Panią Halinę Sowę, lat osiemdziesiąt trzy, znałam z widzenia z Biedronki przy Puławskiej, ale tamtej soboty stałam za nią w kolejce po raz pierwszy w życiu. Nazywam się Ewa Kaczmarek, mam czterdzieści jeden lat, pracuję w tej samej kasie od siedemnastu lat i palę od dwudziestu, głównie na zapleczu między zmianami. Widziałam już niejedno. Ale nie to, co wydarzyło się tamtej soboty, dokładnie za dwadzieścia dwunasta.
Koniec września, na dworze mżyło, w sklepie pachniało świeżym pieczywem i z głośnika lało się disco polo, którego nie znosiłam, ale akurat tego dnia leciało w kółko. Kolejki ciągnęły się od kas aż do działu z warzywami. Pani Halina miała w koszyku sześć rzeczy: bułki, kostkę masła, twaróg, dwa jogurty Bakoma i pęczek natki — razem dwadzieścia trzy złote osiemdziesiąt groszy, zapamiętałam, bo wybiła to na moim terminalu kilka minut później. Grzebała w torebce dłużej, niż powinna — szukała portfela w staroświeckiej torebce na zatrzask, z podszewką w drobne kwiatki, wypłowiałą od lat noszenia.
Za nią stała kobieta może po czterdziestce, w eleganckim płaszczu, z wózkiem wyładowanym po brzegi — tort w pudełku, dwie butelki wina, jakby szykowała się na czyjeś urodziny. Głośno westchnęła.
— Serio, pani?
Pani Halina odwróciła się.
— Przepraszam, już szukam.
— Jak pani nie nadąża, to niech pani wyśle kogoś innego na zakupy — kobieta popchnęła wózek bliżej, prawie dotykając pleców staruszki.
Kilka osób w kolejce zaczęło się kręcić, patrzeć. Obok pani Haliny stał mężczyzna, syn sąsiadki, jak się później okazało — podszedł bliżej.
— Nie ma pani powodu tak do niej mówić — powiedział cicho, ale stanowczo.
Kobieta wzruszyła ramionami.
— Mówię tylko to, o czym inni myślą, ale są za grzeczni, żeby to powiedzieć.
Pani Halina w końcu znalazła portfel, wyjęła kartę płatniczą drżącą ręką. Kobieta z wózkiem parsknęła śmiechem.
— Świetnie. Teraz jeszcze dłużej będziemy czekać.
Staruszka położyła kartę na terminalu, potem cofnęła rękę i przytrzymała ją drugą dłonią, żeby nie drżała tak bardzo. Policzki robiły jej się coraz bardziej czerwone, aż po same uszy.
Ja w tym momencie przestałam skanować towar. Stałam przy kasie od ósmej rano, bolały mnie plecy, marzyłam o papierosie na zapleczu. Ale kiedy pani Halina odsuwała się, żeby zrobić miejsce, zerknęłam na jej dowód osobisty, który wciąż trzymała w drugiej ręce razem z portfelem — a chwilę później, kiedy kobieta z wózkiem kładła swoją kartę na terminalu, moje oko samo pobiegło do notesu, który trzymam pod ladą, w kieszeni na drobne. Zapisane tam było, granatowym długopisem mamy: "Renata Wrzesień, córka p. Zofii W., ur. 1979". A na ekranie terminala, litera po literze, to samo nazwisko: WRZESIEŃ, R.
Poczułam, jak robi mi się zimno mimo klimatyzacji. Ten notes — czarny, w cerowanej okładce, kupiony kiedyś za trzy złote pięćdziesiąt na Grójeckiej — należał do mojej matki. Trzynaście lat wcześniej zapisała w nim całą historię, którą znałam na pamięć.
