Cena drugiej szansy

Dziennik, 17 listopada

Stałem naprzeciw Oli i czułem, jak dłonie mi lekko drżą, choć starałem się rozmawiać spokojnie. Starałem się mówić łagodnie, niemal szeptem, jakbym bał się spłoszyć żonę jednym nieostrożnym słowem.

Po prostu powiedz mi całą prawdę. Obiecuję, że się nie zdenerwuję wyszeptałem, ale pewnie sam wiedziałem, że mój głos mówi co innego niż wzrok. Ola odsunęła się nieco, jakby już wyczuła podstęp, ten cień podejrzliwości, który zawsze przechodził jej po plecach dreszczem. W końcu w tamtym czasie byliśmy po rozwodzie dodałem ciszej.

Ola westchnęła ciężko i niepewnie zagryzła wargę. Widząc, że zaczynam znowu drążyć temat, skrzywiła się. Czułem, ile w niej zmęczenia codziennie to samo pytanie, te same wątpliwości Wyczułem jej narastającą irytację.

Nic nie było. Po prostu NIC. Przestań mnie o to pytać każdego dnia! wypaliła, podnosząc lekko głos. Przyszło mi do głowy, że niepotrzebnie wracamy do tego wszystkiego, że przecież kiedyś też chciałem wierzyć, że miłość wszystko naprawi. Ale czy na pewno?

Nagle przestałem udawać. Mój głos zrobił się szorstki.

Zapytałem o wszystko Zosię powiedziałem twardo. Wiesz, że córka nie będzie mnie okłamywać.

Ola zrobiła się czerwona, aż jej głos zadrżał od gniewu:

Proszę bardzo! Zapytaj, tylko pamiętaj, że ma pięć lat i w ostatnim roku nieraz musiała zostawać z obcymi ludźmi, bo musiałam pracować, żeby miała co jeść! Co się tak uczepiłeś? Z kim się spotykałam To już nie twoja sprawa! Naprawdę mam dosyć! Już raz od Ciebie odeszłam nie myśl, że nie dam rady odejść drugi!

Zamilkłem, nie spodziewałem się takiego wybuchu. Utonąłem w krótkiej chwili niepewności, a potem, chcąc się bronić, zażartowałem:

A masz w ogóle na bilet?

Zbladła, więc szybko dodałem:

Przepraszam, nie chciałem tego powiedzieć. Po prostu nie rozumiem, dlaczego tak się upierasz. Przecież powiedziałem, że nie będę zazdrosny. Zastanów się nad tym, proszę.

Nie czekając na dalsze wyjaśnienia, Ola złapała pierwszą poduszkę i rzuciła nią we mnie. Oczywiście poduszka nie wyrządziła krzywdy, trochę tylko podrażniła moją dumę. Już chciałem odburknąć coś w stylu: No proszę, jakie zachowanie, gdy do pokoju wbiegła Zosia.

Miała na sobie różową sukienkę z falbankami i zaśmiała się, od razu rzucając mi się na nogi.

Tata, tak bardzo tęskniłam! śmiała się, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.

Poczułem się zwycięsko, patrząc na Olę jakby mówiąc: Widzisz, do kogo córka się garnie. Uśmiechnąłem się do Zosi, wyciągnąłem ręce.

Chodź, skarbie, pobawimy się trochę powiedziałem miękko i podniosłem ją, aż zapiszczała z radości. Mama powinna odpocząć, jest bardzo zmęczona.

Ola została przy zlewie, ściskając brzeg kuchennego ręcznika, aż jej kostki zbielały. Widząc jej minę, pomyślałem mimowolnie, że pewnie uważa, że nastawiam dziecko przeciw niej. Widziałem, jak z trudem powstrzymuje łzy. Pewnie naprawdę miała już dosyć nie dziwię się.

Już widziałem, jak obmyśla w głowie plan ucieczki. Przecież zaraz miała odebrać dyplom po kursach i wtedy Kupi bilet, nie wiem gdzie, ale jak najdalej ode mnie. XXI wiek zrobiła się niezależna, praca zdalna? Nic prostszego, ogłoszeń atmosfera rynku daje mnóstwo.

