Zamek w Airbnb w Kazimierzu, który zmienił mi kod po jednej sprzeczce

Nazywam się Bartosz, mam trzydzieści cztery lata i od sześciu lat wynajmuję dwa mieszkania na krótkie pobyty w Krakowie, na Kazimierzu, niedaleko placu Nowego. Jedno to kawalerka po babci, drugie kupiłem na kredyt trzy lata temu, żeby spłacać go z wynajmu. Piszę to, bo w internecie krąży sto wersji tej historii opowiedzianych przez gości, którzy czują się oszukani listą obowiązków przy wymeldowaniu. Chcę powiedzieć, jak to wygląda z mojej strony klamki.

Tamtego weekendu, w drugi piątek września, zameldowała się u mnie kobieta z Poznania, może czterdziestoletnia, z walizką na kółkach, która turkotała po bruku tak głośno, że sąsiadka spod siódemki wystawiła głowę przez okno. Cena za cztery noce wyszła u mnie tysiąc dziewięćset złotych plus opłata za sprzątanie sto dwadzieścia złotych – to nie jest fortuna, to jest dokładnie tyle, ile kosztuje mnie ekipa sprzątająca, którą zamawiam przez aplikację, plus pranie pościeli w pralni przy Starowiślnej, bo sam nie mam czasu prać czterech kompletów tygodniowo między zmianami gości.

W regulaminie, który dostaje każdy gość razem z kodem do zamka, jest osiem punktów: zdjąć pościel i wrzucić do worka, wynieść śmieci do kontenera na podwórku, umyć naczynia, zostawić klucz na haczyku. To nie czternaście kroków, to osiem linijek, które czyta się trzydzieści sekund. Ale tej kobiecie coś we mnie nie pasowało od pierwszego dnia – napisała, że schody są za wąskie na jej walizkę, że lodówka brzęczy, że w łazience brakuje suszarki do włosów, której nigdy nie obiecywałem w ogłoszeniu.

W niedzielę rano, dzień wymeldowania, dostałem wiadomość o dziewiątej: „Nie będę zdejmować pościeli, zapłaciłam za sprzątanie, niech pan to zrobi sam". Rozumiem ją – naprawdę, bo sam kiedyś jeździłem na wczasy all inclusive w Bułgarii i nienawidziłem, kiedy pokojówka pukała o siódmej rano. Ale ta opłata sto dwadzieścia złotych nie idzie na to, żeby ktoś po niej zamiatał podłogę z resztek czipsów – idzie na firmę, która przyjeżdża po jej wyjściu i robi generalne sprzątanie na następnego gościa, dezynfekuje, pierze ręczniki w dziewięćdziesięciu stopniach. Zdjęcie pościeli to co innego, to piętnaście sekund, żebym nie musiał płacić dodatkowo za to, że ktoś będzie odklejać prześcieradło z materaca.

Napisałem jej to bez wykrzykników, przez komunikator w aplikacji, bo tak zostaje ślad. Odpisała, że to „oszustwo na turystach" i że zrobi zrzuty ekranu. W tej samej minucie na podglądzie z kamery przy wejściu – tej, która nagrywa tylko korytarz, bo w mieszkaniu kamer nie mam, to nielegalne – zobaczyłem, jak wynosi z kuchni ręcznik frotte, który kupiłem w markecie na Podgórzu za czterdzieści dziewięć złotych, i pakuje go do walizki.

O dziesiątej trzydzieści, pół godziny po godzinie wymeldowania, zadzwoniłem domofonem. Nie odbierała. Zapukałem osobiście, bo mieszkam dwie przecznice dalej, przy Miodowej, nad piekarnią, gdzie rano zawsze pachnie drożdżówkami tak mocno, że czasem budzę się głodny. Otworzyła z telefonem przy uchu, w środku rozmowy z kimś – chyba z mężem, bo mówiła „on mnie tu zamyka jak w więzieniu".

