Tak bywa czasami
Na przyjście Wojtusia rodzice czekali z utęsknieniem. Ciąża była ciężka, chłopiec urodził się przedwcześnie. Leżał w inkubatorze w szpitalu przy ulicy Litewskiej w Warszawie, ledwie oddychał. Wielu układów ciała nie zdążyło się rozwinąć. Respirator. Dwie operacje. Odwarstwienie siatkówki.
Dwa razy pozwolono się z nim pożegnać. Ale Wojtuś przeżył.
Szybko jednak okazało się, że niemal nic nie widzi i prawie nie słyszy. Fizycznie rozwijał się powoli: Wojtuś najpierw usiadł, potem złapał zabawkę, później tuptał przy meblach. Ale rozwój umysłowy nie następował.
Na początku rodzice walczyli razem później ojciec, pan Rafał, jakby wyparował w powietrze, a mama, pani Kinga, została sama do boju.
Zdobyła jakiś limit NFZ, udało się wstawić Wojtusiowi aparaty słuchowe, gdy miał trzy i pół roku. Zaczął niby wszystko słyszeć, ale nadal nie mówił. Zajęcia z logopedą, neurologopedą, rehabilitantką, psychologiem, tysiące specjalistów. Mama Kinga przychodziła z Wojtusiem do mnie niejednokrotnie.
Podsuwałam: spróbujcie jeszcze terapii SI, może basen, spróbujcie koni, a może jakaś nowa metoda? Próbowała. Nic nie pomagało. Większość czasu Wojtuś cicho siedział w kojcu i przekładał palcami jakąś rzecz, uderzał nią o podłogę, czasem gryzł swoją rękę lub coś z otoczenia. Niekiedy wył jednostajnie, niekiedy dźwięk falował. Mama utrzymywała, że Wojtuś ją poznaje, wita czymś jak dzikie gruchanie i rozkwita z radości, kiedy drapie mu plecy lub stópki.
W końcu starszy psychiatra powiedział jej: no i co tu diagnozować? Roślina na własnych nogach. Musi pani podjąć decyzję i żyć dalej. Albo go pani gdzieś oddaje, albo po prostu się nim opiekuje już się nauczyła pani, prawda? Według mnie nie ma sensu mieć nadziei na wielki postęp albo zamykać z nim swoje życie. To był jedyny człowiek, który powiedział Kingze jasno. Oddała Wojtusia do specjalnego przedszkola i wróciła do pracy.
Po jakimś czasie kupiła motocykl od dziecka o tym marzyła. Jeździła po ulicach Warszawy i po mazowieckich drogach z grupą podobnych zapaleńców kiedy silnik ryczał, każdy strach i smutek znikały. Ojciec płacił alimenty, całość szła na opiekunki na weekendy Wojtuś był zresztą mało wymagający, o ile przyzwyczaić się do jego wycia.
Potem jeden z kolegów motocyklistów, Przemek, mówi do Kingi: Wiesz co, zakochałem się w tobie, jest w tobie coś takiego poruszająco-przygnębiającego.
A chodź, ci pokażę odpowiada Kinga.
Przemek śmieje się, pewny, że zaprasza go do siebie, do łóżka. Ale Kinga pokazuje Wojtusia. Chłopiec tego dnia w dobrym humorze, wyje melodyjnie, grucha może matkę poznał, może go nowy człowiek niepokoi.
O, matko Boska! mruczy motocyklista.
A na co się nastawiałeś? pyta Kinga.
Po kilku miesiącach już nie tylko razem jeżdżą, ale i razem mieszkają. Przemek do Wojtusia się nie zbliża (umówili się tak), a Kinga też nie chce. Później Przemek rzucił: A może byśmy własne dziecko zrobili? Kinga ostro: A jak wyjdzie taki sam, będziesz? Przemek zamilkł na rok, po czym znów: A ja bym jednak chciał.
Urodziła się Jagódka. Zdrowiutka. Przemek: Może teraz oddamy Wojtka do jakiegoś ośrodka? Skoro mamy normalne dziecko? Kinga na to: Prędzej ciebie oddam do domu opieki. Przemek natychmiast się wycofał: No, tak tylko pytam. Jagódka odkryła Wojtka w wieku dziewięciu miesięcy, kiedy zaczęła raczkować.
Natychmiast ogromnie się nim zainteresowała. Przemek się wściekał i bał: nie puszczaj jej do niego, nie wiadomo co Ale Przemek zawsze w pracy, w warsztacie albo na motocyklu, a Kinga pozwalała. Gdy Jagódka była obok, Wojtuś przestawał wyć. I jakby czekał, wsłuchiwał się w ten dziecięcy śmiech. Jagódka przynosiła mu zabawki, pokazywała co robić, składała mu palce.
Kiedyś Przemek zachorował, został w domu na weekend. Widzi: Jagódka niezbornie chodzi po pokoju i coś pokrzykuje, a za nią, jak na sznurku, podąża Wojtuś (dotąd siedział tylko w kącie w swoim pokoju). Przemek urządził awanturę: chroń naszą córkę przed tym twoim pasożytem albo ciągle miej oko na nią! Kinga bez słowa wskazała mu drzwi.