Moja mama, Krystyna, pracowała wtedy w domu opieki przy ulicy Grójeckiej jako pielęgniarka nocna. Miała pod opieką starszą pacjentkę po udarze, samotną, bez rodziny w mieście — panią Zofię Wrzesień. Pacjentka błagała, żeby ktoś zawiadomił jej córkę, bo bała się umrzeć, nie pogodziwszy się z nią po latach kłótni o mieszkanie na Ochocie. Mama znalazła w jej starym notesie numer telefonu i imię i nazwisko: Renata Wrzesień. Dzwoniła codziennie przez tydzień. Nikt nie odbierał. W końcu odebrała kobieta, poirytowana, i powiedziała mamie, żeby się nie wtrącała, bo "matka i tak zawsze robiła z siebie ofiarę". Zapisała wtedy to imię i nazwisko obok daty w swoim notesie, bo już wiedziała, że nie zapomni. Pacjentka zmarła dwa dni później. Ten notes po śmierci mamy trafił do mnie, do szuflady pod kasą, bo nie umiałam go zostawić w domu.
— Niech pani poczeka — powiedziałam.
Kobieta z wózkiem podniosła głowę, zaskoczona.
Zamknęłam kasę — kliknięcie zamka zabrzmiało głośniej, niż powinno.
— Pani ma na imię Renata? Renata Wrzesień?
Kobieta zbladła.
— Skąd… skąd pani zna moje imię?
— Z terminala. I z tego notesu — wyjęłam go spod lady, trzymałam otwarty na tej samej stronie. — Trzynaście lat temu moja matka pracowała w domu opieki na Grójeckiej. Miała pod opieką pani matkę, Zofię Wrzesień, po udarze. Pani matka prosiła, żeby ktoś zawiadomił córkę, bo umierała. Moja mama dzwoniła codziennie przez tydzień. Odebrała kobieta, która kazała jej się nie wtrącać. Zapisała wtedy pani imię i nazwisko. Tu, w tym notesie.
W kolejce zapadła głucha pauza — słychać było tylko szum lodówki z nabiałem i piszczenie wózka, który ktoś przetaczał gdzieś dalej.
— To niemożliwe, żeby pani to wiedziała.
— A jednak wiem. Dzwoniła do pani matka? Nie. Dzwoniła moja matka. Przez tydzień.
Kierownik sklepu, pan Tomasz Góral, który akurat przechodził między kasami, zatrzymał się, słysząc podniesione głosy, ale nic nie powiedział — stanął z boku, gotowy interweniować, gdyby zrobiło się głośniej.
Kobieta z wózkiem patrzyła to na mnie, to na notes, to na panią Halinę. Przez chwilę myślałam, że zostawi zakupy i wyjdzie bez słowa. W końcu powiedziała, cicho i bez pewności w głosie:
— Miałam wtedy dwadzieścia sześć lat. Dwa etaty. Nie mogłam jeździć do niej co tydzień, a ona non stop dzwoniła i robiła sceny…
— Nie proszę o wyjaśnienia — przerwałam.
Odwróciła się do pani Haliny.
— Przepraszam panią. Nie powinnam była tak mówić. To nie miało z panią nic wspólnego.
Pani Halina, nie do końca rozumiejąc, o co właściwie poszło, ale wyczuwając, że coś się właśnie odwróciło na jej korzyść, przytaknęła, wzięła reklamówkę z jogurtami i bułkami i zapłaciła kartą — tym razem bez pośpiechu, bo nikt jej nie poganiał. Wyszła ze sklepu z synem sąsiadki pod rękę.
Renata Wrzesień zapłaciła w milczeniu, zostawiła torebkę foliową nierozpakowaną na ladzie i wyszła, nie oglądając się.
Notesu nigdy więcej nie schowałam do szuflady do końca. Zostawiłam go otwartego pod ladą przez resztę zmiany. Kobiety w płaszczu nigdy więcej nie widziałam w tym sklepie.
Pani Halina wciąż przychodzi w soboty, zawsze z tymi samymi sześcioma rzeczami w koszyku. W zeszłą sobotę znowu grzebała w torebce na zatrzask, licząc monety po dwadzieścia groszy, a ja czekałam, aż wszystkie ułoży na ladzie, jedna obok drugiej.







