Pracuję w zakładzie pogrzebowym w Białymstoku od piętnastu lat. Widziałem więcej pogrzebów, niż chciałbym pamiętać, ale tego styczniowego poranka nie zapomnę. Stałem przy wejściu do sali pożegnań, poprawiałem wazon z goździkami i patrzyłem, jak młoda kobieta w za dużym czarnym płaszczu wchodzi do środka jako ostatnia. Nikt jej nie towarzyszył.
Miała może dwadzieścia siedem lat. Trzymała w rękach reklamówkę z osiedlowego sklepu spożywczego — taką zwykłą, z nadrukiem selera i marchewki. Przy trumnie stała zaledwie chwilę. Potem podszedł do niej starszy mężczyzna w szarym garniturze, notariusz, poznałem go po skórzanej teczce. Odsunęli się na bok, pod okno z widokiem na parking.
Nie chciałem podsłuchiwać. Ale sala była mała, a ja musiałem jeszcze wymienić wodę w kwiaciarkach przy ścianie. Stałem trzy metry od nich, z konewką w ręku.
— Pani ojciec zostawił to dla pani — usłyszałem.
Notariusz podał jej reklamówkę. Kobieta zajrzała do środka i zastygła. Patrzyłem na jej dłonie — pobielały na knykciach, tak mocno zacisnęła palce na uchwytach torby. Przez moment myślałem, że zemdleje. Nie zemdlała. Odwróciła się i wyszła na parking, a reklamówka bujała się przy jej boku jak przywiązana do ręki.
Wróciłem do swoich obowiązków. Trumna, kwiaty, księga kondolencyjna. Ale ta scena nie chciała wyjść mi z pamięci. Co można dostać po ojcu w torbie z warzywniaka?
Dwa dni później zobaczyłem ją znowu. Przyszła zapłacić rachunek za usługę pogrzebową. W kasie, przy okienku. Rozmawiałem z nią krótko, bo dokumenty wymagały podpisu. Nazywała się Marlena. Zapytałem, czy wszystko w porządku z formalnościami — takie tam, rutynowe zdanie, które powtarzam dziesiątki razy w tygodniu.
Popatrzyła na mnie, a potem, zupełnie niespodziewanie, powiedziała:
— Wie pan, co było w tej torbie?
Nie wiedziałem. Nie pytałem. Ale ona chyba potrzebowała to komuś powiedzieć, a ja byłem najbliżej.
— Notes — powiedziała. — Zwykły szkolny notes w kratkę. Taki za cztery złote z kiosku.
Zamarłem z długopisem nad fakturą.
Opowiedziała mi historię. Nie całą, nie od razu. Kawałek po kawałku, między jednym dokumentem a drugim. Ojciec wychowywał ją sam, odkąd matka wyszła po mleko i już nie wróciła — Marlena miała wtedy cztery lata. Pracował na budowie, żeby ona mogła skończyć szkołę, potem studia. Nosił buty robocze sklejane taśmą, jadł kanapki z margaryną, żeby ona miała obiad. Nigdy nie kupił sobie nowej kurtki. Zawsze mówił, że nie jest głodny.
Słuchałem i myślałem o swoim ojcu. Też stawiał ściany w latach dziewięćdziesiątych. Też miał ręce jak tarka. Może dlatego ta historia tak mnie wzięła.
— Notes — powtórzyła Marlena. — Cały zapisany. Pierwsza strona: „Kochana Marlenko, wybacz mi, że to, co zostawiam, nie jest tym, o czym marzyłem dla Ciebie.” A dalej dwadzieścia trzy strony. Każda to jedna kwota. Jeden termin. Jedno nazwisko.
Okazało się, że jej ojciec od chwili, gdy został sam z małą córką, przez całe dorosłe życie zapisywał w notesie, ile zarobił i ile z tego oddał lichwiarzowi. Zaczął, gdy Marlena miała cztery lata. Kończył, gdy miała dwadzieścia siedem.
Na pogrzebie nie było żadnej rodziny. Matka nie przyjechała — Marlena nawet nie wiedziała, gdzie jest. Ojciec nie miał rodzeństwa, przynajmniej takiego, o którym mówił. Została sama z pogrzebem, z rachunkami i z tym notesem.
