Mój Brat Nie Dał Mi Na Leki Matki — Więc Nie Proście Mnie O Datek

Do kancelarii mecenasa Ludwika Gawrona w Katowicach przyszedł chłopak w ortalionowej kurtce. Pachniało od niego jesienną wilgocią i tanim dezodorantem. Na piersi miał smycz z plakietką, a w ręku podkładkę do pisania.

— Dzień dobry, reprezentuję Fundację „Światełko z Katowic” — zaczął, zanim zdążył porządnie zamknąć drzwi. — Zbieramy na obiady dla dzieci z rodzin zastępczych. Z pańskich rozliczeń wynika, że zarabia pan rocznie ponad sześćset tysięcy złotych… A nie ma pana na żadnej liście darczyńców. Pomyśleliśmy, że może zechciałby pan coś oddać społeczności.

Ludwik siedział za biurkiem i słuchał. Zegar z orzecha tykał. Za oknem, na ulicy Mariackiej, tramwaj szarpał druty i sypał iskrami w mżawkę.

— W tych pańskich rozliczeniach — odezwał się w końcu Ludwik — jest coś o mojej matce?

— Słucham?

— Ma osiemdziesiąt dwa lata. Po wylewie. Leży u mnie w domu, bo Dom Pomocy Społecznej wyliczył sobie, że jej emerytura z ZUS-u pokryje niecałą jedną trzecią kosztów. A całość to dziewięć tysięcy miesięcznie. Jest to w waszych papierach?

Chłopak oblizał wargi. Przekartkował podkładkę, jakby tam mógł być wydrukowany cudzy los.

— No… nie, skąd. My zajmujemy się głównie dziećmi…

— To teraz dzieciom po kolei. Mój brat, Adrian. Czterdzieści siedem lat. Dwadzieścia lat temu wracał z nocnej zmiany z huty ArcelorMittal i wjechał w niego tir na zakręcie pod Dąbrową Górniczą. Wózek inwalidzki. Oczy przestały mu służyć trzy lata później. Całkiem. Ma żonę, która zmieniła mu pieluchę tyle razy, że sama potrzebuje rehabilitacji, a NFZ daje jej termin na przyszły marzec. Rzucicie na nich piątkę? A może macie w fundacji pielęgniarkę, co przyjdzie za darmo?

Chłopak przełożył podkładkę z ręki do ręki. Ludwik zapiął guzik przy mankiecie, chociaż od dawna był zapięty.

— Starczy, bo jeszcze siostra. Nie, chwileczkę. Mama jest najstarsza. Potem brat. Teraz siostra. Magda, trzydzieści dziewięć lat, wdowa. Mąż jechał po nią na cmentarz w Rudzie Śląskiej — tak, jechał po nią, bo ona wysiadła z autobusu i zadzwoniła, że pada — i uderzył w betonowy przepust. Została z trójką. Najmłodszy wtedy miał cztery lata. Ja im płacę szkołę. Co roku, od jedenastu lat stawiam w listopadzie znicz na grobie szwagra i za każdym razem widzę to samo imię na tabliczce z sąsiedniej kwatery, bo chłopak, co zginął obok, miał dwadzieścia dwa lata i matkę, co by oddała nerkę, gdyby mogła go przebłagać.

Chłopak z fundacji wyglądał, jakby chciał, żeby go wessało w chodnik.

— Proszę pana, ja naprawdę przepraszam, nie miałem pojęcia…

— Nie miałeś pojęcia — powtórzył Ludwik. Nalał wodę do szklanki. Szklanka stała na podkładce z nazwą fundacji. — A teraz ostatnia lekcja, potem cię puszczę. Moja córka, Helena. Studiuje stomatologię w Zabrzu. Ma indeks za dwa tysiące czterysta. Mój syn, Tymon, trzynaście lat. Bierze cztery leki dziennie. Jeden kosztuje siedemset czterdzieści złotych i jest refundowany jak cała reszta: czyli w jednej trzeciej. Co miesiąc na jego pudełka lekarstw idzie ponad trzy i pół tysiąca.

Odsunął szklankę w bok i pochylił się nad biurkiem.

