Waldek obudził się o trzeciej w nocy od dźwięku, którego nie potrafił od razu nazwać. Coś drapało. Nie szczury — te uciekają, szeleszczą chaotycznie i milkną. To było inne: miarowe, uparte, jakby ktoś liczył do trzech i zaczynał od nowa.
Leżał na kanapie w swoim mieszkaniu na Bemowie, pod kocem, który po Krystynie zostawił zapach proszku do prania — ten sam od lat, choć jej samej nie było już od kwietnia. Zawał, szybko, we śnie. Sąsiadka z dołu usłyszała dopiero trzeciego dnia, że nie wynosi śmieci.
Miał sześćdziesiąt jeden lat i emeryturę, która starczała na czynsz, leki na ciśnienie i tyle jedzenia, żeby nie umrzeć z głodu, ale niekoniecznie żeby żyć normalnie. Syn, Marcin, dzwonił z Wrocławia raz w tygodniu, zawsze w niedzielę, zawsze o tej samej porze.
— Tato, jadłeś coś dzisiaj? Bierzesz te tabletki na serce?
— Biorę, biorę. Wszystko gra.
Kłamał gładko. Prawda nikomu by się nie przydała — Marcin miał kredyt na mieszkanie, dwójkę dzieci w podstawówce i żonę, która już i tak patrzyła krzywo, kiedy wspominał, że może by pojechać do ojca na weekend.
Drapanie dochodziło zza klatki, z drzwi naprzeciwko. Tam, gdzie do lipca mieszkała pani Basia — drobna staruszka, zawsze w tym samym wełnianym berecie, zawsze z cukierkami w kieszeni fartucha. Jej córka przyjechała czarnym kombi, spakowała wszystko w jeden dzień i zabrała matkę do siebie, do domu opieki pod Piasecznem, bo sama już nie dawała rady.
— Waldek, nakarm kotka, dobrze? — poprosiła wtedy pani Basia przez uchyloną szybę auta, ściskając w dłoniach chusteczkę. — Rudego. Przychodził do mnie codziennie wieczorem. Gotowałam mu rybkę…
Nigdy wcześniej żadnego kota u niej nie widział. Ale obiecał.
Mieszkanie stało od tamtej pory zamknięte. Dzieci nie kwapiły się ani sprzedać, ani wynająć — pewnie czekały, aż ktoś ogarnie papiery po babci, a nikomu się nie spieszyło.
Trzeciej nocy Waldek już nie próbował spać. Wstał, narzucił na ramiona stary sweter Krystyny — swój dawno się wytarł na łokciach — i otworzył drzwi.
Pod żółtą, przybrudzoną muchami żarówką na klatce siedział kot. Chudy tak, że przez grzbiet przebijał kręgosłup, sierść zbita w kołtuny, z których sterczały kolce łopianu. Drapał drzwi prawą łapą, miarowo, nie odwracając się, jakby Waldka tam w ogóle nie było.
— Hej. Rudy.
Kot znieruchomiał i powoli obrócił łeb. Żółte oczy, ogromne na wychudzonej mordce, spojrzały prosto na niego.
— Nie ma jej tu. Wyjechała pani Basia. Rozumiesz? Nikogo tam nie ma.
Kot patrzył jeszcze chwilę, potem odwrócił się z powrotem do drzwi i zaczął od nowa. Waldkowi ścisnęło gardło tak nagle, że aż kaszlnął.
— No co ty… głupi jesteś czy co…
Zamknął drzwi, oparł się o nie plecami. Stał tak dłuższą chwilę, słuchając, jak z drugiej strony klatki powtarza się ten sam dźwięk. Potem wrócił na kanapę, ale oka nie zmrużył do świtu.
Rano wyniósł śmieci i przystanął przy sąsiednich drzwiach. Wytarta dermatyna była porysowana świeżymi, jasnymi bruzdami — dość głębokimi, jakby kot pracował nad nimi całymi godzinami. Pod progiem leżały dwa kasztany, które ktoś — pewnie dzieciaki z piątego piętra — wcisnął przez szparę na listy.
Przez dzień Waldek robił to, co zwykle: zjadł kaszę na mleku, wyszedł po chleb do osiedlowego sklepiku, usiadł na ławce przed blokiem z Zenkiem z parteru. Zenek trzymał w ustach niezapaloną fajkę — po zawale rzucił palenie, ale nawyku trzymania czegoś w zębach nie potrafił się pozbyć.
— Co taki ponury dzisiaj?
— A kiedy byłem wesoły?
— No… jak Krysia jeszcze żyła, to chociaż się uśmiechałeś.
Waldek nic nie odpowiedział. Wstał i poszedł do domu.
Czwartej nocy, zamiast czekać pod swoimi drzwiami aż dźwięk ustanie, wyszedł na klatkę z talerzykiem. W lodówce miał tylko kawałek mortadeli i resztkę mleka, ale nalał je do spodka po Krystynie — tego w róże, którego od jej śmierci nie używał, bo wydawał mu się za ładny na co dzień.
Postawił talerzyk pod drzwiami pani Basi. Kot cofnął się o krok, obwąchał powietrze, spojrzał na Waldka nieufnie — a potem rzucił się na jedzenie tak łapczywie, że aż się zakrztusił.
— No widzisz. Tu nikt cię nie nakarmi. Ale u mnie akurat jest miejsce.
Zajęło to niecały tydzień. Kot, którego Waldek zaczął nazywać po prostu Rudym, najpierw jadł na klatce, potem na progu jego mieszkania, w końcu — pewnego wieczoru, gdy za oknem lało jak z cebra — sam wszedł do środka i usiadł na fotelu Krystyny, tym, którego nikt nie odważył się zająć od marca.
Waldek zadzwonił do córki pani Basi, której numer znalazł u administratora, żeby zapytać, czy mogą go zatrzymać. Kobieta odpowiedziała zaskoczona, że w ogóle nie wiedziała o żadnym kocie, że mama nigdy nie wspominała, i że oczywiście, niech sobie zostanie, ona i tak nie ma czasu się tym zajmować.
Rudy wrócił jeszcze raz pod tamte drzwi — jakieś dwa tygodnie później. Podrapał trzy razy, krócej niż zwykle, jakby sprawdzał, jakby się żegnał. Potem odwrócił się i wszedł z powrotem do mieszkania Waldka, jakby to już była oczywistość.
Teraz śpi na fotelu po Krystynie, a Waldek, kiedy dzwoni w niedzielę Marcin i pyta, czy tata je normalnie, odpowiada po raz pierwszy od kwietnia zgodnie z prawdą:
— Jem. I mam towarzystwo. Rudy się nazywa.







