Chcę żyć, Andrzejku!
Doktorze Jerzy, doktorze Jerzy, co się z panem dzieje?
Pielęgniarka Zosia chwyciła chirurga za rękaw. Nie zdołała go jednak utrzymać; oparł się o ścianę, schylił głowę w dół, milczał.
Zosia, z odrobiną dumy charakterystyczną dla całego zespołu medycznego, pomyślała jak lekarze oddają się pacjentom, pracują niemal do utraty tchu! A kto to doceni? Pacjent, którego właśnie operował doktor Jerzy, i tak tego nie zauważy.
Doktorze Jerzy, co panu jest? Zaraz kogoś przywołam
Nie trzeba, lekarz odsunął się od ściany, chwiejąc się poszedł do pokoju lekarskiego. Przed drzwiami odwrócił się do przerażonej pielęgniarki: Wszystko w porządku, proszę się nie martwić.
Jerzy opadł bezwładnie na skórzaną kanapę, położył się. Czy rzeczywiście wszystko w porządku? Już nie pierwszy raz łapały go takie ataki zawrotów głowy. Przemęczenie? Zapewne.
Kiedyś miał weekendy. Prawdziwe wolne dni, gdy mógł odpocząć od szpitalnego zgiełku tygodnia pójść z żoną do rodziny, pojechać z dziećmi do parku.
Ale teraz Gdy każdy lekarz obsługuje trzy oddziały, żaden wypoczynek nie wchodził w grę. Poza tym drugie małżeństwo, młodsza żona, dzieci w podstawówce, wydatki rosnące. I samochód wypadałoby wymienić na lepszy.
Tylko że to nie było najważniejsze. Najważniejsze było to, że Jerzy przywykł do tego, by go potrzebowano, chciał być najlepszy, pragnął szacunku, zawodowych zwycięstw I przez dwadzieścia lat dobrze mu to wychodziło. Pacjenci do niego walili drzwiami i oknami, koledzy doceniali, zapraszali na konferencje, płacili mu dobrze.
Paweł, zadzwonił do kolegi anestezjologa, Twoja Natalia jest dziś na dyżurze?
Cześć, Jureczku. Tak, dzisiaj jest.
Pod koniec dnia Jerzy już leżał na podłodze MRI, wsłuchując się w nieznośne dźwięki aparatu, których nie zagłuszała nawet muzyka w słuchawkach.
Nagle ogarnął go strach, miał ochotę nacisnąć gruszkę alarmową, by tylko wyprowadzono go z tego przytłaczającego serce tunelu. Trzeba było się rozproszyć, pomyśleć o czymś przyjemnym. Ale co tu sobie przypomnieć dobrego?
Wspomnienia zeszły po schodkach życia. Drugie małżeństwo Był już chirurgiem, ojcem rodziny, a ona młoda nauczycielka jego córki z trzeciej klasy.
Skrzypienie aparatu MRI zagłuszało wszelkie próby wspominania czegoś dobrego z tamtych lat. Praca-dom-praca. Pierwszy związek jeszcze gorszy nieładny rozwód sprawił, że te wspomnienia były bolesne, nawet ich nie rozważał.
Studenckie czasy? Tak! Ale tylko pierwsze cztery lata.
Wspomnienia Jerzego zawiesiły się właśnie na nich. Brygada studencka, kumple i Marysia z bufetu, za którą wszyscy się oglądali
Jerzy, Wiktor i Andrzej trzech przyjaciół ze studiów medycznych. Poznali się jeszcze na egzaminach wstępnych. Toruń był dla wszystkich miastem obcym, zamieszkali w akademiku.
Andrzej nieśmiały okularnik z małego miasteczka, trochę naiwny, ale z niezwykłą charyzmą. Przy nim po prostu chciało się być, słuchać jego spokojnych mądrości, patrzeć w niebieskie, spokojne, jakby bezkresne oczy zza szkieł.
Andrzej miał fenomenalną pamięć, znał na wyrywki wszystkie tematy egzaminacyjne i potrafił odpowiedzieć na każde pytanie.
Witold jego przeciwieństwo. Chłop silny, z kujawskiej wsi. Gaduliwy, bez większych wymagań, emocjonalnie przeżywający każdy egzamin, z miejsca zaprzyjaźnił się z całym piętrem akademika, biegał po znajomych, pisał ściągi, więcej rozmawiał niż się uczył.
Jerzy także denerwował się przed egzaminami. Wydawało mu się, że to właśnie on nie dostanie się na studia. Podziwiał wiedzę Andrzeja i elokwencję Witka. Ale z ich pokoju nie dostał się tylko Michał czwarty. Oni we trójkę zostali razem.