Ten lichwiarz — nazywał się Gienek, tak się przedstawiał — pożyczał ojcu pieniądze zawsze wtedy, gdy brakowało na czynsz, na buty dla dziecka, na lekarza. Ojciec oddawał z nawiązką. Zwykle dwa razy tyle, co wziął. Nigdy nie przestał. Ostatni wpis w notesie był datowany na trzy tygodnie przed śmiercią. Kwota: cztery tysiące dwieście złotych. Tyle ojciec zostawił w kopercie pod podłogą w przedpokoju, o czym Marlena dowiedziała się z notatki.
— Domyśla się pan, co zrobił Gienek? — zapytała mnie wtedy.
Pokręciłem głową.
— Przyszedł na stypę.
Tego dnia po pogrzebie Marlena zamówiła skromny poczęstunek w restauracji przy cmentarzu — rosół, schabowy, kompot. Dla kilkunastu osób, które przyszły pożegnać ojca. Sąsiedzi, koledzy z budowy. Gienek też się pojawił. Wszedł, jakby był zaproszony, zdjął czapkę, usiadł w rogu.
Marlena podeszła do niego, bo myślała, że przyszedł złożyć kondolencje.
— Kondolencje — powiedział Gienek. — I taka sprawa. Ojciec był mi winien. Siedem tysięcy osiemset. Z odsetkami za ostatnie trzy miesiące.
Wyjął z kieszeni złożoną kartkę i podał jej z ręki do ręki. Odbitka jakiejś strony z jego własnego, starego zeszytu. Tam figurowała kwota, termin i podpis — zdaniem Gienka ojca, chociaż Marlena nie mogła tego potwierdzić, bo pismo było ledwo czytelne.
— Ale tata spłacał wszystko — powiedziała. — Mam notes. Każdą wpłatę zapisywał.
Gienek wzruszył ramionami.
— Ostatnia rata nie doszła. Cztery dwieście to za mało.
Marlenie zostawił tę kartkę wtedy, na stypie, wciśniętą do ręki razem z groźbą. Od tamtej pory nosiła ją przy sobie osobno, złożoną na pół, w wewnętrznej kieszonce torby — nie chciała jej trzymać razem z notesem ojca. Pokazała mi ją dopiero, gdy przyszła zapłacić za pogrzeb. Wyjęła z kieszonki i położyła na ladzie. Wyglądała jak wydruk z drukarki atramentowej, na papierze, który już zdążył pożółknąć przy krawędziach.
— Cztery tysiące dwieście to było wszystko, co tata oszczędził — powiedziała. — A on chce jeszcze trzy i pół.
Zapytałem, co zamierza zrobić. Nie powinienem był. To nie moja sprawa, to oczywiste. Ale ta dziewczyna miała taki wyraz twarzy, jakby dźwigała w tej reklamówce coś znacznie cięższego niż notes i kartkę.
Popatrzyła na mnie.
— Nie wiem. Nie mam tych pieniędzy. Płacę za pogrzeb, tyle mi zostało z ubezpieczenia. A on dał mi tydzień.
Zapytała, czy znam jakiegoś dobrego adwokata. Podałem jej nazwisko kobiety, która prowadziła sprawy spadkowe dla jednej z rodzin, jakie obsługiwaliśmy. Nazywała się Halina Wysocka.
Przez kolejne dni Marlena nie wracała. Ale ja o niej myślałem.
Zakład pogrzebowy w styczniu to takie miejsce, w którym czas płynie inaczej. Mało ceremonii, dużo papierów. Któregoś popołudnia, przy kawie, opowiedziałem o niej żonie. Wyciągnęła wtedy z szuflady stary kalkulator i zaczęła liczyć na głos. „Cztery dwieście na pogrzeb, zostaje zero. Trzy i pół długu. Nie ma mieszkania, wynajmuje. Co ona ma zrobić?”
Nie znałem odpowiedzi.
W piątek, tydzień po pogrzebie, stałem przy oknie biura, bo akurat czekałem na dostawę wieńców. Widziałem, jak Gienek wychodzi z białej toyoty i idzie w stronę wejścia do naszego zakładu. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale wyszedłem na korytarz, zanim on zdążył nacisnąć klamkę.
