Nazywam się Wojciech Duda, mam pięćdziesiąt dwa lata i od jedenastu pracuję jako kierownik zmiany w zakładzie meblarskim pod Radomiem. Trocina i lakier — tak pachnie moje życie, moja żona Renata mówi, że nawet po prysznicu tym śmierdzę. Może ma rację.
Dom, w którym mieszkamy, zbudował mój ojciec w latach siedemdziesiątych, kawałek za Radomiem, na wsi Wielogóra. Po jego śmierci zostały tam moja matka Halina i my — ja, Renata, i nasz syn Kubuś. Matka odeszła dwa lata temu, we śnie, w pokoju na parterze, tam gdzie zawsze pachniało koperkiem i starym drewnem. Nie zostawiła testamentu. Nigdy nie lubiła chodzić po urzędach — mówiła, że jak przyjdzie czas, dzieci same się dogadają. Zostawiła tylko kartkę w komodzie, między ręcznikami, którą Renata znalazła miesiąc po pogrzebie. Nie pokazała mi jej od razu. Powiedziała później, że ręce jej się trzęsły, kiedy to czytała.
Mam siostrę, Agnieszkę. Starszą ode mnie o cztery lata. Mieszka w Warszawie, w dwupokojowym mieszkaniu na Bródnie, pracuje w firmie ubezpieczeniowej. Dobrze zarabia, ma własnego samochodu, jeździ audi. I teraz — po dwóch latach ciszy, po dwóch latach, kiedy odwiedzała matkę może cztery razy do roku, z ciastem z cukierni, na cztery godziny, taksówką na dworzec — przyjechała po swoją część domu.
Wiem, jak to wygląda z zewnątrz. Renata wróciła z targu i zastała w przedpokoju męskie buty, rozmiar czterdzieści trzy, z zaschniętą gliną na podeszwach. W salonie stała moja siostra z rzeczoznawcą — facetem w szarym garniturze, z żółtą miarką budowlaną, który mierzył kąty pokoju, jakby to był pusty lokal na sprzedaż. Renata się wystraszyła. Pomidory z siatki potoczyły się po kafelkach. Widziałem to jej spojrzenie, kiedy wróciłem z pracy — jakby ktoś jej ukradł ziemię spod nóg.
Ale ja to widzę inaczej. Nie dlatego, że jestem zły albo że nie kocham żony. Po prostu ja pamiętam Agnieszkę inną. Dziewczynkę z kokardą, która spała w pokoju na górze, zanim zrobiliśmy z niego pokój dla Kubusia. Pamiętam, jak matka krzyczała na nią za dwójkę z chemii, a ona płakała w łazience z zakręconym kranem, żeby nikt nie słyszał. Kiedy wyjechała do Warszawy na studia, miała dziewiętnaście lat i jedną walizkę. Nikt jej wtedy nie powiedział "zostań". Ja też nie powiedziałem.
Zadzwoniła do mnie tydzień przed tym, jak przyjechała z rzeczoznawcą. Powiedziałem Renacie, że "pogada i jej przejdzie". Skłamałem. Nie chciałem konfliktu, więc udawałem, że go nie ma. To moja stara metoda — jak coś boli, milczę, aż samo przejdzie. Renata to zna po osiemnastu latach małżeństwa i nienawidzi tego we mnie najbardziej.
Kiedy Agnieszka przyjechała po raz drugi, już z dokumentami — wypisem z księgi wieczystej, wyceną — usiadła przy naszym stole kuchennym i rozłożyła papiery na ceracie w kwiatki. Schudła. Albo złość tak zmienia twarz.
— Dom jest zapisany na mamę. Dwoje spadkobierców — ja i ty. Z ustawy należy mi się połowa.
Stałem przy oknie, plecami do obu. Rozcierałem grzbiet nosa — nerwowy nawyk, który mam po ojcu.
— Agnieszka, tu nie jest tak prosto…
— A co jest skomplikowane? Dom wart jest, wedle wstępnej wyceny, cztery i pół, może pięć. Moja połowa to dwa dwieście pięćdziesiąt minimum. Albo mnie spłacacie, albo sprzedajemy i dzielimy.
Renata mieszała ryż, którego nie trzeba było mieszać.
— Osiemnaście lat cię tu nie było.
— I co z tego? To nie znosi moich praw.
— Ty liczysz metry, Agnieszka. Ja liczę lata.
— Lata nie są warte pieniędzy.
— Tak? A kto zmieniał pieluchy twojej matce? Kto siedział po nocach, jak ciśnienie skakało?
Widziałem, jak siostra zbladła. Chwyciła krawędź stołu tak mocno, że zbielały jej palce.