Przemek się przeraził. Pogodzili się. Kinga przyszła do mnie:
On taki tuman, a ja go kocham wyznała. Przerażające, nie?
To naturalne odparłam. Kocha się swoje dzieci bez względu na
Ja mówię o Przemku ucięła Kinga. Ale Wojtuś, jak myślisz, czy zagraża Jagódce?
Powiedziałam, że z obserwacji wynika, iż to Jagódka prowadzi ten duet, ale trzeba czuwać. Na tym stanęło.
W półtora roku Jagódka nauczyła Wojtka układać wieże z klocków według wielkości. Sama mówiła zdaniami, śpiewała piosenki z przedszkola, pokazywała sroczka kaszkę ważyła. Ona chyba jakaś wybitna! zapytała mnie Kinga. Przemek kazał sprawdzić. Jeszcze chwila i pęknie z dumy, bo u kolegów dzieci w tym wieku nie mówią nic.
To przez Wojtka stwierdziłam. Nie każdy maluch w wieku półtora roku zostaje lokomotywą dla rozwoju kogoś innego.
Właśnie! ucieszyła się Kinga. Tak powiem naszemu tumanowi z warsztatu!
No i mamy rodzinkę: roślina na nogach, tuman z oczami, kobieta na motocyklu i genialna dziewczynka. Odkąd Jagódka opanowała korzystanie z nocnika, sama przez pół roku uczyła tego brata. Potem przyszła kolej: żeby jeść łyżką, pić z kubka, ubierać się i rozbierać to już Kinga postawiła jej za zadanie.
W wieku trzech i pół lat Jagódka postawiła mamie pytanie wprost: Co Wojtuś ma takiego, że jest inny?
Po pierwsze, nie widzi.
Widzi, tylko słabo. To widzi, tamtego nie. Zależy jak światło pada. Najlepiej mu pod lampą nad lustrem w łazience, wtedy widzi wszystko.
Okulistka była w szoku, kiedy usłyszała opowieść od trzylatki. Zapisała kolejne badania, przepisała Wojtusiowi terapię wzroku i trudne okulary.
Z przedszkolem było z Jagódką dramatycznie. Ona powinna iść do szkoły! Geniusz, psia krew! denerwowała się wychowawczyni. Wszystko lepiej rozumie niż inni.
Byłam przeciwniczką przyspieszonego startu w szkole: niech Jagódka chodzi na zajęcia i opiekuje się bratem. Przemek ku zaskoczeniu przyznał mi rację: Niech siedzi razem z nimi do szkoły, co ona tam będzie robić?. I w ogóle zauważyłaś, że Wojtek już od roku nie wyje?
Po pół roku Wojtuś powiedział: mama, tata, Jagódka, daj, pić i miauu-miau. Do szkoły poszli równocześnie. Jagódka bardzo się niepokoiła: jak tam sobie Wojtka poradzą beze mnie? Na pewno są dobrzy specjaliści? Czy go zrozumieją? Lekcje, nawet teraz, w piątej klasie, robi najpierw z Wojtkiem, potem swoje.
Wojtuś mówi prostymi zdaniami. Potrafi czytać i obsługuje komputer. Uwielbia gotować i sprzątać (Jagódka lub mama nim dyrygują), kocha siedzieć na ławce na podwórku i patrzeć, słuchać oraz wąchać wiosnę. Zna wszystkich sąsiadów i zawsze wita się z nimi. Uwielbia lepić z plasteliny, rozkręcać i składać klocki.
Ale najbardziej na świecie kocha te dni, gdy całą rodziną jadą motocyklami przez pola i lasy Mazowsza on z mamą, Jagódka z tatą, i wszyscy razem wrzeszczą coś do wiatru, który niesie ich śmiech gdzieś aż po BugCzasami sąsiadki pytają Kingę: Jak ty to robisz, że masz tyle siły?
Ona tylko się uśmiecha i przesuwa ręką po kasku stojącym w przedpokoju. Potem przez chwilę patrzy, jak Wojtuś upycha śliwki do słoika, a Jagódka śmieje się z Przemkiem, który pokrętnie tłumaczy zasady techniki. Przez otwarte okno wpada zapach jaśminu i głos wiosennych ptaków.
Kinga myśli, że życie jest czasem okrutne i trudne, czasem oszałamiająco piękne i najbardziej jej się podoba, że na świecie nigdy nie jest jak w podręcznikach. Bo przecież nikt nie przewidziałby tego dziwnego podwójnego cudu: że Wojtuś, roślina na nogach, kiedyś poda Jagódce ręcznik, a Jagódka, genialna siostrzyczka, rozplącze jego zamotaną rękę z sznurka na suszarce.
A o miłości lepiej nie mówić za często, bo wtedy się rozprasza. Lepiej ją po prostu codziennie robić, tak jak rosół na niedzielę.
Wszystko toczy się dalej, dzień za dniem, jak to bywa czasami i to jest właśnie największy cud.