— A teraz najważniejsze. Matce musiałem niedawno kupić łóżko ortopedyczne z pilotem, bo odleżyny na biodrze zaczęły dochodzić do kości. Spytała, ile kosztowało. Powiedziałem: czternaście tysięcy. Zamknęła oczy i powiedziała: „Ludwik, za te pieniądze to mnie lepiej pochowaj”. Więc nie, nie dam ani złotówki na żaden zbiór w tym mieście, dopóki nie ureguluję każdego rachunku z własnej listy.

Chłopak poszedł. Ludwik wyrzucił jego papierowy kubek do kosza, chociaż kubek był prawie pełny.

A potem, wieczorem, zdarzyło się coś, czego mecenas Gawron w ogóle nie planował.

Około siódmej przyjechał do matki. Nie do swojego domu w Brynowie, tylko na osiedle przy ulicy Wolności w Chorzowie, gdzie matka mieszkała od czterdziestu lat i skąd nie chciała wyjeżdżać, choć po wylewie nie schodziła już z parteru.

Woził jej obiady w pojemnikach. Dwa razy w tygodniu, we wtorki i piątki. Ta ostatnia piątkowa wizyta była inna. Wszedł z klucza, postawił siatkę z lekami na parapecie i usłyszał, że w telewizorze leci konkurs, a matka powtarza odpowiedź za prowadzącym.

— Nie zgadniesz, kto u mnie był — rzucił z przedpokoju.

— Ta twoja adwokatka, co zawsze węższą spódnicę bierze.

— Nie. Fundacja.

Matka wyłączyła telewizor. Bez pilota wyciągnęła rękę i wcisnęła przycisk na odbiorniku, bo miała długie ramiona, które po wylewie zostały jedyną sprawną rzeczą w jej ciele.

— I co im powiedziałeś?

— Prawdę. Że moja rodzina jest droższa niż wszystkie obiady dla cudzych dzieci razem wzięte.

Matka sięgnęła po koc, który leżał na sąsiednim krześle, i złożyła go jeszcze raz, chociaż był złożony idealnie. Miała taki nawyk od czasu wylewu: składała rzeczy po kilka razy, jakby sprawdzała, czy świat się nie poodwijał w nocy.

— Ludwik — odezwała się cicho — a może w tej twojej prawdzie jest jedna nieprawda, o której nie chcesz mówić.

— Jaka?

— Że niby jej nie dasz złotówki, bo ja cię o to prosiłam. A ja cię nigdy o to nie prosiłam.

Ludwik podniósł siatkę z parapetu. Była w niej aspiryna, którą matka brała codziennie na rozrzedzenie krwi, i trzy opakowania na ciśnienie. Zapłacił za to wszystko trzydzieści dwa złote i osiemdziesiąt groszy, co pamiętał, bo kasjerka w aptece dała mu paragon, a on go złożył i schował do kieszeni. Ten paragon leżał teraz w jego domu, w szufladzie z rachunkami, gdzie od lat trzymał dowody, że nikogo nie oszukuje.

— Mamo, to nie jest kwestia twojej prośby. Ja mam swoją listę. Najpierw ty. Potem Adrian. Potem Magda. Potem dzieci. Potem…

— Potem nikt — weszła mu w słowo. — Bo po dzieciach będziesz zmęczony. I powiesz sobie, że zrobiłeś dość.

Tej nocy wracał samochodem ulicą Kościuszki i nie włączył radia. Szyba od strony pasażera odparowywała tylko do połowy. W pewnej chwili zatrzymał się na parkingu pod Kauflandem, wysiadł i wyjął z bagażnika przenośny stołek, ten sam, który woził od lata, kiedy wyprowadzał matkę na balkon i sadzał ją na słońcu. Rozłożył go na chodniku, usiadł i patrzył, jak spod kół samochodu cieknie woda.

Siedział tak może kwadrans. Obok przeszedł mężczyzna z psem. Ludwik rzucił coś do niego, coś zwykłego: o pogodzie. Mężczyzna przystanął. Pies podszedł do Ludwika i położył mu łeb na kolanie, tak po prostu, jakby znali się od zawsze.

— Panu coś jest? — zapytał mężczyzna.

— Zastanawiam się, ile kosztuje cudzy spokój — odpowiedział Ludwik.

