Bronisław Wardęga miał osiemdziesiąt trzy lata i od dziesięciu żył sam w kamienicy przy ulicy Kolberga w Bydgoszczy, tam gdzie kiedyś mieszkała cała rodzina, a teraz zostały tylko dwa pokoje, w których się kręcił, i trzeci, zamknięty na klucz, w którym stała szafa żony.
Jego córka, Marta Wardęga-Kruk, prowadziła gabinet stomatologiczny na Fordonie i przyjeżdżała do ojca w każdą drugą niedzielę, zawsze z tym samym pytaniem w głowie: ile jeszcze niedziel.
Tamtej jesieni coś się zmieniło. Ojciec zaczął mylić imiona, raz nazwał ją imieniem swojej siostry, która zmarła w latach dziewięćdziesiątych, a innym razem zapytał, czy mąż Marty, Dawid, już wrócił z pracy — mimo że rozwiedli się osiem lat wcześniej.
— Tato, to ja, Marta — powtarzała, siadając przy stole pokrytym ceratą w kwiaty, tą samą, która leżała tam od czasów, gdy jeszcze chodziła do liceum.
On kiwał głową, ale w oczach miał tę nieobecność, która bardziej niż cokolwiek innego przypominała jej, że czas nie stoi w miejscu, tylko płynie i zabiera po kawałku.
Syn, Rafał, mieszkał w Poznaniu, prowadził firmę transportową i przyjeżdżał raz na dwa, trzy miesiące, zwykle na jeden dzień, z reguły w sobotę, bo w niedzielę musiał już wracać do swoich kierowców i faktur. Za każdym razem powtarzał to samo zdanie: "Tato, może byś pomyślał o domu opieki, tam mają całodobową pielęgniarkę." Za każdym razem Bronisław odpowiadał, że umrze we własnym łóżku, i temat się kończył.
Marta miała inny pomysł, cichszy, ale za to bardziej wytrwały. Chciała, żeby ojciec przeprowadził się do niej, do mieszkania na Fordonie, gdzie miała wolny pokój po tym, jak córka wyjechała na studia do Torunia. Rafał się nie zgadzał — nie wprost, ale przy każdej rozmowie znajdował powód, żeby odłożyć decyzję. Mówił, że trzeba najpierw sprawdzić ceny opieki, że trzeba policzyć, ile kosztuje mieszkanie przy Kolberga, że może lepiej sprzedać kamienicę i podzielić się pieniędzmy, a ojca umieścić w czymś tańszym.
Marta wiedziała, o co naprawdę chodzi. Kamienica była warta ponad osiemset tysięcy złotych, a ojciec od lat obiecywał, że zostanie po połowie, ale nigdy tego nie spisał u notariusza. "Zdążę" — mawiał. — "Nie ma co się śpieszyć, jeszcze pożyję."
W drugą niedzielę listopada, kiedy za oknem szarzało już od trzeciej po południu, a w telewizorze leciał powtarzany od lat program o wędkowaniu, Marta przyniosła talerz rosołu, tego samego, który gotowała u siebie co tydzień, bo ojciec innego nie jadł.
— Zjedz, tato, jeszcze ciepły.
On popatrzył na łyżkę, potem na nią, i powiedział coś, czego nie spodziewała się usłyszeć:
— Twoja matka gotowała lepszy.
Roześmiała się, bo to akurat była prawda, i przez chwilę siedzieli tak, śmiejąc się z niczego, z tego samego żartu, który powtarzał od trzydziestu lat, odkąd matka umarła i nikt już nie mógł się bronić.
Zjadł trzy łyżki, odłożył łyżkę i zasnął na krześle. Marta zostawiła go tak na kilka minut, wstała, umyła dwa talerze, wyjrzała przez okno na pustą ulicę, gdzie sąsiadka wyprowadzała psa, tego samego kundla, który szczekał na każdego, kto szedł chodnikiem od lewej strony.
Kiedy wróciła do pokoju, ojciec już nie oddychał.
Pogrzeb był w piątek, na cmentarzu przy Wiślanej. Rafał przyjechał w czwartek wieczorem, ubrany w garnitur, który leżał na nim, jakby go kupił dzień wcześniej — bo tak właśnie było. Stał przy grobie z twarzą, na której nic nie dało się wyczytać, i dopiero kiedy ksiądz skończył mówić, powiedział do siostry:
— Trzeba załatwić sprawy spadkowe. Im szybciej, tym lepiej.
Marta nie odpowiedziała od razu. Wróciła myślami do talerza rosołu, do trzech łyżek, do żartu o matce, do tego, że nie zdążyła powiedzieć ojcu niczego więcej, bo zasnął, a potem już nigdy się nie obudził.
Testament znalazła dopiero po dwóch tygodniach, w trzecim pokoju, tym zamkniętym na klucz, w szafie żony, między pościelą, której nikt nie ruszał od dekady. Ojciec zdążył go jednak spisać — u notariusza przy placu Wolności, cztery lata wcześniej, bez słowa nikomu.
Kamienica przypadała jej w całości. Rafałowi zostawił rachunek oszczędnościowy z kwotą stu dwudziestu tysięcy złotych — dokładnie tyle, ile kosztowała naprawa dachu w kamienicy, którą Bronisław spłacał sam, po tym jak syn odmówił pożyczki na remont pięć lat wcześniej, tłumacząc się kredytem na nową ciężarówkę.
Rafał przyjechał do niej tydzień później, do mieszkania na Fordonie, z aktem notarialnym w teczce, którą trzymał tak, jakby ważył więcej niż faktycznie ważył.
— To się da jeszcze podważyć. Był chory, mylił imiona, każdy prawnik…
Marta postawiła przed nim kubek kawy, usiadła naprzeciwko, i po raz pierwszy w życiu nie próbowała go uspokajać ani tłumaczyć się z niczego.
— Byłeś tam cztery razy w tym roku, Rafał. Ja gotowałam mu rosół co niedzielę przez dziesięć lat. On wiedział, komu ufa.
Wstała, wyjęła z szuflady kopertę z dokumentami kamienicy, które tego samego dnia zaniosła do biura pośrednictwa przy alei Ossolińskich — nie po to, żeby sprzedać, tylko żeby przepisać liczniki i umowy na swoje nazwisko, tak jak nakazywało prawo. Podała mu kopię aktu, żeby wiedział, że sprawa jest zamknięta i nie ma czego podważać.
Rafał wyszedł, nie dopiwszy kawy. Telefon od niego przestał dzwonić po miesiącu, potem po pół roku, i tak zostało.
Marta co niedzielę nadal gotuje rosół — teraz dla córki, która wróciła z Torunia na studia doktoranckie i mieszka znów w pokoju po drugiej stronie korytarza. Talerz ojca stoi w kredensie, ten sam, z niebieskim paskiem przy brzegu, i nikt go nie używa, ale nikt też nie ma odwagi go wyrzucić.







