Droga przyjemność

Drogi luksus

Klaudia, znowu? Ile razy można! Mam wrażenie, że haruję tylko na tego twojego kota!

Kot, którego Klaudia próbowała wepchnąć do transportera, w ostatniej chwili wyślizgnął się jej z rąk, z łoskotem pacnął o podłogę i pognał w kąt korytarza, wyjąco i rozpaczliwie zawodząc. Z miny kota można było wyczytać: ten kocur, któremu Klaudia lata temu dała szumnie poetyckie imię Balcer, postanowił swoją, zdaniem Damiana, nic nie wartą egzystencję sprzedać możliwie najdrożej.

Dawno to było, bo Balek, jak pieszczotliwie mawiała o nim Klaudia, mieszkał u niej już z dziesięć lat. Ile kot tak naprawdę miał lat, Klaudia sama nie była pewna. Zabierała go z ulicy, i to wcale nie jako kociaka. Był już wtedy dorosłym kotem, choć młodym, jak powiedziała w gabinecie weterynaryjnym mamie Klaudii.

Tam właśnie pani Halina, mama Klaudii, wbiegła razem z córką, ściskając w ramionach zawiniętego w stary dziecięcy kocyk kocura.

Proszę go uratować!

Skąd panie wzięły to monstrum? weterynarka skrzywiła się niezręcznie. Toż to zwykły dachowiec!

Co to za różnica, jaki jest? Teraz to mój kot! Pomóżcie mu! Widać przecież, że biedak cierpi! Na co jeszcze czekacie? Mam w portfelu inne pieniądze, gorsze niż właściciele rasowych kotów?

Halina była wtedy wściekła do granic możliwości, więc weterynarka wolała się nie kłócić. I bardzo słusznie.

Halina Zajączkowska była wyjątkowo upartą kobietą. Co się dziwić? Próbowała samodzielnie wychować dziecko bez ojca i żadnej pomocy, opiekować się jeszcze dwojgiem staruszków, a to wszystko na pensję przedszkolanki. Jeszcze niejednym urosłyby kły.

Potrafiła postawić na swoim jak mało kto, ale przy tym miała spore serce. Uwielbiała dzieci i koty, a nawet psy… choć tych, nie wiedzieć czemu, zawsze się trochę bała.

Nie popuszczała nikomu. Ani sąsiadkom z podwórka, ani rodzicom dzieci z jej grupy, ani nieznajomym, którzy czasem uznawali, że samotna, drobna kobieta to łatwy cel.

Halina jednak robiła to tak, że wszyscy łapali się za głowę. Ani nie krzyczała, ani nie wyzywała, a zawsze znalazła argument, po którym w głowie oponenta coś przeskakiwało i nagle konflikt szedł w zupełnie inną stronę, niż przewidywano. Zamiast awantury kończyło się tak, że Halina z wybuchowym rozmówcą lądowała w kącie, on wylewał jej żale, a ona kiwała głową i współczuła. Po chwili dziękowano jej, przepraszano i odmaszerowywano do swoich spraw.

Jak to działało i skąd wiedziała, w co uderzyć, by kogoś poruszyć sama Halina nie wiedziała. Może po prostu słuchała. Nie przerywała, nie próbowała przekrzyczeć rozmówcy, tylko słuchała.

A jednak dar ten działał jednostronnie. Z obcymi szło jej doskonale, z bliskimi już niekoniecznie.

Mąż Haliny uciekł tydzień po ślubie. Matka Haliny później lubiła żartować, że i tak długo wytrzymał.

Bolało, ale Halina po namyśle zgodziła się z matką z takim gapą jak ona, nie da się zbudować rodziny. Mąż żegnając się z nią, powiedział z cwaniackim uśmieszkiem:

Z ciebie kobieta taka, jak ze mnie baletnica!

Owszem, zabolało. Ale niedługo potem wyszło na jaw, że Halina jest w ciąży, i zdecydowała: wszystko jedno kobieta i tak, a faceci nie rodzą.

Na przyjście córki czekała bardziej niż na święta i własne urodziny. W jej szarej i cichej rzeczywistości uroczystości zdarzały się tyle, co kot napłakał, a tu taka okazja!

