„Spakuj się grzecznie, Beato. Nie utrudniaj sobie życia" — powiedziała, stojąc na środku mojego salonu, jakby to ona tu mieszkała od dwudziestu lat.
Patrzyłam na nią i nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. To była Marta. Nowa żona mojego byłego męża, Tomasza. Stała w mieszkaniu, które pachniało moim dzieciństwem — starym radiem taty na kredensie, sobotnimi porankami z kawą zbożową i „Gazetą Wyborczą" na stole — i mówiła mi, że mam się wynosić.
„Co ty tu w ogóle robisz? Skąd masz klucze?" — krzyknęłam, a serce waliło mi gdzieś w gardle.
Marta bez pośpiechu otworzyła torebkę i wyjęła kartkę papieru. „Tomasz mi wszystko pokazał. To mieszkanie nie jest tylko twoje. Były nakłady, remonty, on ma prawo do części majątku. A skoro teraz jesteśmy małżeństwem, to i ja mam prawo. Macie tydzień, żeby się wyprowadzić, albo załatwimy to w sądzie. I uwierz mi — tego byś nie chciała."
Osunęłam się na kanapę, czując, że podłoga ucieka mi spod nóg. Tomasz. Mój Tomasz, z którym przeżyłam jedenaście lat, który zostawił mnie cztery lata temu bez konkretnego powodu — powiedział tylko, że „już tak nie czuje". A teraz wracał, rękami tej kobiety, po jedyną rzecz, jaka mi naprawdę została: mieszkanie po ojcu na Woli, przy ulicy Górczewskiej.
To mieszkanie nigdy nie było dla mnie tylko metrażem. Tata pracował na nie dwadzieścia lat jako mistrz w warsztacie samochodowym przy Kasprzaka, przynosił do domu zapach smaru i benzyny, którego nigdy nie dało się do końca zmyć z rąk. Kiedy umarł, zapisał mi to mieszkanie z jednym warunkiem: żebym go nigdy nie sprzedała, żebym zawsze miała dokąd wrócić.
Kolejne dni były koszmarem. Marta pisała bez przerwy. „Beata, bądź rozsądna. Nie wydawaj na prawników, i tak przegrasz." A potem przyszedł on sam. Tomasz. Przyprowadził jakiegoś mężczyznę, który przedstawił się jako ich prawnik. Stanęli pod drzwiami jak jakaś delegacja.
„Beata, daj spokój, nie zachowuj się jak dziecko" — powiedział Tomasz tym samym protekcjonalnym tonem, co zawsze. „Podpisz przeniesienie udziału i wszyscy będziemy mieć spokój. Marta chce tu zrobić remont, może sprzedamy i kupimy coś nad morzem, w Mielnie. Wszyscy na tym skorzystamy."
„Skorzystamy?" — wycedziłam. „Chcesz zarobić na śmierci mojego ojca? Zostawiłeś mnie cztery lata temu, a teraz chcesz wyrzucić mnie z domu?"
Westchnął teatralnie, jakbym to ja robiła z tego problem. „Nie dramatyzuj. To tylko matematyka, Beata. Matematyka i prawo."
Zamknęłam drzwi przed nosem prawnika i poszłam prosto do kancelarii przy Chłodnej, tej samej, u której ojciec kiedyś sporządzał testament. Pani mecenas Halina Kowalczyk — starsza kobieta o głosie ochrypłym od papierosów — przeczytała akt notarialny dwa razy, zanim się odezwała.
„Proszę pani, to mieszkanie zostało pani zapisane osobiście, w drodze dziedziczenia testamentowego, jeszcze przed małżeństwem z panem Tomaszem. To majątek osobisty. Nie wchodzi do wspólności małżeńskiej byłego męża, a tym bardziej do majątku jego obecnej żony. Oni nie mają tu żadnego tytułu prawnego."
Siedziałam w tym gabinecie, patrząc na segregator z papierami ojca, i czułam, jak z tygodnia strachu zostaje tylko zmęczenie. Zapytałam, czy mogę coś z tym zrobić — nie żeby się bronić, tylko żeby to się już skończyło.
Wróciłam do domu i napisałam do Tomasza jedną wiadomość: „Jutro o siedemnastej, u mnie. Przyjdź sam."
Przyszedł bez Marty, w tej samej kurtce, którą kupiłam mu na urodziny sześć lat temu. Usiadł przy stole, na którym ojciec zawsze rozkładał gazetę, i czekał, aż zacznę.
Położyłam przed nim kopię aktu poświadczenia dziedziczenia i pismo od mecenas Kowalczyk. „Przeczytaj. Głośno, jeśli chcesz."
Milczał, przesuwając palcem po linijkach.
„Nie macie tu nic. Ani ty, ani ona. To jest majątek osobisty, odziedziczony przed waszym ślubem. Twój prawnik to wie, dlatego przyszedł z tobą pod drzwi zamiast napisać jedno pismo. Liczyliście, że się przestraszę."
„Beata, ja tylko…"
„Nie." Przerwałam mu, zanim zdążył dokończyć zdanie, którym zawsze wygrywał kłótnie. „Nie interesuje mnie, co ty tylko. Interesuje mnie jedno: masz zwrócić klucze, które kazałeś sobie dorobić bez mojej wiedzy — ślusarz z Górczewskiej ma nagranie z monitoringu, jak zamawiasz kopię w marcu, na trzy miesiące przed tym, jak Marta tu weszła. To już jest sprawa dla prokuratury, nie sądu cywilnego, gdybym chciała to ciągnąć."
Zbladł. Nie spodziewał się, że sprawdziłam tak dokładnie.
„Nie chcę cię ciągać po prokuraturach, Tomasz. Chcę tylko, żebyś wiedział, że to się kończy dzisiaj." Wstałam, poszłam do przedpokoju i wróciłam z kopertą — w środku leżały wszystkie klucze, jakie kiedykolwiek do tego mieszkania miał, plus zdjęcie paragonu za wymianę zamka, który zamówiłam tydzień wcześniej u ślusarza na rogu Wolskiej. „Zamek już zmieniony. To jest paragon, dwieście osiemdziesiąt złotych, żebyś wiedział, ile cię kosztowała ta próba. Powiedz Marcie, że mieszkania po moim ojcu nie sprzeda nad morzem."
Nie krzyczałam. Nie musiałam.
Wyszedł bez słowa, a ja usiadłam przy oknie, tym samym, przy którym ojciec siadał wieczorami z herbatą, i patrzyłam, jak na dole na Górczewskiej rusza tramwaj numer 20 — dokładnie tak, jak jeździł, odkąd pamiętam. Telefon zawibrował — wiadomość od Marty: „To jeszcze nie koniec." Odłożyłam go na parapet, nie odpisując, i poszłam zaparzyć kawę zbożową, tę samą, którą tata pił każdego ranka.







