Dwadzieścia lat kosztuje mniej niż silnik do harleya

Tak przynajmniej twierdzili we wrześniu 1944 roku sowieccy dowódcy pod Dukielską Przełęczą, kiedy Antoni Wrzosek – dziewiętnastolatek z wołyńskiej wsi Mołdawka, syn czeskich osadników – siedział w koszu motocyklowym za karabinem maszynowym i czekał na rozkaz ruszenia jako pierwszy przez pole, o którym nikt nie wiedział, czy jest zaminowane.

Zaczęło się dużo wcześniej i dużo spokojniej. Antoni urodził się 1 sierpnia 1925 roku w tej samej Mołdawce, tam gdzie ojciec prowadził sklep kolonialny i grał na kornecie w miejscowej orkiestrze dętej. Do sklepu przychodzili i Czesi, i Ukraińcy z okolicznych wsi – kupowali sól, naftę, guziki. Antoni pamiętał zapach suszonych grzybów wiszących na sznurku przy ladzie i to, że ojciec zawsze dawał dzieciom cukierek za darmo, jeśli przyszły same, bez matki.

Sąsiedzi byli sąsiadami, dopóki nie przyszła wojna i nie przywiozła ze sobą innych ludzi z bronią: banderowców, melnykowców, oddziałów Armii Krajowej, sowieckich partyzantów. Gdy ktoś zbliżał się do wsi, na dzwon zrobiony z kawałka szyny kolejowej, zawieszony przy strychu stodoły, ktoś uderzał żelaznym prętem. Ludzie chowali się w piwnicach i czekali, żeby zobaczyć, kto to.

Raz Antoni z kolegą wyciągnęli ze stajni starą jednostrzałową strzelbę, którą ojciec trzymał na lisy, i postanowili bronić wsi przed banderowcami sami. Zamiast nich nadszedł tłum – kilkuset ludzi i bydła, sowieccy partyzanci. Niczego złego chłopcom nie zrobili, tylko zamienili im wynędzniałe konie na swoje jeszcze bardziej wynędzniałe.

Antoni uczył się w ukraińskim gimnazjum w Dubnie, dopóki Niemcy nagle go nie zamknęli, a uczniów mieli wywieźć na roboty do Rzeszy. Wtedy akurat złapał ciężką anginę i trafił do szpitala – transport odjechał bez niego.

W 1944 roku przyszła Armia Czerwona. Antoni miał dziewiętnaście lat i zgłosił się do czechosłowackiego korpusu armijnego formowanego w Rówieńskiem. Matka bała się – jako dziecko chorował ciągle, raz omal nie umarł na szkarlatynę – ale komisja lekarska uznała go za zdolnego. W Równem przydzielili go do motocyklistów zwiadu mieszanego. Uczyli się jeździć motocyklami z koszem: kierowca z przodu, za nim strzelec z pistoletem maszynowym, w koszu karabin maszynowy i ten, kto z niego strzelał. Niektórzy chłopcy chwalili się, że już w domu jeździli na motorach ojca. Z koszem jednak większość z nich rozbijała się o pierwsze drzewo albo wpadała do rowu – kosz ciągnął maszynę w bok, trzeba było wyczuć, kiedy dodać gazu, a kiedy puścić.

Zadaniem zwiadu było jechać przed frontem, rozpoznać pozycje nieprzeciwnika i w razie kontaktu zająć stanowisko ogniowe, dopóki nie dotrze piechota.

Jeszcze przed Dukielską Przełęczą, pod wsią Machnówka, doszło do chaosu – część żołnierzy zaczęła się cofać bez rozkazu. Pułkownik pytał porucznika, gdzie ma kompanię. Porucznik odwrócił się do zwiadowców i powiedział wprost: jeśli będzie najgorzej, macie strzelać do swoich, żeby ich zatrzymać. Antoni do dziś nie wie, czy ten rozkaz zostałby naprawdę wykonany. Wie tylko, że nikt się wtedy nie roześmiał i nikt się nie sprzeciwił.

Przed samą operacją dukielską powiedzieli im, że za kilka dni będą na Słowacji. Przygotowanie artyleryjskie trwało dwie godziny – ziemia trzęsła się jak pokrywka garnka, w którym gotują się ziemniaki. Kiedy ogień ustał, przyszedł rozkaz do natarcia.