— Szukam Marleny — powiedział prosto z mostu.
— Nie ma jej tutaj — odparłem.
— To gdzie jest?
Wzruszyłem ramionami. Nie kłamałem. Naprawdę nie wiedziałem.
Gienek splunął na chodnik, wsiadł do auta i odjechał. Dopiero potem przyszło mi do głowy, że on chyba myślał, że Marlena tu pracuje. Albo że tu mieszka. Nie pytał, skąd znam jej imię. Nie miał cierpliwości do pytań.
Marlena przyszła w poniedziałek. Blada, zmęczona, z tą samą reklamówką. Położyła na ladzie kopertę z gotówką — czterysta złotych zaległej opłaty administracyjnej, którą trzeba było wyrównać.
— Załatwiłam to — powiedziała.
Nie zrozumiałem.
— Co załatwiłaś?
— Adwokatka znalazła coś w księgach sądowych. Gienek nie miał prawa pożyczać pieniędzy. Nie prowadzi działalności. Nigdy nie płacił podatków od tych odsetek. Ojciec był jego osiemnastym „klientem", jakiego udało się ustalić. Wszystkie te umowy były nieważne.
Podała mi kartkę. Tę samą, którą Gienek przyniósł na stypę. Tylko teraz na dole ktoś przybił pieczątkę sądu. I dopisał paragraf.
— Halina złożyła pozew. O nienależnie pobrane odsetki. Za cały czas, odkąd tata zaczął pożyczać od Gienka.
Poczułem, że się uśmiecham. Chyba pierwszy raz od dawna w tej pracy.
To nie był triumf, nie. Marlena nie skakała z radości. Stała przy ladzie i patrzyła na tę kopertę, jakby nie mogła uwierzyć, że właśnie coś takiego trzyma w rękach.
Gienek dostał wezwanie tydzień później. Przesyłkę poleconą, podpisaną przez niego osobiście, bo listonosz zostawił potwierdzenie. O tym akurat wiem od sąsiadki Marleny, która przyszła zamówić tabliczkę na grób męża. Opowiedziała, że Gienek najpierw krzyczał na klatce schodowej, potem długo stał pod drzwiami Marleny, ale nikt nie otworzył.
Sąd nie trwał długo. Halina Wysocka zrobiła to, co robi najlepiej, jak zrozumiałem. Zebrała dokumenty, przesłuchała świadków, pokazała notes Marleny jako dowód — te dwadzieścia trzy strony regularnych wpłat, o których Gienek nie miał pojęcia. Marlena opowiadała mi później, jak Halina liczyła to razem z nią, wiersz po wierszu: każda wpłata z notesu zestawiona z kwotą, którą ojciec naprawdę pożyczał, różnica zsumowana za wszystkie lata, plus ustawowe odsetki od bezprawnie pobranych odsetek. Wyszło osiemdziesiąt cztery tysiące złotych. Sąd zasądził dokładnie tę kwotę.
Gienek spłacił ją w czterech ratach. Musiał sprzedać toyotę. Marlena powiedziała mi o tym przy okazji, gdy przyniosła kwiaty na grób ojca. Nie śmiała się. Po prostu powiedziała, że teraz jest czysto.
Nie wiem, co zrobiła z tymi pieniędzmi. Może spłaciła długi. Może kupiła bilet gdzieś, gdzie ojciec chciał pojechać, ale nigdy nie miał na to czasu. Nie pytałem. To nie była moja historia.
Przy ostatniej wizycie, gdy przyniosła kwiaty, zostawiła w biurze reklamówkę — pustą już, bez notesu, bez kartki. Powiedziała, że nie chce jej więcej widzieć w domu, a wyrzucić też nie potrafi. Zapytałem, czy na pewno, a ona tylko skinęła głową i wyszła na parking bez oglądania się za siebie.
Leży teraz w szafce pod biurkiem, między starymi dokumentami a zapasem długopisów. Czasem, gdy rano otwieram biuro i zaparzam kawę w ekspresie, widzę ją kątem oka, z nadrukiem selera i marchewki, trochę wypłowiałym już od światła z okna.