Na pierwszym roku nie dostali jeszcze akademika, więc mama Andrzeja, troskliwa kobieta, przyjechała i znalazła im pokój do wynajęcia dla trzech.
Niech was Bóg prowadzi, chłopcy! Żyjcie zgodnie, mówiła, zostawiając im słoiki z jedzeniem na miesiąc.
Ale mama twoja daje, Andrzej. Kim ona pracuje?
W sklepiku z dewocjonaliami, mruczał Andrzej z buzią pełną chleba.
Gdzie?!
W kościele sprzedaje świece i inne rzeczy.
To wasza mama jest bardzo wierząca?
Oczywiście. I ja też odpowiedział Andrzej.
Kątem oka spojrzeli na ikony na komodzie.
To twoje? spytał Witek, Myślałem, że mama twoja zapomniała zabrać.
Nie, one są dla mnie dodał Andrzej, spuszczając wzrok.
Witold rzucił: Wy to głupi jesteście. Po co na medycynę, skoro w gusła wierzycie? Myślicie, że Bóg pomoże?
Lekarz leczy ciało, Bóg duszę, odparł Andrzej spokojnie.
Więcej o wierze nie rozmawiali. Widzieli, że Andrzej czasem się żegna, ale robił to dyskretnie, nie afiszując się. Był dobrym studentem, umiał ugasić każdy konflikt rozsądkiem.
Zwykłe sprawy codzienne niewiele go obchodziły. Witek i Jurek kłócili się o sprzątanie, a Andrzej po prostu brał ścierkę i mył podłogę.
Co się denerwować, lepiej zrobić i spokój mówił.
Końcem pierwszej sesji miał najlepsze wyniki. Zapamiętywał łacinę jakby uczył się jej od dziecka. On był czymś, co scalało ich przyjaźń.
Jako pierwszy się zakochał. Wybrano go do samorządu, a tam poznał swą wybrankę Halinę. Dziewczyna niewysoka, ostrzyżona na krótko, bojowa, a jednocześnie dobra. Już na drugim roku chodzili pod rękę.
Witek, z pozoru prosty, okazał się bardzo przedsiębiorczy na praktykach. Już na drugim roku pracował na pogotowiu, lekarze go chwalili, zlecano mu trudniejsze zadania. W medycynie przeistaczał się jego odwaga zostawała, lecz pojawiła się dokładność i sumienność.
Jerzy uczył się solidnie, bez wielkich sukcesów, ale miał ambicje być dobrym lekarzem.
***
Wyszedł z MRI na korytarz. Przez chwilę wciągał haust powietrza. Skąd się wzięła ta klaustrofobia?
Przyszła Natalia, zdejmowała z niego sprzęt. Co tam, Natalia? zagadnął.
Poczekaj jeszcze chwilkę, opis będzie gotowy. Lekarz zadzwoni, wejdziesz potem, jakby zmęczona uniknęła jego spojrzenia.
Odbiorę jutro. Chcę już do domu powiedział.
Nie zdążył, bo Natalia niedługo potem przyniosła opis i zdjęcia.
Jurku, sam jesteś lekarzem, więc rozumiesz. Idź z tym do profesora Aniśkiewicza. Nie ma co zwlekać.
Jerzy tylko zerknął, wstawił płytę do komputera, długo oglądał własne mózgowe obrazy, jakby to nie on sam był ich bohaterem.
Nie docierało to do niego nawet jadąc samochodem do domu. Nie mógł uwierzyć, nie pozwalał sobie wierzyć. Przecież to nie mogło się przytrafić właśnie jemu.
***
Profesor Krzysztof Aniśkiewicz był najlepszym neurochirurgiem w szpitalu.
Powiedziałbym ci łagodniej, ale znasz się lepiej ode mnie. Po co ci owijać? Widzisz przecież
Widzę. To koniec?
O, chłopie… Po co dramatyzować. Wszystko w rękach neurochirurga i, co tu dużo mówić, samego Boga.
Nie wierzę Nie wierzę, że to mnie spotkało. Chciałem zabrać rodzinę na Dzień Lekarza do Warszawy. Zaproszono mnie. A teraz Co byś zrobił na moim miejscu?
Jechałbym do Warszawy, ale nie odpoczywać, tylko do profesora Alberskiego. To tam robią cuda. Statystyki najlepsze. Tylko…
Tylko co?
On już nie operuje, ale ma świetną ekipę, uczniowie prowadzą wszystko zgodnie z jego metodami. Ale kolejka na operację prawie rok. Jak się tam dostać, nie wiem… Ale środowisko medyczne powinno pomóc. Ty jesteś przecież szanowanym chirurgiem. Spróbujmy.