Podeszła do okna, zamyślona gapiła się na ruchliwą ulicę i mruknęła cicho:

Przynajmniej dyplom z tego miasta coś znaczy, łatwiej będzie o nową pracę, nawet w zupełnie innym województwie…

Widziałem, że coś się w niej przełamało. Po raz pierwszy od dawna nawet jej twarz nie zdradzała rozpaczy, tylko odrobinę determinacji. Zapadło w niej jakieś postanowienie.

***********

Dlaczego dała mi ten drugi szansę? Nawet sam do końca tego nie rozumiem. Może tak bardzo chciała wierzyć, że się zmienię Przysięgałem jej, że już nigdy nie zrobię tych samych błędów, będę najlepszym mężem, ojcem. Kiedyś rzeczywiście myślałem, że się uda. Przez pierwszy miesiąc było inaczej wspólnie spędzaliśmy czas z Zosią, gotowałem, czekałem na Olę z pracy. Ale potem wróciły moje podejrzenia, pytania bez końca Gdzie byłaś?, Czemu tak długo?, Kto dzwonił?

Przecież nigdy mnie nie zdradziła! Ale zżerała mnie zazdrość, nawet bez powodu. Każdy mężczyzna w pracy aż mnie skręcało. Z rodzicami nie mogła pojechać sama bo sąsiad kawaler i zagaduje. O znajomych nawet nie wspomnę najpierw się krzywiłem, potem sztorcowałem:

Twoje koleżanki to niezłe flirty, tylko czekają, żeby podrywać facetów! wytykałem z pogardą.

Są wolne, mają do tego prawo! wybuchała Ola, broniąc przyjaciółek. Chcą mieć swoje życie

To niech sobie żyją, ale nie wciągają w to zamężnych! uznawałem sprawę za zamkniętą.

W końcu koleżanki przestały dzwonić, nawet Ola przestała się z nimi kontaktować. Rodzice daleko, o żadnych kolegach nie było mowy, poza Zosią nie miała nikogo.

Pewnego wieczoru, przy kolacji, rzuciłem:

Czas na drugie dziecko.

Zamarła, trzymając łyżkę. Przez pół godziny walczyła, żeby Zosia zjadła chociaż parę łyżek kaszy, małej marudziło się i kręciła nosem. Kiedy wreszcie poddała się, podniosła wzrok na mnie, zmęczona do granic. A ja, zamiast jej pomóc, stwierdziłem, że powinna mieć jeszcze mniej czasu wtedy nie myślałaby o głupotach typu kursy grafiki. A przecież marzyła o samorozwoju!

Za dużo wolnego masz powiedziałem spokojnie. Przy kolejnym dziecku nie będziesz się nudzić.

Ona tylko chwyciła obrus i walczyła ze łzami. Myślę, że wtedy wewnętrznie podjęła decyzję nie pozwoli się zmusić, zacznie zabezpieczać się potajemnie, zrobi plan ucieczki. Bo ja nie zamierzałem ustąpić.

Ostatnią kroplą był mój zakaz na uroczystość u jej brata bo przecież będą tam obcy faceci i to niebezpieczne Tłumaczyła, że będą tylko najbliżsi, ale nie ustąpiłem.

Gdy poszedłem do pracy, zrobiła porządek, spakowała siebie i córkę, zadzwoniła do brata, wynajął transport i cicho uciekła. Zostawiła na stole kartkę: Przepraszam, ale już się nie da tak żyć. Chcę, by Zosia wychowywała się w spokoju.

Jeszcze tego samego dnia złożyła pozew rozwodowy.

Przed sądem zachowywałem się jak burak; żądałem czasu na pogodzenie się, wygadywałem, że Ola niczego mojego nie docenia, oskarżałem ją nawet o bycie złą matką. A sędzina starsza kobieta o łagodnych oczach spokojnie tłumaczyła, żeby każdy z nas wysłuchał siebie. Zdecydowała o rozwodzie od razu:

Nie widzę żadnych podstaw, by ratować ten związek. Pani Olu, pięć lat w takim napięciu to nie jest prosta rzecz.

