Takie rzeczy też się zdarzają
Na przyjście na świat Małgosi rodzice bardzo długo czekali. Ciąża była niezwykle trudna, a dziecko urodziło się przedwcześnie. Małgosia leżała w inkubatorze, wiele organów nie zdążyło się do końca wykształcić. Respirator. Dwie operacje. Oderwanie siatkówki.
Dwa razy pozwalano rodzicom wejść, by się pożegnać z Małgosią. Ale Małgosia przetrwała.
Szybko jednak okazało się, że prawie nie widzi i niemal nie słyszy. Rozwój fizyczny powoli ruszał Małgosia zaczęła siadać, chwytała zabawki, potem chodziła, trzymając się mebli. Rozwój umysłowy jednak utknął. Rodzice jeszcze walczyli na początku razem, potem ojciec Zbyszek rozpłynął się gdzieś w mgle, a matka, Pani Elżbieta, trwała na posterunku sama.
Wyszperała gdzieś skierowanie, w wieku trzech i pół lat Małgosi założono implanty ślimakowe. Niby słyszała, ale dalej nic się nie zmieniało. Godziny z logopedami, psychologami, terapeutami wszelakimi. Elżbieta z Małgosią bywały u mnie nie raz.
Mówiłam: to może spróbujcie tego, a może jeszcze tamtego… Matka próbowała. Efektów nie było. Małgosia większość czasu spędzała cicho w kojcu, obracając w dłoniach jakiś przedmiot, tłukła nim o podłogę, gryzła swoją dłoń albo coś innego. Czasem zawodziła prostą nutą, czasem rytmem złożonym. Elżbieta upierała się, że Małgosia ją rozpoznaje, woła jakimś swoim gulgotem i lubi jak ją się drapie po plecach i łydkach.
W końcu stary psychiatra powiedział jej: i czego tu pani oczekuje za diagnozę? Roślina chodząca. Proponuję podjąć decyzję i żyć dalej: oddać do ośrodka, albo się opiekować przecież już się pani nauczyła. Nie ma co się łudzić na znaczną poprawę, albo pochować się żywcem w jego kojcu. Jedyna osoba, która tak rzeczowo wyraziła się przy Elżbiecie. W końcu oddała Małgosię do specjalnego przedszkola i wróciła do pracy.
Po jakimś czasie kupiła sobie motor zawsze o tym marzyła. Jeździła z innymi zapaleńcami po Warszawie i za miastem podczas ryku silnika wszelkie niepokoje znikały w szumie powietrza. Ojciec płacił alimenty, Elżbieta wydawała je w całości na opiekunki na weekendy Małgosia, gdy się przyzwyczaiła, nie była trudnym dzieckiem, jeśli nie liczyć jej śpiewów. Któregoś razu kolega motocyklista, Paweł, powiedział Elżbiecie: wiesz, bardzo się w tobie zadurzyłem, jest w tobie jakaś smutna ciekawość.
Chodź, zobacz rzuciła Elżbieta.
Paweł się rozpromienił, przekonany, że zaraz trafi do jej łóżka. Pokazała mu Małgosię. Ta akurat była pełna energii i wydawała swoje dziwne dźwięki pewnie poznała matkę albo zaniepokoiła się obcym.
O nie, ale jazda! powiedział Paweł.
A na co liczyłeś? odparła Elżbieta.
Po jakimś czasie zaczęli nie tylko razem jeździć, lecz także mieszkać. Paweł do Małgosi nie podchodził (było to omówione), a Elżbieta mu tego nawet nie proponowała. Kiedyś Paweł powiedział: może spróbujemy mieć dziecko? Elżbieta odpowiedziała ostro: a jak znowu takie się urodzi, to co? Paweł zamilkł na prawie rok, potem wrócił do tematu: nie, jednak spróbujmy.
Urodziła się Zosia. Na szczęście zdrowa zupełnie. Paweł powiedział: może teraz oddamy Małgosię do domu opieki, skoro mamy zdrową córkę? Elżbieta odparła: raczej ciebie oddam. Paweł natychmiast się wycofał: To tylko pytanie było… Zosia odkryła Małgosię, gdy miała dziewięć miesięcy, kiedy zaczęła raczkować.