Jerzy pracował jak zwykle. Nie odczuwał bólu bardziej lekkie osłabienie i zawroty głowy. Umiał sobie z tym radzić.
Zaczął działać, by dostać się do Alberskiego. Profesor miał rację droga niełatwa.
Przyszedł czas powiadomić żonę, która od razu zaczęła szykować plany wyjazdu do Warszawy.
Inko, muszę pojechać sam.
Jak to? Dzieci? przerywała mu, marszcząc brwi.
Ja nie na konferencję, tylko do szpitala. Mam problem mówił powoli. Nowotwór mózgu
Inka rozpłakała się.
Boże! Jurku Jak to…? Jadę z tobą.
Nie, kochana, jeśli będę musiał czekać, nie ma co siedzieć we dwoje, czas może się dłużyć…
Usiadła obok, mówiła cicho.
I Jerzy, jak dziecko, tłumiąc łzy opowiedział jej wszystko domysły, badania, wyniki, myśli A jeszcze o nadziejach, rozczarowaniach, całym życiu.
Inka słuchała, ściskając ramię męża. A on czuł ulgę; tego nie dało się zrobić z pierwszą żoną.
***
Świadkowie Jehowy nie zgadzają się na transfuzję krwi, powołując się na Biblię. Lecz mięsa z duszą, czyli z krwią, nie spożywajcie.
To już czwarty rok studiów, siedzieli na wykładzie.
Duchowni występują przeciwko transplantacji, in vitro, wszelkim nienaturalnym sposobom rodzicielstwa wyliczał wykładowca. Kościół nie współgra z nauką. Medycyna i wiara są nie do pogodzenia.
To nieprawda rozległo się z sali.
Jak to nieprawda? Kto to powiedział?
Ja Andrzej wstał. Kościół i medycyna robią to samo pomagają człowiekowi żyć po ludzku.
Chce pan polemizować?
Nie, nie muszę. Tak po prostu jest.
Wykładowca wezwał go do tablicy. Spokojnie, z godnością odpowiadał na pytania.
Kościół troszczy się o duszę. Gdy małżeństwo nie może mieć dzieci, po wielu próbach, powinno pogodzić się z losem. Może Bóg ma inne plany. Kościół nie jest przeciw wszystkiemu sztuczne zapłodnienie od męża dopuszcza, lecz od obcej osoby nie. To łamie wierność małżeńską.
A surogatki? Przecież to komórki matki i ojca?
Ale ktoś inny nosi i rodzi dziecko To trudne także dla niego dla dziecka i matki zastępczej.
Bzdury! wykładowca podniósł głos. Kościół pozbawia ludzi szczęścia w imię duchowych wartości. Czy to po Bożemu, gdy nie oddali serca swojego zmarłego syna do przeszczepu, i drugie dziecko umarło?
Nie potrafili oddać Tak czuli
Oto mistyczny opium dla ludu! Kościół boi się, że nauka przerośnie Boga! A przecież najważniejszy jest człowiek jego umysł!
Dyskusja narastała, publiczność była podniecona. Andrzej nie krzyczał, nie złościł się. Swoimi odpowiedziami zyskiwał coraz większe uznanie studentów, choć zdenerwowanie wykładowcy rosło.
I od tego czasu zaczęły się kłopoty Andrzeja. Wzywano go do dziekana, coraz rzadziej opowiadał, co się dzieje. Zwierzał się tylko Halinie. Ale od niej nic się nie można było dowiedzieć.
Na piąty rok Andrzej po prostu nie wrócił. Dostali list wyjaśniał, że wybrał inną drogę, żegnał się, prosił by pamiętali o przyjaźni.
Jerzy i Witold byli wstrząśnięci. Najlepszy student! Utalentowany! Mógłby zostać wspaniałym lekarzem Tyle lat nauki i?
Szybko odnaleźli Halinę, ale milczała uparcie. W końcu pojechali do Andrzeja do rodzinnego miasteczka. Przyjęła ich matka, pani Jadwiga. Szczęśliwa, gościnna. Powiadomiła, że syn został kandydatem do seminarium.
Wrócili obładowani słoikami tej postawy nie rozumieli.
Jak mógł? mówił z żalem Witold.
Widzisz, i my wołamy Boże, a On go od nas odciągnął. Andrzej głupi Oj, głupi mruczał Jerzy.
***
Jakie świece? Przestań, Krysiu. Jadę do przyjaciela. Urlop już załatwiłem.