To wtedy powiedziałem coś, czego żałuję do dziś, mimo że wiedziałem, że to prawda: — Uspokójcie się, obie.
Bo widziałem to inaczej niż Renata. Widziałem dziewczynkę, która musiała wyjechać, żeby przestać być drugą po synu. Matka nigdy tego nie mówiła wprost, ale ja czułem to całe dzieciństwo — że ja jestem tym, kto zostanie, kto przejmie warsztat, kto będzie miał dom. Agnieszka miała wyjechać i sobie radzić. I poradziła sobie. Sama. Bez niczyjej pomocy, bez tego domu, bez tych ścian, które pachną koprem.
Ale to nie znaczy, że miała rację, przychodząc z miarką i obcym facetem, bez zapowiedzi, do domu, w którym mój syn śpi pod oknem w dachu i liczy gwiazdy.
Siostra zebrała papiery, krzesło zazgrzytało po podłodze.
— Złożę pozew. Skoro po ludzku nie rozumiecie.
Obcasy zastukały w korytarzu. Trzasnęły drzwi.
Tej nocy nie spałem. Renata leżała obok, oddychała równo, ale wiedziałem, że udaje. W środku nocy usłyszałem, jak wstaje. Skrzypnęły drzwiczki szafy. Rano znalazłem ją przy stole kuchennym z niebieską teczką na kolanach — tą samą, którą przez lata wypychała paragonami za remont dachu, kotła, okien, instalacji. Nie powiedziała ani słowa, tylko przesunęła teczkę w moją stronę.
Siedziałem i patrzyłem na te papiery — dach, na którym trzy dni z rzędu stałem w lipcowym słońcu, aż poparzyłem sobie ramiona; kocioł, przy którym pół dnia kłóciliśmy się w sklepie o moc; okna, przy których matka siedziała w fotelu owinięta kocem i mówiła "wieje". Suma w głowie rosła — ponad milion złotych, bliżej półtora.
Zadzwoniłem do Agnieszki nazajutrz, sam, bez Renaty w pokoju. Umówiliśmy się na kawę w cukierni przy rynku w Radomiu, tej samej, gdzie kiedyś kupowała matce sernik na cztery godziny odwiedzin.
Przyszła punktualnie, bez rzeczoznawcy, bez papierów. Zamówiła kawę czarną, bez cukru.
— Nie przyszedłem się kłócić — powiedziałem. — Przyszedłem pokazać ci coś.
Położyłem teczkę na stoliku. Otworzyła ją powoli, kartka po kartce. Milczała długo.
— Nie wiedziałam, że tyle… — powiedziała w końcu, nie podnosząc oczu znad papierów.
— Bo nie pytałaś. A ja nie mówiłem. Osiemnaście lat nikt nikomu nic nie mówił w tej rodzinie, Agnieszka. Mama tak miała. My też tak mamy.
Powiedziałem jej wprost: dom nie jest wart pięciu milionów w gotówce, którą można sobie wypłacić i zapomnieć. To jest suma remontów, nocy, dyżurów, dachu, na który wchodziłem, kiedy matka wołała, że przecieka. Ale ona ma prawo do swojej połowy — to fakt, nie krzywda.
Poszliśmy razem do notariusza w Radomiu, trzy tygodnie później. Wzięliśmy wycenę rzeczoznawcy — cztery miliony sześćset tysięcy złotych za dom, plus działkę. Od tego odjęliśmy udokumentowane nakłady z teczki: milion trzysta tysięcy złotych, bo tyle dokładnie wyszło po zsumowaniu wszystkich rachunków przez księgową, koleżankę Renaty z pracy. Zostało trzy miliony trzysta. Połowa Agnieszki, po odliczeniu nakładów poniesionych przeze mnie i Renatę — milion sto tysięcy złotych.
Wziąłem kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, żeby ją spłacić od razu, jedną przelewem, zamiast ciągnąć sprawę sądową przez kolejne dwa lata. Agnieszka podpisała zrzeczenie się dalszych roszczeń do nieruchomości u notariusza, w obecności nas obojga.
Kiedy wychodziliśmy z kancelarii, stanęła na chodniku i powiedziała tylko:
— Zadzwoń czasem. Nie musi być w sprawie domu.
Nie odpowiedziałem od razu. Ale wieczorem, kiedy Renata myła naczynia, a Kubuś oglądał gwiazdy przez okno w dachu, wziąłem telefon i wysłałem siostrze zdjęcie tego pokoju — bez podpisu, bez słowa. Odpisała jedną literką: serduszko.
Renata odłożyła ścierkę, spojrzała na mnie i powiedziała tylko:
— To już koniec, tak?
— Tak — powiedziałem. — Zapłacone.