Ola tylko skinęła głową, a ja byłem wściekły, ale nie mogłem nic zrobić. Przynajmniej wreszcie poczuła ulgę.

Po rozwodzie Ola przeniosła się z Zosią do rodziców, znalazła pracę i zaczęła kończyć kurs graficzny, o którym kiedyś marzyła. Teraz nikt już jej nie przeszkadzał w nauce. Poznała nowe koleżanki, zyskała nowych znajomych z kursu, na placu zabaw zaprzyjaźniła się z mamą jednej z koleżanek Zosi. Z czasem nawet zaczęła chodzić na spotkania w spokojnej kawiarni na pierwsze takie spotkanie szła z rumieńcem i wypiekami na twarzy, bo zapomniała już, jak to jest czuć się wolną.

Wieczorami siadywała na werandzie rodziców z herbatą z miętą. Zosia biegała po podwórku z kuzynami, wesoło się śmiejąc, a Ola patrzyła na nią z nowym spokojem.

Tak powinno wyglądać życie powtarzała sobie w myślach. Bez podejrzeń, bez lęku, po prostu cieszyć się chwilą…

Poczuła, jak rodzi się w niej nowa nadzieja: skończy kurs, zarobi pierwsze złotówki, może wynajmie własne mieszkanie tuż obok rodziców… Ale po roku w jej życiu pojawiłem się znowu.

Któregoś dnia spotkała mnie na targu. Akurat wybierała jabłka na szarlotkę, starannie oglądając każde. Odwróciła się i zobaczyła mnie. Byłem chudszy, trochę przygaszony pewnie odrastały mi cienie pod oczami. Podszedłem powoli, nie odważyłem się na więcej niż dwa kroki zbliżyć.

Ola, szukałem was powiedziałem miękko. Naprawdę się zmieniłem, bardzo was mi brakuje.

Ola mocniej ścisnęła swój koszyk z jabłkami, cofając się delikatnie.

Po co? zapytała ostrożnie. Byłem zdeterminowany, mówiłem cicho, ale szczerze:

Potrzebuję was, bez was nie potrafię. Proszę daj mi jeszcze jedną szansę. Tylko jedną. Udowodnię tobie i sobie, że potrafię się zmienić.

Nie wiem jakim cudem, przekonałem ją, że warto spróbować. Najbardziej miękło jej serce na widok Zosi, która ciągle pytała o tatę, rysowała nas troje na jednym obrazku Ola postawiła warunek żadnego ponownego ślubu, dopóki nie zyska pewności, że się naprawdę zmieniłem.

Żadnych pieczątek w dowodzie. Chcę rozmawiać z rodziną, spotykać się z przyjaciółmi, rozwijać się. Rozumiesz?

Oczywiście! zgodziłem się, choć chyba za gorliwie.

Przeprowadziliśmy się na drugi koniec kraju. Ola początkowo była pełna nadziei nowy początek. Ale szybko poczuła się osamotniona nie znała tu nikogo. A ja, choć nie mówiłem tego wprost, skutecznie odcinałem ją od dawnych znajomych i rodziny. Kiedy tylko próbowała dzwonić do swoich, przypadkowo byłem obok.

Zacząłem znowu podejrzewać, że podczas naszego rozstania Ola kogoś miała. Ta myśl nie dawała mi spokoju, drążyłem:

Przyznaj się, był ktoś? Przecież się nie obrażę.

Tłumaczyła, że nie miała na to czasu, że nie była zainteresowana, ale nie dawałem się przekonać.

Sprawdzanie telefonu, wypytywanie po każdej rozmowie z kurierem czy sąsiadką nie miałem umiaru.

Któregoś wieczoru, kiedy Zosia już spała, wydarzyła się awantura o wiadomość od jej koleżanki Kasi.

Z kim ciągle piszesz?! chwyciłem jej telefon. To jakiś facet, prawda?

Natychmiast oddaj! Ola wybuchła. To Kasia, wybieramy się z dziećmi do parku, mówiłam ci o niej!

Tak jasne, a dlaczego te miny, te emotki? Flirtujesz czy co? ironizowałem.

