Pamiętam, że kiedy miałem 7 lat, rodzice każdego lata zabierali mnie na wieś do dziadków. Wszystkie dzieci przyjeżdżały, a my pomagaliśmy w domu, biegaliśmy do krów i pracowaliśmy w ogrodzie. To był fajny czas.
W naszej wiosce mieszkał dziwny starzec. Był specyficzny nie tylko ze względu na swoje imię, ale także ze względu na swoje zachowanie. Staruszek miał białą brodę i długie włosy, przez co dla nas, dzieci, wyglądał jak Święty Mikołaj. Dorośli pozwalali nam spędzać z nim czas, ale starsze panie w wiosce uważały go za poganina.
Wszystkie dzieci pomagały dziadkowi Witowi, dziewczynki zawsze sprzątały jego dom, myły drewniane podłogi i gotowały owsiankę z masłem, a chłopcy rąbali drewno. Staruszek czasem wybierał się na spacer do lasu, chcąc zebrać maliny, porzeczki i rumianek. Potem parzył z nich herbatę, aby wszystkie dzieci we wsi były zdrowe i silne.
Tacy właśnie byliśmy. Dziadek był bardzo miły, poruszał się powoli, ale wszyscy się do tego przyzwyczaili. Nikt nie znał jego dokładnego wieku, ale wiedzieliśmy na pewno, że staruszek mógł odpowiedzieć na każde pytanie.
Pewnego wieczoru powiedział nam wszystkim, że lepiej nie przychodzić do niego następnego dnia. Poprosił, aby ktoś z dorosłych przyszedł do niego. Tak zrobiliśmy i okazało się, że tej nocy dziadek Wit zmarł. Cała wieś go pochowała, wszystkie dzieci płakały, ich rodzice też. Ale babcie wciąż zastanawiały się, czy postawić krzyż na jego grobie, czy nie.
W końcu postawiły drewniany krzyż. Trzy dni później, z powodu uderzenia pioruna i silnego wiatru, krzyż został zdmuchnięty. Wtedy babcie powiedziały, że na pewno był poganinem. Nadal nie wiem, kim naprawdę był, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze jest to, że był bardzo dobrym człowiekiem.







