Marek Sowiński karmił wydrę dwa razy dziennie i nikt w straży wodnej w Kruszwicy nie traktował tego poważnie, dopóki nie zadzwonił telefon w sprawie zaginionego na Gople.
Miał pięćdziesiąt jeden lat i dwadzieścia sześć przepracowanych w Wodnym Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym. Wydrę nazwał Kajtek, po dziadku, i dostał ją jako trzymiesięczne, ledwie chodzące zwierzę od hodowcy spod Inowrocławia, który się jej po prostu nie spodziewał — samica z tego samego miotu urodziła się z wadą łapki i nikt nie chciał brać brata razem z nią. Marek wziął oboje. Siostrę oddał później do ogrodu zoologicznego w Poznaniu, a Kajtek został.
Trenował go metodą prób i nagród, bez żadnego kursu, bo w Polsce nikt czegoś takiego nie uczy. Sąsiad z dziesiątego piętra bloku przy ulicy Kolejowej, gdzie Marek mieszkał zanim przeniósł się bliżej jeziora, śmiał się, że facet trzyma w wannie przyszłego pracownika ochrony. Śmiał się, dopóki nie zobaczył, jak Kajtek na komendę nurkuje po plastikową butelkę rzuconą z brzegu i wraca prosto do ręki, nie odpływając ani metra w bok.
Metoda była prosta: Marek uczył go rozpoznawać zapach spod wody po bąbelkach, które unoszą się na powierzchnię. Ludzka skóra, tkanina, nawet metal zegarka — wszystko to zostawia w wodzie ślad, który normalny nurek czuje dopiero wtedy, gdy się o coś potknie. Kajtek czuł to wcześniej i pokazywał kierunek, obracając się w wodzie i płynąc tam, skąd szedł zapach. Nie zawsze trafiał. Przy trzeciej próbie, jeszcze wiosną, przywlókł do łodzi ubranie z manekina, którym trenowali w płytkiej zatoce pod Kruszwicą, i przez tydzień potem odmawiał wchodzenia do wody — jakby zapamiętał porażkę jak karę. Marek wtedy myślał, że to koniec pomysłu, że wydrę da się nauczyć sztuczek, ale nie odpowiedzialności. Wrócił do treningu dopiero po miesiącu przerwy, od nowa, od samych bąbelków bez żadnego ubrania w wodzie.
Telefon zadzwonił trzynastego lipca, w niedzielę, około jedenastej rano. Zaginął sześćdziesięcioczteroletni wędkarz, Zbigniew Dudek, który wypłynął łódką z przystani w Kruszwicy dzień wcześniej i nie wrócił na noc. Żona zgłosiła zaginięcie po ósmej wieczorem, ale ekipy zaczęły szukać dopiero rano, bo w nocy na jeziorze nic nie widać, a łódź patrolowa i tak by nic nie znalazła po ciemku.
Pani Dudek pokazała na mapie miejsce przy trzcinach, gdzie mąż zawsze zarzucał wędki — łowił tam od lat, mówiła, nigdy nigdzie indziej. Pustą łódź znaleziono dryfującą właśnie w tamtej okolicy, więc całe poszukiwania od rana skupiły się na wąskim pasie wzdłuż trzcin, tam gdzie stała kotwica. Woda w tym miejscu Gopła ma nie więcej niż cztery metry głębokości, ale jest mętna od glonów i mułu — widoczność spada do dwudziestu, trzydziestu centymetrów latem. Dwóch nurków z jednostki w Kruszwicy pracowało już cztery godziny, macając dno rękami wzdłuż liny, bez żadnego efektu. Kierownik akcji, Tomasz Grabowski, znał Marka z widzenia i wiedział o wydrze, bo ktoś kiedyś wrzucił filmik z Kajtkiem na grupę na Facebooku. Zadzwonił bez wielkiej nadziei, bardziej z desperacji niż z przekonania.
Marek przyjechał starym oplem combo z klatką na tylnym siedzeniu i pudełkiem świeżych płotek w lodówce turystycznej — kupował je codziennie na targu rybnym w Kruszwicy, kilogram kosztował wtedy jakieś dwadzieścia pięć złotych, a Kajtek zjadał grubo ponad kilogram dziennie. Wydra ważyła wtedy jakieś siedem kilo, sierść miała ciemnobrązową, prawie czarną, kiedy była mokra. Marek nałożył jej uprząż z małym pływakiem na grzbiecie, żeby zespół na łodzi widział, gdzie zwierzę jest pod wodą, i puścił ją z rufy w miejscu, gdzie prąd znosił bąbelki od strony trzciny.
Przez pierwsze dwadzieścia minut nic. Kajtek krążył, wynurzał się, parskał, znowu nurkował. Marek stał na dziobie łodzi patrolowej i liczył w głowie — trzy minuty pod wodą, potem oddech, znowu w dół. Grabowski już mówił coś do radia, że akcja z wydrą się nie sprawdza, kiedy pływak nagle znieruchomiał w jednym punkcie, jakby coś trzymało zwierzę pod wodą i nie chciało puścić.
Nurek zszedł tam z liną. Minuta, druga, trzecia — na łodzi nikt się nie odzywał, tylko silnik pracował na jałowym biegu. Przy czwartej minucie na powierzchni pojawiła się głowa nurka, a zaraz po niej uniesiona w górę pięść z wyprostowanym kciukiem w dół. Grabowski odłożył radio i patrzył na wodę bez słowa. Ciało Dudka leżało zaplątane w stare sieci rybackie, dwadzieścia metrów od trzcin, w małej zatoczce, przez którą nurty w tej części jeziora znosiły wszystko z głównego pasa poszukiwań, choć nikt wcześniej nie pomyślał, żeby tam sprawdzić — łódź stała przecież dalej, przy kotwicy.
Żona zaginionego, pani Krystyna, przyjechała na brzeg jeszcze tego samego popołudnia. Nie powiedziała nic do Marka, tylko usiadła na trawie przy przystani i patrzyła, jak Kajtek je rybkę z jego dłoni, otrzepując łapką wodę z pyska.
Od tamtej niedzieli Kajtek brał udział już w dwudziestu trzech akcjach na terenie województwa kujawsko-pomorskiego, cztery razy to on jako pierwszy wskazał miejsce, gdzie kończyły się poszukiwania. Marek nie bierze za to pieniędzy — jeździ na telefon od WOPR-u, na własny koszt paliwa, bo ryby dla Kajtka kupuje i tak codziennie za jakieś siedemset złotych miesięcznie, więc jedna akcja więcej czy mniej niczego nie zmienia w budżecie domowym.
Grabowski napisał później w raporcie jedno zdanie, które zostało w aktach jednostki: "lokalizacja nastąpiła dzięki sygnałowi od zwierzęcia towarzyszącego, gatunek wydra azjatycka". Pani Krystyna siedziała jeszcze długo na tej trawie, kiedy Kajtek skończył jeść i otrząsnął się cały, rozpryskując wodę na jej buty, a ona nawet wtedy się nie ruszyła.







