Urodziłam syna jeszcze na studiach. Zostawiłam go pod opieką rodziców i wróciłam do swojego życia. 5 lat później wydarzyło się coś, co w jednej chwili zmieniło wszystko.
Urodziłam się w dość zamożnej rodzinie. Od dzieciństwa miałam wszystko. Nigdy nie zastanawiałam się, jak mam żyć, co robić w życiu.
Będąc na pierwszym roku studiów, niespodziewanie zaszłam w ciążę. Chciałam się pozbyć dziecka, ale rodzice zagrozili, że jeśli usunę ciążę, pozbawią mnie majątku. Rodziłam pod warunkiem, że nie będę musiała sama się dzieckiem zaopiekować. Nie miałam zamiaru zamieniać mojego życia na butelki i pieluchy. Rodzice obiecali, że zaopiekują się moim synem. Najważniejsze dla nich było to, że zdobędę wyższe wykształcenie.
Tak więc po porodzie wróciłam do statusu studenta, który lubi spędzać czas w klubach.
Po ukończeniu studiów w moim życiu wydarzyła się wielka tragedia. Moi rodzice zginęli, mieli wypadek samochodowy.
Przez pierwsze miesiące, byłam zupełnie sama z dzieckiem. Później zatrudniłam nianię. Tęskniłam za klubami i beztroskim życiem. Za pomocą butelki próbowałam zapomnieć, uśmierzyć ból straty.
Pewnego wieczoru wróciłam późno do domu. Niania już wyszła. Myślałam, że syn już śpi. Generalnie nie byłam nim zainteresowana. Nie czułam się matką. Zrobiłam sobie drinka, stanęłam przy oknie i nagle usłyszałam:
– To niemożliwe, mamo.
To był mój syn.
Podszedł do stołu, podniósł butelkę i wyrzucił ją. Wziął mnie za rękę i kazał, abym przeczytała mu bajkę. Czytałam i płakałam.
Dopiero w tym momencie zrozumiałam, że mój syn jest kontynuacją moich rodziców. Tylko on mi pozostał. 5 lat, po pojawieniu się na tym świecie mojego synka, naprawdę zrozumiałam, jak bardzo kocham moje dziecko. I opamiętałam się. Gdyby nie on, stoczyłabym się na dno. Okazał się mądrzejszy ode mnie.







