Deszcz walił w szybę taksówki, kiedy Marcelina Wach po raz ostatni sprawdziła adres na kartce. Ulica Sportowa 12, Zabrze, czwarte piętro, bez windy. Miała trzy walizki, dwadzieścia sześć tygodni ciąży i nazwisko, które od siedmiu miesięcy nie było jej własnym.
W papierach figurowała jako Marta Ogrodnik. Numer PESEL kupiony za dwa tysiące złotych od faceta, którego już nigdy nie zobaczy. Fryzjerka w Katowicach, tak miała odpowiadać, jeśli ktoś zapytał. Umiała już nawet trzymać nożyczki jak zawodowiec — ćwiczyła na starej peruce w wynajętym pokoju, żeby historia się kleiła.
Uciekła od Igora Baranieckiego, którego wszyscy w Śląskiem nazywali po prostu Baran, choć nikt tego nie mówił mu w twarz. Handlował wszystkim, co dało się przewieźć przez granicę bez faktury — od papierosów po coś, o czym Marcelina wolała nie wiedzieć. Poznała go w klubie na Mariackiej, kiedy jeszcze studiowała administrację i wydawało jej się, że mężczyzna, który płaci za wszystkich rachunek w restauracji, jest po prostu hojny.
Uciekła, bo pewnego wieczoru, przez uchylone drzwi gabinetu, usłyszała, jak mówi komuś przez telefon: „Z Damianem trzeba to zamknąć. Żeby się już nie odezwał."
Damian był jej byłym, tym, z którym rozstała się miesiąc przed poznaniem Igora. Tydzień później Damian przestał odpisywać na wiadomości.
Zapakowała się w nocy, zabrała gotówkę z sejfu w garderobie — sto dwadzieścia tysięcy złotych, o których wiedziała, bo raz pomagała je liczyć — i wsiadła w pierwszy pociąg do Zabrza, miasta, w którym nikt jej nie kojarzył.
Dowiedziała się o ciąży cztery dni przed ucieczką. Nie powiedziała Igorowi.
Teraz, sto dziewięć dni później, stała w progu salonu fryzjerskiego „U Grażyny" przy ulicy Wolności i czuła zapach lakieru do włosów, kiedy dzwonek nad drzwiami zabrzęczał inaczej, niż zwykle.
Nożyczki wypadły jej z ręki i uderzyły o linoleum z metalicznym brzękiem.
Igor stał przy wejściu w czarnym płaszczu, mimo że na dworze było ledwie dziesięć stopni. Wyglądał, jakby ktoś go wyprasował — nienaganny, chłodny, opanowany. Tylko oczy zdradzały, że przez trzy miesiące nie spał normalnie.
— Cześć, Marcelina — powiedział.
Usłyszeć własne imię było jak dostać w twarz.
Grażyna, właścicielka salonu, uniosła głowę znad kasy.
— Marto, znasz go?
Igor odczytał plakietkę przypiętą do fartucha Marceliny.
— Marta — powtórzył. — Lepsze niż Ewelina. Aneta też mi nie podchodziła.
Wiedział wszystko. Każde imię. Każdą miejscowość.
Cofnęła się, aż uderzyła plecami o regał z lakierami. Jeden spadł i potoczył się pod fotel.
— Nie tutaj — powiedziała, ledwo poruszając wargami.
— Sama to wybrałaś.
— Proszę.
Coś w jego twarzy drgnęło. Na ułamek sekundy wyglądał jak człowiek, który od tygodni nie zjadł porządnego posiłku. Potem maska wróciła na miejsce.
— Weź kurtkę.
Grażyna zerknęła to na jedno, to na drugie.
— Wszystko dobrze, Marto?
Igor tylko na nią popatrzył. Bez podniesienia głosu, bez gróźb. Grażyna nagle znalazła coś ciekawego w szufladzie kasy.
— W porządku — skłamała Marcelina, zdejmując fartuch drżącymi palcami. Sięgając po kurtkę z wieszaka, jej dłoń mimowolnie powędrowała na brzuch. Igor to zauważył. Odsunęła rękę za późno.
Na zewnątrz mżyło. Na przystanku przy Wolności czekało czarne audi. Kobieta z wózkiem przemknęła obok, nieświadoma, że pięć metrów dalej rozpada się czyjeś całe życie.