Powiedziałem jej wtedy trzy rzeczy, patrząc na tę walizkę stojącą w progu. Po pierwsze: ręcznik proszę zostawić, bo inaczej doliczę sto zł do kaucji, którą blokuje Airbnb na karcie. Po drugie: pościel może zostać na łóżku, to naprawdę nie problem, ale wtedy poproszę o opinię z gwiazdką, bo firma sprzątająca zrobi to i tak, tylko ja zapłacę jej ekstra dwadzieścia złotych za to, co miało być zrobione w piętnaście sekund. Po trzecie: klucz elektroniczny działa do jedenastej, po jedenastej kod się zmienia automatycznie, bo mam za dwie godziny kolejnych gości z Niemiec, którzy jadą już z lotniska w Balicach.

Odłożyła telefon na parapet, nie kończąc rozmowy z mężem, i powiedziała, że nigdzie się nie wybiera, dopóki nie dostanie zwrotu za „te czterdzieści dziewięć złotych z jej portfela", bo ręcznik jej się podobał i „w cenie noclegu powinien być prezent, a nie kontrola". Stała w progu, nie ruszając się, a ja patrzyłem na zegarek – dziesiąta czterdzieści dwie. Powtórzyłem, że kod się zmieni punktualnie o jedenastej, niezależnie od tego, czy będzie w środku, czy na schodach. Ona na to, że „to szantaż", i wróciła do kuchni po kubek, jakby chciała zrobić sobie jeszcze jedną kawę na złość. W tym momencie zadzwonił mój telefon – kierowca Bolta z Niemcami na lotnisku pisał, że są już przy wjeździe na Starowiślną, dwadzieścia minut drogi. Powiedziałem jej to na głos, pokazując ekran. Postawiła czajnik z powrotem na kuchence, nawet go nie włączając, wzięła walizkę i minęła mnie w drzwiach bez słowa, tylko z tym swoim „on mnie tu zamyka jak w więzieniu" wciąż gdzieś w powietrzu klatki schodowej. Ręcznik wylądował na fotelu, na wpół wywinięty rękawem walizki, jakby go tam cisnęła w ostatniej sekundzie.

Zamek w drzwiach kliknął nowym kodem o jedenastej zero trzy, kiedy ja jeszcze stałem na schodach i sprawdzałem w aplikacji, czy zmiana się zapisała. Niemcy weszli na podwórko dwadzieścia minut później, para po trzydziestce z jednym plecakiem na dwoje, i jedyne, o co zapytali, to gdzie wynieść własne śmieci, bo w samochodzie mieli jeszcze kartony z przeprowadzki znajomych w Krakowie.

Opinię poprzednia gościni wystawiła jedną gwiazdkę, napisała, że właściciel „traktuje gości jak sprzątaczki". Odpowiedziałem publicznie pod recenzją, spokojnie, z liczbami: sto dwadzieścia złotych opłaty, koszt ekipy sprzątającej sto piętnaście złotych z paragonu, który mogę pokazać każdemu, kto zapyta. Dwa dni później dostałem wiadomość od pary z Wrocławia, która akurat szukała mieszkania na Kazimierzu na sylwestra – pytali, czy to prawda z tym ręcznikiem, bo przeczytali komentarze pod recenzją. Odpisałem im zdjęcie paragonu za pranie i regulaminu ze skreśloną linijką o pościeli, którą zresztą zmieniłem tydzień później na: „pościel może zostać, prosimy tylko o wyniesienie śmieci i zamknięcie okien".

Ręcznik, ten z Podgórza za czterdzieści dziewięć złotych, wisi teraz w łazience tego samego mieszkania, trochę już spłowiały od pralni przy Starowiślnej, ale cały. Czasem, kiedy wchodzę sprawdzić, czy wszystko gotowe na kolejnych gości, wciąż go poprawiam na wieszaku, chociaż nikt mnie o to nie prosi.

Oceń artykuł
Newskey24
Zamek w Airbnb w Kazimierzu, który zmienił mi kod po jednej sprzeczce