Siedział z profesorem Aniśkiewiczem w pokoju lekarskim. Do wyjazdu do Warszawy trzy dni. Bilety miał na pociąg, bał się jechać autem, bo zawroty przychodziły nagle.
Do kogo?
Do przyjaciela ze studiów. Ponad dwadzieścia lat się nie widzieliśmy. Z seminarium przeszedł do duchowieństwa. To blisko, pojadę jutro.
Malowniczy Kazimierz Dolny, choć słynny z zabytków, robił wrażenie zaniedbanego. Cechowało go mnóstwo kościołów, niemal na każdym rogu.
Jerzy zmierzał do klasztoru. Droga minęła łagodnie, dziwne zawroty głowy nie męczyły go wcale. Widać, droga do Boga to droga do zdrowia, pomyślał z uśmiechem.
Oto mury, wieże, kopuły wszystko tonęło w słońcu i zapachu leśnego igliwia. Czekał. Liturgia trwała, ksiądz zajęty. Nie wiedział nawet, jak długo to potrwa. Postanowił przejść się dalej.
Za kościołem mały cmentarz i ścieżka do rzeki. Zobaczył studnię, przy niej kobiety nabierające wodę. Staruszki wspinały się z powrotem, a nie korzystały z wygodnych schodów, tylko piąć musiały się górą. Przyglądał się powtarzały to kilka razy, ceremoniał.
A pan po wodę święconą nie idzie? zagadnęła go młoda kobieta.
Po co? zdziwił się.
Pan wie najlepiej, po co tu jest.
Chciał powiedzieć, że przyjechał do przyjaciela księdza, ale zamilkł. Bo przecież nie tylko po to
Wziął butelkę i ruszył do studni. Trzy razy zszedł, trzy razy wspiął się, wrócił, nabrał wodę i wypił od razu. Była chłodna, czysta, słodka jak łza.
Od razu poczuł radość w sercu, przestał żałować podróży.
Zaraz zaczęli wychodzić ludzie po mszy nagle zauważył w tłumie księdza w długiej, czarnej sutannie, z brodą, donośnym, ciepłym głosem. Na niego patrzyły jasne, głębokie oczy Andrzej.
Poczekał, podszedł.
No cześć, księże.
Upomniała go zaraz starsza parafianka: Nie tak się mówi, tylko: Proszę o błogosławieństwo, księże!
Ale Andrzej już się uśmiechał.
Jerzy! Jak dobrze cię widzieć
Objęli się. Ksiądz pobłogosławił ludzi, a potem razem poszli alejką.
Toż to wielka radość! Halina będzie zachwycona.
Halina? Żona twoja?
Tak. Lekarka tutaj, pediatra. Pracy zostawić nie chce i ja nie krzyżuję jej planów. Mamy pięcioro dzieci, tylko najmłodszy ma dziesięć.
Toż to cudownie! Ja też troje córka z pierwszego małżeństwa, i dwoje tu. A wy tu
Tu nam dobrze. Zapraszali do innych parafii, ale tu najlepiej. Przyroda piękna, pracy mnóstwo.
Wzrosłeś, Andrzej.
Nawet po dwudziestce jeszcze rosłem.
A okulary?
Po operacji, jak nowy. W razie czego soczewki.
Widzisz, Kościół nie odrzuca medycyny!
Zaśmiali się obaj.
Przeszkodziła im dziewczyna w chuście, szepnęła coś księdzu.
Muszę iść do ludzi. Ale do domu pojedziesz z moim kierowcą, Halina cię przyjmie. Spotkamy się wieczorem.
Dom księdza był duży, zadbany, jedna kondygnacja z poddaszem, ogród, kapliczka. Halina przyjęła go serdecznie, kwiaty w każdym oknie, obraz Matki Boskiej nad stołem, lampki przy ikonach.
W domu przytulnie, sprzęt współczesny, Halina rozgadała się o życiu, dzieciach, pracy. Najmłodszy syn kręcił się wokół ojca. Jurek niemal zapomniał, po co właściwie tu przyjechał. Jadł, słuchał, potem przysnął na hamaku na tarasie.
Nie miał ochoty wracać od razu do domu.
***
Znacie tę historię?
Pewnie. Na początku sporo z Witkiem pisaliśmy do siebie, a potem już tylko czasem zdzwoniliśmy się. W ostatnim czasie, niestety… kontakt zanikł. Ale taka jest wola Boża.
Osądzasz mnie?
To Bóg osądzi, nie człowiek. Opowiadaj, Jurku, jaka to bieda na ciebie przyszła? Widzisz przecież po oczach.
Nowotwór, złośliwy, mózgu…
Andrzej westchnął.
