się plątać pod nogami. Pakiet bezzwrotny, zapłaciłam czterysta dwadzieścia złotych!
Odłożyłem telefon na blat i spojrzałem na Anię. Ona pierwszy raz od początku tej rozmowy się uśmiechnęła, chociaż w tym uśmiechu nie było wesołości.
— Czyli cały ten manewr z naszą rezerwacją miał nam wyznaczyć darmową brygadę roboczą, a mama miała w tym czasie moczyć się w siarce — powiedziała.
Wziąłem telefon z powrotem.
— Szkoda, Danuto, że tak to wyszło. Przeprowadzki Weroniki nikt nie odwoła, klucze trzeba oddać starym właścicielom w niedzielę. Basen chyba trzeba będzie przełożyć.
Odłożyłem słuchawkę i wróciłem do warsztatu dokończyć klejenie płyty. Ania zrobiła nam kolację — makaron z boczkiem, bo lodówka świeciła pustkami, a robić zakupy nikomu się nie chciało po takim dniu. Za oknem sąsiad z naprzeciwka wyprowadzał swojego owczarka, ten sam co zawsze, głośno szczekał na każdy rower przejeżdżający ulicą.
W sobotę pojechaliśmy do Zakopanego. Powietrze pachniało żywicą, wieczorami jedliśmy oscypki z żurawiną w małej gospodzie przy szlaku, a w nocy było tak cicho, że słyszałem tylko własny oddech i skrzyp starych desek podłogowych w pokoju. Telefon zostawiłem w trybie samolotowym na większość dnia, włączałem go tylko wieczorem, bo Ania się upierała, że matka może chcieć się z nią skontaktować.
I rzeczywiście, wiadomości przychodziły. Danuta w sobotę rano włożyła stare dresy i pojechała na Ochotę przyjąć na siebie to, co sama uruchomiła. Chłopaki od transportu, zgodnie z opłaconym czasem, wniosły meble i kartony do przedpokoju i jednego pokoju, po czym odjechały na kolejne zlecenie. Weronika, przyzwyczajona, że matka zawsze wszystko załatwia, tylko stała i patrzyła na stos kartonów, kompletnie zagubiona.
Ponieważ darmowy zięć-lutnik się nie zjawił, Danuta musiała w trybie awaryjnym szukać fachowca do złożenia szafy i elektryka do podłączenia lampy, płacąc za dojazd z własnej kieszeni. Po południu przyszło od niej długie nagranie głosowe, które Ania puściła mi w aucie w drodze na spacer po Dolinie Kościeliskiej:
„Bartek! Fachowiec chce dopłatę za wiercenie pod kołki do betonu! Gdzie na Ochocie jest sklep budowlany otwarty w sobotę?! Dlaczego wszędzie takie kolejki?!"
Zamiast masażu gorącymi kamieniami teściowa dostała samodzielne skręcanie komody z płyty laminowanej. Instrukcja obsługi znalazła się na samym dnie kartonu dokładnie w momencie, gdy Danuta już dwukrotnie przykręciła bok nie tą stroną i musiała odkręcać wkręty z płyty, która się przy tym lekko wykruszyła na rogu.
W niedzielę wieczorem, kiedy wracaliśmy z gór, zadzwoniła jeszcze raz. Tym razem bez rozkazującego tonu, głosem kogoś, kto spędził dzień na kolanach z wkrętarką.
— Bartek, przepraszam za tę rezerwację. Nie pomyślałam.
— Wiem — powiedziałem. — Ale następnym razem, jak będzie pani chciała komuś pomóc, proszę zapytać, zanim pani coś przełoży. To wystarczy.
Nie obiecałem, że zapomnę, i nie obiecałem, że będzie inaczej. Powiedziałem tylko tyle, ile było prawdą. Ania siedziała obok, patrzyła przez okno na mijające świerki, i pierwszy raz od dawna nie musiała nic tłumaczyć ani łagodzić między mną a swoją matką — bo tym razem to matka sama musiała wytłumaczyć się przede mną.