Co się z tobą dzieje?! warknęła, potem, ściszając głos z obawy przed obudzeniem Zosi, kontynuowała Dlaczego nigdy nie potrafisz mi zaufać?

Wydawało mi się, że zrozumiałem swój błąd, poczułem chwilową skruchę. Ale nie potrafiłem tego okazać i poprosiłem o wgląd do jej korespondencji. Ola z determinacją odmówiła i coś pękło.

Nie, dość. Ja już ostrzegałam powiedziała. Żadnych kontroli, żadnych przesłuchań. Umawialiśmy się, że będzie inaczej, a znów jest to samo!

I co zrobisz? zapytałem zimno. Nie masz pieniędzy, pracy, nawet mieszkania sama nie wynajmiesz.

Odpowiedziała spokojnie, z inną pewnością siebie:

Myślisz, że nie poradzę sobie? Mam skończony kurs grafiki, mam portfolio, Kasia wysyła mi pierwsze zlecenia. I wiesz co? Już się nie boję ani samotności, ani nowego początku. Poradzę sobie.

W tym momencie odezwała się Zosia z pokoju:

Mamo, dlaczego krzyczysz?

Ola od razu pobiegła do córki, objęła ją, pogłaskała po włosach.

Wszystko w porządku, kochanie wyszeptała ciepło. Niedługo pojedziemy w nowe miejsce, gdzie będzie dużo słońca i będziesz się mogła bawić na huśtawce do woli. Chciałabyś?

Zosia uśmiechnęła się przez sen i przytuliła do mamy.

Patrzyłem na nie oniemiały. Nagle zrozumiałem, że Ola naprawdę odejdzie. Tym razem na zawsze.

Naprawdę odejdziesz? spytałem cicho, bez złości, jedynie z niedowierzaniem.

Tak. Muszę zadbać o Zosię i o siebie. Potrzebujemy spokoju, bezpieczeństwa. Z Tobą nigdy nie zaznała go żadna z nas. Przykro mi.

********************

Stawałem na głowie, żeby ją zatrzymać, próbowałem i groźbą i przeprosinami, ale już nie miałem szans. Powtarzała: To koniec, to już postanowione. Każda próba porozmawiania kończyła się tak samo. Tylko Zosia na początku bardzo to przeżywała, tęskniła, płakała nocami. Ale Ola robiła wszystko by jej to osłodzić: załatwiła nam jasne mieszkanie koło wielkiego parku, pomogła urządzić Zosi kolorowy kącik z półkami na zabawki i miękkimi poduchami.

Odpowiednia szkoła plastyczna, nowe koleżanki Zosia zaczęła się powoli otwierać, wracał jej uśmiech. Na początku dzwoniłem codziennie, potem co drugi dzień, a z czasem rozmowy się skróciły do krótkiego Co u Was? i przelewu na konto, które ledwo starczało na kredki i papier. Zrozumiałem, że przez Zosię już Olą nie zmanipuluję.

Ola wreszcie nabrała oddechu. Codzienne spacery z córką po parku, karmienie kaczek, zbieranie liści, wspólne wypady na lody… Rzadko widziałem kiedyś uśmiech mojej córki taki swobodny i beztroski jak teraz.

Za każdym razem, patrząc na nią, wiedziałem, że podjęła słuszną decyzję. Bo na koniec nie liczy się wygoda, tylko czy dajemy najbliższym szczęście i poczucie bezpieczeństwa. Wiem dziś, że poczucie własnej wartości drugiego człowieka jest ważniejsze niż moje nieuzasadnione lęki, zazdrość czy kontrola. I że szczęście mojej córki i byłej żony także warte jest więcej niż wszystko, na co wskazuje stary żal i urażona ambicja.

Zbyt późno się tego nauczyłem. Ale nigdy nie zapomnę tej lekcji: drugi raz nie oznacza nowej nadziei, jeśli nie zmienimy siebie naprawdę, a nie tylko na chwilę. Bo szansa znaczy odpowiedzialność i umiejętność kochania czysto, bez zaborczości, ze sporym zaufaniem. Tego dopiero zacząłem się uczyć.

Oceń artykuł
Newskey24
Cena drugiej szansy