Od razu bardzo się zainteresowała siostrą. Paweł się bał i złościł: nie pozwalaj jej, to niebezpieczne, nie wiadomo co się stanie. Ale Paweł, a to w pracy, a to na motocyklu, więc Elżbieta bez skrupułów pozwalała. Gdy Zosia była obok, Małgosia nie wyła. Czuła, że ona czeka, że słucha. Zosia przynosiła jej zabawki, pokazywała jak się nimi bawić, układała jej palce.
Kiedyś Paweł rozchorował się i został na weekend w domu. Zobaczył: Zosia niepewnie krąży po mieszkaniu i coś niecierpliwie mamrocze, a za nią sunie jak cień Małgosia (wcześniej całymi dniami siedziała w kącie pokoju). Paweł podniósł awanturę i zażądał: Albo chronisz moją córkę przed twoją idiotką albo stale patrzysz! Elżbieta bez słowa wskazała drzwi.
Zrobiło mu się wstyd. Pogodzili się. Elżbieta przyszła do mnie:
On to taki pajac, ale kocham go powiedziała. Straszne, co?
To normalne odparłam. Kochać własne dziecko niezależnie od…
Ale ja o Pawle mówię uściśliła Elżbieta. A Małgosia dla Zosi to zagrożenie? Jak pani uważa?
Powiedziałam, że z obserwacji wynika, iż to Zosia jest przewodniczką, ale i tak powinni pilnować. Na tym poprzestałyśmy.
Zosia mając półtora roku, nauczyła Małgosię układać wieże z klocków według rozmiarów. Sama już budowała zdania, śpiewała proste piosenki, pokazywała palcem wierszyki, jak Idzie rak nieborak. Ona jakaś mała geniuszka? pytała mnie Elżbieta. Paweł kazał się dowiedzieć. U kolegów dzieci w tym wieku ledwo mama mówią.
Myślę, że to przez Małgosię stwierdziłam. Nie każde dziecko w wieku półtora roku ciągnie za sobą rozwój kogoś innego.
No właśnie! ucieszyła się Elżbieta. Powiem tak temu klockowi z oczami.
Co za rodzinka: roślina na nóżkach, kłoda z oczami, kobieta na motocyklu i dziecięcy geniusz. Po nauczeniu się korzystania z nocnika, Zosia poświęciła pół roku, żeby nauczyć tego Małgosię. Nauczyć ją jeść, pić z kubka, ubierać się takie wyzwania Elżbieta przed Zosią stawiała już sama.
W wieku trzech i pół lat Zosia postawiła sprawę: A co właściwie z Małgosią jest?
Po pierwsze, nic nie widzi odpowiedziała Elżbieta.
Widzi, tylko słabo zaprotestowała Zosia. To widzi, a tamtego nie. I zależy od światła. Najlepiej w łazience pod lampą tam najwięcej widzi.
Okulistka była mocno zaskoczona, gdy przyszedł trzyletni ekspert. Ale spokojnie wysłuchała, zleciła kolejne badania i przepisała specjalne okulary i leczenie.
W przedszkolu Zosi zupełnie nie szło. Ona w ogóle powinna iść do szkoły! Taka mądrala! burczała wychowawczyni. Nic z nią zrobić nie można, wszystko lepiej od innych wie!
Stanowczo powiedziałam, by nie śpieszyć się ze szkołą: lepiej niech Zosia chodzi na zajęcia dodatkowe i pomaga Małgosi w rozwoju. Paweł o dziwo się zgodził: Posiedź z nimi do szkoły, niech się w tym przedszkolu nie męczy. Zresztą, zauważyłaś, że twoja już od roku nie zawodzi?
Po kolejnych sześciu miesiącach Małgosia powiedziała: mama, tata, Zosia, daj, pić, miau-miau. Do szkoły siostry poszły razem. Zosia bardzo się przejęła: jak ona tam bez mnie? Czy ci specjaliści naprawdę się nią zajmą? Czy ją zrozumieją? Do tej pory w piątej klasie najpierw odrabia lekcje z Małgosią, potem własne.
Małgosia mówi prostymi zdaniami. Umie czytać i korzystać z komputera. Uwielbia gotować i sprzątać (Zosia lub mama dyrygują), siedzieć w ogrodzie na ławce, patrzeć, słuchać, wąchać powietrze. Zna wszystkich sąsiadów, zawsze się kłania. Lubi lepić z plasteliny, budować i rozbierać klocki LEGO.
Najbardziej jednak na świecie lubi, gdy całą rodziną jadą motocyklami pod lasem ona z mamą, Zosia z tatą, a wszyscy razem krzyczą coś pod wiatr…



