Sierżant Wiktor Osęka, dwadzieścia dziewięć lat w garnizonie w Żaganiu

Nazywam się Wiktor Osęka i mam sto dziewięć kilo. Mówię to na początku, bo to jedyna rzecz, którą wszyscy o mnie wiedzą, zanim jeszcze się przywitam. W jednostce w Żaganiu byłem po prostu "tym dużym". Nikt nie pytał, jak się czuję, po co przyszedłem do wojska ani co robię wieczorami w bloku koszarowym. Pytali tylko, czy podniosę im szafkę albo czy zmieszczę się w oknie transportera.

Tamtego dnia w listopadzie, w środę, na obiad była kasza z gulaszem i buraczki. Zapamiętałem to, bo później buraczki zostały na moich butach na resztę służby – czerwony ślad na wojskowym skórzanym bucie, którego nie dało się wyczyścić do końca zmiany.

Kapral Marlena Dutkiewicz przyszła do naszej jednostki miesiąc wcześniej, przeniesiona z Krakowa. Niska, chuda, milcząca. Siadała zawsze przy oknie, sama, z tacą ustawioną idealnie równo względem krawędzi stołu. Ktoś powiedział, że była w jednostkach specjalnych, ktoś inny – że to plotka, żeby zrobić z niej coś więcej niż jest. Ja w to nie wierzyłem. Wierzyłem w to, co widziałem: cichą dziewczynę, która nikogo nie zaczepiała.

Tego dnia miałem gorszy tydzień. Dowódca kompanii, major Sroczyński, zdjął mnie z listy na kurs podoficerski – drugi raz. Napisał w uzasadnieniu "brak dyscypliny emocjonalnej". Przeczytałem to rano, stojąc w korytarzu sztabu, i przez cały dzień czułem, jak ta fraza siedzi mi w gardle jak kość.

W stołówce był tłok, szczęk tac, radio grało coś z Polskiego Radia RMF, ktoś się śmiał za dwoma stolikami od nas. Szedłem z tacą wzdłuż rzędu i zobaczyłem, że Dutkiewicz ma dokładnie takie samo miejsce, jakie ja sobie wybrałem od tygodnia – koniec stołu, blisko okna, gdzie nie dmucha z klimatyzacji. Głupota. Wiem, że to była głupota. Ale powiedziałem coś w stylu "spadaj, to moje miejsce" i nawet nie czekałem na odpowiedź. Szarpnąłem jej tacę.

Kasza, buraczki, kompot – wszystko poszło na stół i na podłogę. Cisza rozlała się po stołówce szybciej niż sok z kompotu.

Ona podniosła głowę. Bez krzyku, bez błysku w oczach, jakiego się spodziewałem. Po prostu patrzyła. To był ten moment, kiedy powinienem się wycofać – i nawet gdzieś w środku to wiedziałem – ale powiedziałem: "Posprzątaj to. A potem wypad stąd."

Ktoś się zaśmiał, chyba szeregowy Kubik, ale zaraz ucichł, bo nikt inny się nie przyłączył.

Zamachnąłem się pierwszy. To była prawda, którą powtarzałem sobie potem miesiącami, próbując znaleźć w tym jakąkolwiek logikę – ja uderzyłem pierwszy. Chciałem ją tylko odsunąć od stołu, złapać za ramię. Ale ona już nie stała w tym samym miejscu. Poczułem, jak moja pięść przelatuje przez powietrze, a potem coś uderzyło mnie w bok kolana i cała noga się pod mną złamała, jakby ktoś wyjął z niej kość.

Nie pamiętam kolejności ciosów. Pamiętam za to bardzo dokładnie, że w pewnym momencie leżałem na podłodze między nogami krzeseł, patrząc w sufit stołówki, na tę samą lampę jarzeniową, która migała od tygodni i nikt nie zgłosił tego do konserwacji. Trzynaście sekund – tyle mi później powiedział kapral Bugajski, bo akurat trzymał telefon, żeby sfilmować kolejkę do bufetu, a skończył z filmem, który obiegł całą jednostkę.

Nikt się nie śmiał. Słyszałem tylko własny oddech i szum wentylatora nad kuchnią.

Ona wyprostowała rękaw bluzy, tak jakby to ja był plamą, którą trzeba było wygładzić, i wróciła po nową tacę do okienka wydawczego, jakby nic się nie wydarzyło.

Trzy dni później wezwał mnie major Sroczyński. Myślałem, że będzie krzyczał. Zamiast tego położył przede mną dwie teczki. W jednej były moje raporty dyscyplinarne z trzech lat – cztery interwencje, dwa upomnienia pisemne, jedno zawieszenie w prawach do przepustki. W drugiej – akta kapral Dutkiewicz z Centrum Szkolenia Wojsk Specjalnych w Lublińcu, gdzie odbyła dwa lata służby, zanim ranny kolega wymusił na niej przeniesienie do jednostki liniowej, bliżej matki chorej na stwardnienie rozsiane, mieszkającej w Żarach.

"Ona nie zgłosiła sprawy" – powiedział major. "Zgłosił ją Bugajski, bo nagranie i tak wyciekło. Ale ona nawet nie przyszła złożyć wniosku."

Nie wiedziałem, co z tym zrobić. Czekałem na wyrok, a dostałem informację, która nie dawała mi żadnej satysfakcji.

Konsekwencje przyszły i tak – zawieszenie na czternaście dni bez uposażenia, obowiązkowe konsultacje z psychologiem garnizonowym, wpis do akt, który zamknął mi drogę na kurs podoficerski na kolejne dwa lata. Cztery tysiące sto złotych, tyle straciłem na tym zawieszeniu, licząc razem z utraconymi dodatkami. Podałem tę liczbę żonie, bo inaczej nie umiałem jej wytłumaczyć, co się właściwie stało.

Miesiąc później, w grudniu, siedziałem w stołówce sam, przy tym samym oknie, bo psycholog powiedział, żebym nie unikał tego miejsca. Dutkiewicz podeszła z tacą – kasza, ogórek, herbata – i postawiła ją po drugiej stronie stołu, nie pytając o zgodę.

"To miejsce jest ciepłe" – powiedziała. – "Dlatego tu siadam. Nie dlatego, że twoje."

Nie odpowiedziałem nic sensownego, coś w stylu "wiem". Jadła w milczeniu, a ja patrzyłem na swoje ręce na stole, na te same dłonie, które trzy tygodnie wcześniej próbowały ją uderzyć.

Nie zostaliśmy przyjaciółmi. To nie ta historia. Ale kiedy pół roku później nowy rekrut z naszej kompanii, szeregowy Baran, próbował zrobić dokładnie to samo co ja – podniósł głos na cichą sanitariuszkę z bufetu – powstrzymałem go, zanim doszło do drugiego ciosu w tej stołówce. Może to jedyna rzecz, jaką z tego wyniosłem: nauczyłem się rozpoznawać moment, w którym stoję dokładnie na tym samym miejscu, w którym stałem ja, patrząc, jak spada taca.

Oceń artykuł
Newskey24
Sierżant Wiktor Osęka, dwadzieścia dziewięć lat w garnizonie w Żaganiu