— Ja za swojego zapłaciłem dwadzieścia lat żucia tematu, trzy terapie i osiem przeprowadzek. Ale psa mam taniej. Mówię to bez ironii.

Nazajutrz Ludwik zadzwonił do Adriana. Umówili się, że przyjedzie po niego o pierwszej. Adrian mieszkał w Siemianowicach, w bloku z windą, którą sąsiedzi okupowali po trzy kwadranse, bo winda była jedna na jedenaście pięter.

— Szybciej będzie, jak spotkamy się na dole — powiedział Adrian. — Nie przyjeżdżaj po mnie pod same drzwi, bo ta winda znowu stanie. Ostatnio jadę, a tam sąsiadka z wózkiem i czeka z papierosem w zębach. Wypraszam, bo ona twierdzi, że wózek ma pierwszeństwo.

— Wózek dziecięcy? — upewnił się Ludwik.

— A jaki inny. Pali przy dziecku i twierdzi, że jak jest na spacerze, to może. Nie wciskaj mi tu prawa. Po prostu czekaj pod klatką.

Pod klatką stali do drugiej. Adrian wyjechał z sieni, a Ludwik trzymał mu drzwi, choć Adrian go zbeształ, że świeci mu w twarz lusterkiem.

— Pamiętasz, jak ojciec kazał nam przepisywać całe strony z encyklopedii, bo nie chcieliśmy mu powiedzieć, kto stłukł szybę? — zapytał Ludwik.

— Pamiętam. To byłem ja. A ty i tak wziąłeś połowę kary na siebie, chociaż ojciec się zorientował, bo ty byś szyby nie ruszył.

— A jeśli ja teraz znowu wezmę na siebie? — spytał Ludwik.

— Co weźmiesz? Darowiznę na cudze dzieci? To nie szyba.

— Właśnie że nie wiem. Może szyba. Taka, przez którą widać własną zaciśniętą pięść.

Adrian chwilę nic nie mówił. Potem poprosił, żeby Ludwik otworzył schowek w aucie, bo ma tam batonik podróżny, ten z nadzieniem, i Adrian chciał zjeść, bo po wylewie brata wszystkiego się odechciewa, ale jego nie.

Ludwik podał mu batonik. Adrian zerwał opakowanie zębami i odparł:

— Wiesz, co ja bym dał, gdybym mógł? Dałbym im ten wózek. Cały. Niech go sprzedadzą na aukcji, kupią tym dzieciom po książce. Ale to brzmi jak gest, rozumiesz? A ja bym chciał, żeby to był rachunek.

— To znaczy?

— To znaczy: idź do tej fundacji i poproś o umowę. Niech ci rozpiszą, ile obiadów sfinansują z twojej darowizny. Konkretnie. Na papierze. Bo inaczej to nie rachunek, tylko głaskanie po głowie.

Ludwik przyjął to jak wyrok w cudzej sprawie. W poniedziałek rano wszedł do tej samej kamienicy przy ulicy Mariackiej, tylko piętro wyżej, gdzie mieściła się siedziba fundacji. Ortalion z plakietką siedział przy biurku i segregował ulotki.

— Wrócił pan — zauważył.

— Wróciłem — potwierdził Ludwik. — Chcę umowę. Bez fajerwerków. Ile posiłków, w jakich szkołach, do kiedy.

— Będzie pan pierwszym darczyńcą w tym roku, który prosi o umowę.

— To mnie nie dziwi. Ludzie dają na uczucie, a ja daję na konkret.

Spisali wszystko. Ludwik zażądał, żeby w treści wpisano, że darowizna idzie na obiady dla dzieci z trzech szkół w Katowicach: jednej na Załężu, jednej w Bogucicach i jednej w Ligocie. Kwotę ustalił z prezeską przez telefon: trzydzieści tysięcy złotych na rok szkolny. I dopisał na dole dokumentu, długopisem, własnym charakterem pisma: „Zamiast znicza na grobie obcych dzieci, których nie umiałem ocalić, stawiam obiad. Bo nie mogę nakarmić własnego brata widelcem, skoro sam nie potrafi go utrzymać w dłoni”.