Niedobrze. To jutro będziesz na mszy, potem spowiedź i komunia. A potem zobaczymy.
Jakbym już dla ciebie umarł.
Ależ skąd Wszystko w twoich rękach. Ksiądz wskaże drogę, dalej wszystko zależy od ciebie.
Chcę opowiedzieć, jak było zaczął Jurek.
Powiesz na spowiedzi.
Dziwne, ale tej nocy spowiedź już nie była jak usprawiedliwienie, lecz jak prawdziwa skrucha.
Tak Kiedyś najlepsi przyjaciele stali się sobie wrogami przez jedną chwilę.
***
Msza się skończyła. Ludzi w kościele niewielu.
Ksiądz odprawił modlitwę nad Jerzym i powiedział:
Chrystus niewidzialnie stoi, przyjmuje twoje wyznanie, jestem tylko świadkiem. Mów, Jerzy.
Jerzy zaczął:
Wtedy bardzo zazdrościłem Witkowi wszystkiego. W pracy, na uczelni wszędzie był uwielbiany. A tu jeszcze Ala…
Wszystko zaczęło się przypadkiem na internie leżał wysoko postawiony urzędnik z Warszawy, a jego córka Ala spędzała dużo czasu u Witka. Oni zaczęli się spotykać. Witek miał przed sobą perspektywy warszawskie.
Byłem zły z zazdrości, kilka razy nagadałem Ali, że Witek chodzi do innej. Przesadziłem Przyznaję się.
Na weselu u kolegi poszło jeszcze gorzej. Witek z Alą, ja nalałem jej wina, potem wyszliśmy na balkon. Okazało się, że Witek nas zobaczył, potem zniknął. Potem przestał się do mnie odzywać, a ja rozpocząłem związek z Alą.
Los mnie jednak pokarał. Ala była miła tylko na początku, potem po śmierci teścia życie pod jej matczyną kontrolą było nie do zniesienia, a sama Ala chciała ode mnie wszystkiego. Rozstaliśmy się.
To nie był mój największy grzech. Zdarzył mi się błąd na sali operacyjnej śmierć pacjenta przez moje niedopatrzenie. A ileż takich mają chirurdzy? I zdradzałem żonę. Po ślubie wydawało się niemożliwe, a jednak. Z mediatorami, pielęgniarkami, kilka razy i już.
Z Inką jest inaczej. Spokojna, uczyła moją córkę Diankę. Dziś dziewczyny się przyjaźnią, córka jest w pedagogice. Ale i Inkę zraniłem. Nie jestem święty.
Zamilkł. Po krótkiej pauzie spytał:
Możesz rozgrzeszyć mnie, ojcze Andrzeju?
Grzechy odpuszcza Bóg, nie ksiądz. Ważne, byś żałował, Jurku.
Jerzy spojrzał na Andrzeja, pokiwał głową. I nagle w oczach pojawiły się łzy. Szepnął, klęcząc przy ołtarzu:
Przekaż Bogu, że żałuję. Przekaż, Andrzeju Chcę żyć, chcę kochać Inkę, wychować dzieci, pracować. Niczego więcej nie chcę. Daj mi szansę. Powiedz Bogu
Pan Bóg, Jezus Chrystus, łaską swoją niech odpuści grzechy słudze swemu, Jerzemu modlił się cicho ksiądz.
A potem zamilkł; Jerzy podniósł mokre oczy, spojrzał w jasne, bezkresne oczy ojca Andrzeja.
Myślę, Jerzy, że powinieneś odnaleźć Witka. Pogadać. Przeprosić.
Jak? Ja za dwa dni do Warszawy.
Musisz go znaleźć. Pracuje w klinice w Lublinie. Powinieneś tam jechać, nie do stolicy.
No już… powiedz, żebym się u niego operował!
A czemu nie? On też prowadzi badania. Został doktorem nauk. Bywa w Warszawie. Musicie się zobaczyć.
Może i racja. Najpierw jednak stolica. Czas ucieka
I znajdź tę pielęgniarkę, którą zwolniono przez ciebie…
To proste. Znajdę ją. Pomódl się za mnie, Andrzeju. Najważniejsze żeby przyjęto mnie w Warszawie, żebym znalazł termin na operację. Bo inaczej naprawdę przyjdzie mi do Lublina jechać
Przed wyjazdem Jerzy jeszcze wiele razy wchodził na górę nad rzeką, po każdym trzykrotnie nabierał wody ze studni, pił, a potem znowu wchodził. Wierni patrzyli na niego, żegnali się. Niech Bóg pomoże.