— Nie wsiadam — powiedziała Marcelina.
— Zniknęłaś bez słowa. Wyczyściłaś konto. Zostawiłaś telefon w koszu na dworcu w Katowicach i od tamtej pory płacisz gotówką.
Milczała.
— Sprawdzałem kostnice. Izby przyjęć. Schroniska. Zgłoszenia na policji. Każdy monitoring, jaki mogłem legalnie zdobyć, i parę takich, jakich nie mogłem. — Mówił cicho. — Przez dwanaście dni myślałem, że ktoś cię zabrał przeze mnie.
— Miałam powód.
— Na pewno sobie wmówiłaś, że miałaś.
Coś w niej pękło.
— Słyszałam cię. Przez drzwi gabinetu. Mówiłeś o Damianie. Że trzeba to zamknąć, żeby się nie odezwał.
Igor znieruchomiał.
— I z tego wywnioskowałaś co?
— Że go zabijesz.
— Damian jest w Hiszpanii, prowadzi wypożyczalnię skuterów w Alicante i śpi z żoną swojego wspólnika, której mąż ma broń myśliwską zarejestrowaną na trzy sztuki.
Marcelina poczuła, że nogi jej miękną.
— Kazałem go tylko usunąć z twojego życia, bo od pół roku sprzedawał informacje o mnie chłopakom z Bytomia. Podchodził do ciebie już wcześniej, na uczelni. To nie był przypadek.
— Nie wierzę ci.
Wyjął telefon powoli, dając jej czas, żeby zobaczyła ruch. Zdjęcie: Damian przed hotelem w towarzystwie mężczyzny znanego jej z lokalnej gazety jako współpracownik grupy z Bytomia. Kolejne: koperta przechodząca z ręki do ręki. Kolejne: Damian w jej dawnym mieszkaniu, fotografujący coś na stole kuchennym, kiedy jej nie było w domu.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś?
— Bo myślałem, że ochronię cię, załatwiając to, zanim do ciebie dotrze. Myliłem się.
To przyznanie zaskoczyło ją bardziej niż zdjęcia.
— Puść mnie.
Jego spojrzenie zjechało na jej brzuch.
— Nie.
— Nie jestem twoja.
— Wiem. — Odetchnął głęboko. — Ale ktoś obserwował miejsca związane z tobą. Twoje dawne mieszkanie. Adres twojej matki w Opolu. Salon, w którym pracowałaś, zanim się poznaliśmy.
— To nie byłeś ty?
— Nie muszę obserwować miejsc, kiedy już znalazłem osobę.
Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach.
— Kto?
— Właśnie to próbuję ustalić.
Otworzył drzwi audi.
— Wsiądź, Marcelina. Niech lekarz cię zbada. Pokażę ci wszystko, co wiem. Potem zdecydujesz, w co wierzysz.
Popatrzyła na mokry chodnik, na ludzi z parasolkami idących w stronę przystanku tramwajowego numer siedem. Wolność była dziesięć kroków dalej. Niepewność — tuż obok niej.
Wsiadła.
Telefon Igora zawibrował, zanim jeszcze samochód ruszył. Zerknął na ekran i cały spokój odpłynął z jego twarzy.
— Co? — zapytała.
Nie odpowiedział. Sięgnęła po telefon. Za późno — już zobaczyła.
Nagranie z kamery przemysłowej, sprzed dwóch dni przed jej ucieczką. Kobieta stojąca przed jednym z magazynów Igora w Gliwicach. Ciemne włosy. Ten sam wzrost. Ten sam beżowy płaszcz, który Marcelina wyrzuciła do kontenera na ulicy Sportowej trzy dni temu.
Jej twarz.
— To niemożliwe — powiedziała, cofając się w fotelu.
— Wiem — odpowiedział Igor.
***
Nazywała się Kinga Puchała i pracowała w tym samym salonie co Marcelina — dwa stanowiska dalej, przy suszarce, którą zawsze pożyczała, bo swoją zepsuła. Nikt w Zabrzu nie wiedział, że kiedy jeszcze mieszkała w Gliwicach, sypiała z księgowym Igora, Wiktorem Sroką, i że to ona podpowiedziała mu, jak wyprowadzić z magazynów trzysta czterdzieści tysięcy złotych, podszywając się pod nieistniejące dostawy paliwa.