– Teraz pójdą czołgi – powiedział ktoś z tyłu kolumny.

Sowieccy dowódcy odmówili. Najpierw motocykle. Gdyby tam były miny, czołg jest za drogi.

Antoni siedział w koszu za karabinem maszynowym i patrzył na pole przed sobą – mokra trawa, wypalone krzaki, gdzieś w oddali linia lasu, za którą mógł czekać ktokolwiek. Kierowca, dziewiętnastoletni chłopak z Włodzimierza, zapytał go tylko, czy ma jeszcze papierosy. Antoni miał dwa, oddał mu jednego.

Ruszyli pierwsi. Kilkaset metrów jechali w ciszy przerywanej tylko warkotem silnika – i wtedy uderzenie. Nie mina. Pocisk z czołgu, który stał za nimi, w drugiej linii, i strzelił za wcześnie albo za nisko, w każdym razie trafił nie tam, gdzie miał. Odłamek rozerwał kierowcy przedramię tuż przy łokciu. Motocykl zarzuciło, kosz odbił się od kamienia i cała maszyna zatrzymała się w rowie, na boku, z kołem obracającym się w powietrzu.

Antoni wyciągnął chłopaka z kosza, zdjął pasek od spodni i przewiązał nim ranę powyżej łokcia, tak mocno, jak potrafił, żeby krew przestała lecieć fontanną. Kierowca nie krzyczał – tylko powtarzał w kółko jedno zdanie: że jeszcze ma matkę we Włodzimierzu i że ona nic o tym nie wie. Sanitariusz dobiegł po jakichś dziesięciu minutach, które Antoniemu wydawały się godziną, i zabrał go na tyły. Pole okazało się bez min. Nikt nigdy nie wyjaśnił, dlaczego strzelił swój własny czołg.

Antoni przeżył Dukielską Przełęcz i doszedł z korpusem aż na Słowację, potem do Czech. Po wojnie osiadł nie na Wołyniu, do którego nie było już po co wracać, tylko w Polsce, w Wałbrzychu, gdzie dostał pracę w fabryce i gdzie w 1952 roku ożenił się z Haliną, córką kolejarza z pobliskich Boguszowa-Gorc. Mieli dwoje dzieci. O wojnie prawie nie mówił – Halina znała tę historię z motocyklem może w trzech zdaniach, nie więcej, przez czterdzieści lat małżeństwa.

Dopiero w 2019 roku, mając dziewięćdziesiąt cztery lata, Antoni zadzwonił do wnuka, Marcina, informatyka mieszkającego w Krakowie, i poprosił, żeby ten przyjechał z laptopem. Powiedział, że chce coś nagrać, zanim będzie za późno, i że chce, żeby to zostało spisane – żeby istniał dokument, papier z jego podpisem, nie tylko nagranie w telefonie, które ktoś kiedyś skasuje przypadkiem.

Marcin przyjechał w sobotę, z dyktafonem i notatnikiem. Nagrywali cztery godziny, z przerwami na herbatę, którą Antoni pił zawsze z odrobiną soku malinowego, tak jak jego matka robiła na Wołyniu. Kiedy skończyli, Antoni kazał wnukowi wydrukować transkrypcję na drukarce sąsiada – w domu drukarki nie mieli – i własnoręcznie podpisał każdą z jedenastu stron, tak jak podpisuje się zeznanie albo testament. Powiedział, że to ma trafić do archiwum Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu, i że nie chce, żeby historia z tym czołgiem, który strzelił do swoich, zniknęła razem z nim, bo przez siedemdziesiąt pięć lat nikt go o to nie zapytał wprost.

Zmarł trzy lata później, w wieku dziewięćdziesięciu siedmiu lat. Marcin dotrzymał słowa i osobiście zawiózł podpisane strony do archiwum, razem z kopią zdjęcia, na którym Antoni w mundurze stoi obok motocykla z koszem, zrobionego gdzieś na Słowacji jesienią 1944 roku – jedynego zdjęcia z tamtego okresu, jakie po nim zostało.

Oceń artykuł
Newskey24
Dwadzieścia lat kosztuje mniej niż silnik do harleya