Gest Kogi ważącego 190 kilogramów, który zatrzymał pracę wrocławskiego ZOO

Beata Wilczek pracuje przy wybiegach dla naczelnych we wrocławskim ogrodzie zoologicznym od jedenastu lat. Zna procedurę na pamięć: co dwa lata każdy dorosły samiec goryla przechodzi pełne badanie pod narkozą. Serce, zęby, stawy, mięśnie. Nic nie zostawia się przypadkowi, bo to właśnie choroby serca zabijają goryle najczęściej — u samców po czterdziestce ryzyko rośnie gwałtownie.

Tego dnia, w środę na początku września, badali Bruna. Ważył sto dziewięćdziesiąt kilogramów i od 2011 roku był twarzą wrocławskiego pawilonu małp człekokształtnych — cierpliwym przywódcą stada, ojcem trzech młodych goryli. Zespół weterynaryjny pod narkozą pracował sprawnie: kardiolog przykładał głowicę USG do klatki piersiowej, technik odczytywał parametry, druga pielęgniarka trzymała wenflon.

W korytarzu obok sali zabiegowej pachniało środkiem dezynfekującym i mokrą słomą — z sąsiedniego boksu, gdzie czekała samica z młodym. Ktoś zostawił włączone radio, cicho szło popołudniowe pasmo z wiadomościami o remoncie mostu Grunwaldzkiego. Nikt go nie wyłączył — po prostu nie było na to czasu.

Beata usiadła przy jego dłoni, żeby monitorować puls na nadgarstku — rutyna, robiła to dziesiątki razy. Ale tego dnia liczby na monitorze przy klatce piersiowej Bruna nie chciały się uspokoić. Kardiolog przesunął głowicę USG kawałek niżej, zmarszczył brwi, powtórzył pomiar. Technik jeszcze raz odczytał parametry na głos, cichszym tonem niż zwykle. Druga pielęgniarka przestała notować i patrzyła na ekran razem z nim. Nikt nic nie powiedział, ale w sali zrobiło się gęściej — tak jakby wszyscy naraz wstrzymali oddech, czekając, aż krzywa na monitorze wróci do rytmu, który powinna mieć.

To właśnie wtedy, w środku tej ciszy, palce Bruna zacisnęły się wokół ręki Beaty. Nie mocno. Nie odruchowo, jak bywa przy głębokim znieczuleniu. Uścisk trzymał się kilkanaście sekund, po czym rozluźnił, znów zacisnął — jakby goryl, na wpół nieprzytomny, szukał punktu oparcia. Beata nie odsunęła ręki. Popatrzyła na kardiologa, kardiolog popatrzył na monitor, a krzywa w końcu się wyrównała.

Fotograf Marek Osęka, który dokumentował badanie na zlecenie ogrodu, zdążył zrobić kilka kadrów. Jedno zdjęcie — masywna czarna dłoń oplatająca cienkie palce kobiety w niebieskim fartuchu — trafiło na stronę ZOO tego samego wieczoru. Do rana miało ponad sto tysięcy udostępnień.

— Nie umiem powiedzieć, co wtedy czuł — mówiła później Beata dziennikarzowi lokalnej gazety. — Ale ja poczułam, że nie jestem tam sama z narzędziami. Że on wie, że ktoś przy nim jest.

Kiedy badanie dobiegło końca, kardiolog odłożył głowicę i pierwszy raz od dłuższej chwili się uśmiechnął. Serce pracowało prawidłowo, stawy bez zmian zwyrodnieniowych, waga optymalna. Technik klepnął Beatę w ramię, ktoś w kącie sali cicho zaklaskał. Zachodnie goryle nizinne, do których należy Bruno, są gatunkiem krytycznie zagrożonym — populacja spadła o ponad sześćdziesiąt procent przez kłusownictwo, wycinkę lasów i wirusa Ebola, a każdy osobnik w europejskim programie hodowlanym, obejmującym trzydzieści osiem ogrodów, jest wpisany do księgi rodowodowej. Dlatego dobry wynik badania Bruna nie był tylko ulgą dla jednej sali zabiegowej — dyrektor ogrodu ogłosił go na konferencji prasowej trzy dni później, stojąc przy tej samej fotografii powiększonej na planszy.

Zdjęcie wisi teraz przy wejściu do pawilonu, obok tabliczki z opisem gatunku. Odwiedzający zatrzymują się przy nim częściej niż przy samej szybie wybiegu.

Beata wraca do tej sali co dwa lata. Siada przy tej samej dłoni, zakłada palce na nadgarstek Bruna i czeka, aż monitor zacznie mierzyć puls. A potem czeka na coś jeszcze — czy uścisk się powtórzy.

Oceń artykuł
Newskey24
Gest Kogi ważącego 190 kilogramów, który zatrzymał pracę wrocławskiego ZOO