Potem wrócił do kancelarii i pierwszy raz od dawna nie włączył przekazu o rozprawie, który wisiał na jego firmowym kalendarzu. Zamiast tego zadzwonił do siostry, do Magdy, i powiedział jej, że chce zapłacić za korepetycje z matematyki dla jej najmłodszego, bo Alicja, dziewięciolatka, od trzech tygodni obgryza ołówki i twierdzi, że boi się klasówki.

— Skąd wiesz o ołówkach? — zapytała Magda.

— Bo u ciebie wszystkie dzieci mają wygryzione zębami drewno, a ja jestem adwokatem i umiem dodawać dwa do dwóch.

— Nie wiem, czy to śmieszne, czy mi głupio.

— To jest śmieszne. I mi też głupio. Razem nam głupio, więc jesteśmy rodziną.

A potem zrobił coś, co nie mieściło się w żadnej z jego list.

W sobotę pojechał do Zabrza na uczelnię Heleny. Córka wyszła do niego w fartuchu i rękawiczkach, bo zamykała pracownię. Na ławce obok siedział chłopak, który przy niej zawsze siedział na egzaminach.

— Tato, co tu robisz? — zapytała.

— Mam do ciebie sprawę, która nie jest przysługą, tylko korektą. Pamiętasz, jak mówiłaś, że po studiach chcesz otworzyć gabinet w dzielnicy, gdzie ludzi nie stać na dentystę?

— Pamiętam.

— To znaleźć ci lokal. Pomogę podpisać umowę najmu. Na dwa lata z góry, żebyś nie musiała od razu szukać pacjentów z portfelem. Ale pod jednym warunkiem.

— No?

— Jeden fotel masz darmowy dla dzieci z domów dziecka. Nie jeden dzień w miesiącu. Cały rok. W każdy czwartek.

Helena zdjęła rękawiczki. Podeszła do ojca i powiedziała:

— Dobrze. A w każdy wtorek — twój gabinet. Musisz wyleczyć zęby, bo od roku pijesz kawę z trzema łyżkami cukru i mówisz przez zaciśnięte szczęki.

Ludwik odpowiedział coś z uśmiechem, ale nie zapamiętał własnych słów. Patrzył na rękę córki, w której trzymała klucz do pracowni — ten sam klucz, którym zamykała za sobą codziennie świat, w którym miała zostać dobrym człowiekiem.

Wieczorem wrócił na ulicę Wolności. Matka siedziała przy oknie i patrzyła, jak zapala się latarnia naprzeciwko. Powiedziała:

— No i co? Dałeś tym dzieciom obiad?

— Dałem. Trzydzieści tysięcy.

— To dlaczego wyglądasz, jakbyś wracał z wyroku?

— Bo każdy obiad, który funduję, to jest numer. A ja mam w domu listę, na której nikt się nie podpisuje. Tylko kwoty.

— To zmień listę — odparła matka. — Nie w sensie, wyrzuć. W sensie: wpisz tam dziś, że Ludwik Gawron dał coś, czego nie musiał.

Ludwik zdjął buty, stanął przy kuchennym parapecie i z kieszeni marynarki wyciągnął ten sam paragon, który nosił od piątku. Dołożył do niego drugi — za środki na recepty matki, które kupił po drodze. Wyjął długopis. Na odwrocie jednego z nich napisał: „Trzydzieści tysięcy — nie na dług, tylko na dziś. Żeby jutro było co jeść. Nie tylko mnie”.

A rano, zanim pojechał do kancelarii, wrzucił do skrzynki fundacji kopertę. Bez podpisu, bez adresu zwrotnego. W środku było pięć tysięcy złotych. W liście napisał jedno zdanie: „Za tę jedną rzecz, której nie ma w państwa danych: nikt nie wychodzi z mojego domu bez długu”.

Za oknem kancelarii tramwaj numer 20 znów szarpał druty i sypał iskrami w mżawkę. Ludwik otworzył terminarz i skreślił czerwonym długopisem strony, na których napisał wcześniej, że tego roku nie stać go na cudze sprawy. Potem sięgnął po ten sam paragon z kieszeni, złożył go raz, potem drugi raz — dokładnie tak, jak robiła to matka z kocem — i schował do szuflady, obok pozostałych. Zamknął ją na klucz i ruszył pod sąd.

Oceń artykuł
Newskey24
Mój Brat Nie Dał Mi Na Leki Matki — Więc Nie Proście Mnie O Datek