Kiedy Marcelina zniknęła, Kinga zobaczyła w tym okazję. Ktoś, kto wyglądał podobnie, kto zniknął z życia Igora bez śladu — idealne alibi, gdyby coś się wydało. Wystarczyło raz przejść pod kamerą w tym samym płaszczu, kupionym na targu staroci w Bytomiu za trzydzieści złotych.
Igor odkrył to nie dzięki detektywom, tylko dzięki Grażynie z salonu, która zadzwoniła do niego dwa dni po tym, jak zabrał Marcelinę — bo Kinga nagle przestała przychodzić do pracy i zabrała ze sobą kasetkę z depozytami klientek.
Spotkanie odbyło się w biurze księgowości przy hali w Gliwicach, w środę po południu. Wiktor Sroka siedział przy swoim biurku, kiedy Igor wszedł bez pukania, z Marceliną o krok za nim — chciała to zobaczyć, powiedziała, chciała wiedzieć na własne oczy, że to się kończy.
Wiktor zbladł, zanim Igor cokolwiek powiedział.
— Trzysta czterdzieści tysięcy — powiedział Igor, kładąc na biurku wydruk przelewów. — Fikcyjne faktury od "PaliwoTrans Sp. z o.o.", spółki zarejestrowanej na adres pustostanu w Zabrzu. Kinga Puchała jako pełnomocnik.
Wiktor otworzył usta, ale nic z nich nie wyszło.
— Nie interesuje mnie twoje tłumaczenie — ciągnął Igor spokojnie. — Interesuje mnie, gdzie ona jest teraz.
— Wyjechała — wykrztusił Wiktor. — Dziś rano. Autobusem do Wrocławia, mówiła coś o dalej, do Niemiec.
Marcelina stała w progu, obserwując mężczyznę, który tygodniami budził w niej strach na odległość, teraz drżącego przy własnym biurku. Nie poczuła satysfakcji. Poczuła tylko zmęczenie, głębokie, aż do kości.
Igor zwrócił się do niej.
— Możesz poczekać w samochodzie.
— Nie. — Postawiła krok bliżej. — Chcę, żeby to się skończyło tak, jak powinno. Bez znikania ludzi. Bez telefonów o północy.
Popatrzył na nią długo, potem kiwnął głową Wiktorowi.
— Masz czterdzieści osiem godzin, żeby oddać każdą złotówkę na konto firmy. Wtedy zgłoszę to na policję jako defraudację, cywilnie, z pełną dokumentacją. Jeśli nie oddasz — zgłoszę to i tak, tylko wcześniej.
Wiktor patrzył na niego, jakby nie rozumiał, że nie skończy w bagażniku.
— Dlaczego…
— Bo mam dziecko, które się urodzi za trzy miesiące, i nie chcę, żeby jego ojciec siedział w więzieniu za coś, co można załatwić papierem.
***
Trzy tygodnie później Marcelina siedziała w mieszkaniu przy ulicy Sportowej — tym samym, tylko że teraz umowa najmu była na jej prawdziwe nazwisko, a klucze wymieniła w ślusarstwie na rogu za sto dwadzieścia złotych, żeby żadna kopia z poprzedniego życia już tu nie pasowała.
Na stole leżała teczka od notariusza z Zabrza: akt darowizny na mieszkanie, zapisany na jej nazwisko i na dziecko, które miało się urodzić za dziesięć tygodni. Igor podpisał go bez słowa sprzeciwu, kiedy powiedziała, że chce mieć coś, co nie zależy od niego ani od jego interesów.
Zadzwonił telefon. Wiktor Sroka, numer, którego nie usunęła z kontaktów.
— Oddałem wszystko — powiedział szybko. — Można to sprawdzić. Chciałem tylko… żeby pani wiedziała.
— Wiem — odpowiedziała. — Sprawdziłam wyciąg wczoraj.
Rozłączyła się, odłożyła telefon na stół obok teczki i włączyła czajnik. Za oknem, na Sportowej, sąsiadka wyprowadzała psa, tego samego kundla, który każdego ranka szczekał na listonosza. Marcelina patrzyła na to przez chwilę, dotykając brzucha dłonią, tym razem bez potrzeby chowania jej pod płaszczem.