Matka Haliny nie poparła jej decyzji, by samej wychować dziecko.

Po co ci to, Halina? Kłopot! Jesteś młoda, nawet ładna, masz tam jakieś perspektywy… A jak urodzisz, to zostaną ci tylko zupki chińskie i kasza gryczana! I córka też na to skazana! Dziecko to luksus, Halina! Jeszcze nie wiesz, czym to pachnie ale poczujesz!

Mamo, my chyba tak żyłyśmy?

No właśnie, Halinko! I co w tym pięknego?

Halina się zamyśliła. Zwykle słuchała matki, ale wszystko w niej się buntowało przeciwko pozornie oczywistej tej decyzji.

Pomyślawszy, że dziecka nie będzie ogarniał ją czarny strach. Jak można przekreślić coś, co już się w niej zrodziło? Nie chodziło o garść komórek, której jeszcze nie czuła, ale o poczucie, że to, co jej powtarzano to kłamstwo. Może być matką. To jej wybór, jej przyszłość.

Rozważania przerwała babcia. Bez zapowiedzi przyjechała do miasta, poprawiając piękny chusteczkę, którą zakładała tylko na wielkie wyjścia i ogłosiła:

Rodź, Halinka! Pomogę!

Babciu, a dziadek sam na wsi nie da rady?

Da sobie radę, dziecko. Nasz stary jeszcze mocny! A nie to zabierzemy go do siebie!

Na stół poleciał pachnący, haftowany ręcznik, który Halina rozpoznała natychmiast.

Pamiętasz? Rozpakuj!

Takiej ilości gotówki Halina nie widziała i nie trzymała w rękach ani wcześniej, ani później.

Dziadek sprzedał dom. Idzie tu teraz droga, działki są warte fortunę. Oszczędności też tu są. Starczy na małe mieszkanie. A resztę ogarniesz.

Babciu, nie mogę…

Możesz, Halinko! Nie marudź! Jak nie dla siebie, to dla dziecka. Kto je poprowadzi, jak nie matka?

To było przysłowiową kroplą, która przechyliła czarę konfliktu Haliny z własną matką.

No tak Kiedy ja cię prosiłam o pieniądze, mamo, co powiedziałaś? „Nie ma! I nie licz na nic!” A teraz co? Przyniosłaś tu talerzyk ze złotą obwódką? Świetnie Cóż tu dodać?

Babcia wygoniła Halinę z pokoju i długo rozmawiała z córką. Ale przekonać jej nie zdołała.

Halina i tak nie wiedziała, co w niej było tak irytującego, że mama nie mogła przełknąć jej szczęścia mieszkanie, pomoc, wsparcie. Wygrana w totolotka, ot co!

Zresztą, jak powiedziała babcia: Jak wóz nie ciągnie, winne obie konie, nie tylko jedna.

A on jeszcze ogier! To podwójnie powinien ciągnąć! Nie smuć się, Halinka. Jesteś jeszcze młoda!

O latach Halina nie dyskutowała z babcią, ale wdzięczna była za wszystko po stokroć.

Kupiły mieszkanie, czteropokojowe. Na starym osiedlu, wymagające remontu, ale babcia rządziła ekipą jak na bazarze umiała wynegocjować taką zniżkę, że nawet agenta nieruchomości zatkało.

Co się dziwisz, dziecko? Jak się całe życie na bazarze pracowało, to człowiek twardy jest! Sprzedać ziemniaka z zyskiem to trudniejsze niż go wyhodować!

Mieszkanie było spore. Ekipka czarnookich chłopaków pod dowództwem mrukliwego majstra i babci w kilka miesięcy zrobiła zrujnowane M4 w przytulne gniazdko.

Klaudia urodziła się trochę przed czasem, Halina się stresowała, ale wszystko obyło się bez sensacji. Dziewczynka rosła zdrowo, była silna, a jednocześnie niesamowicie delikatna. Cóż się dziwić Halina po przejściach z własną matką wiedziała już, jak nie postępować.

Babcia ci najbliższa! Wiadomo mieszkanie kupiła, dzieckiem się zajmuje! A ja co?! Nawet na próg mnie nie wpuszczacie!

Mamo, nigdy ci nie broniłam! Proszę, przychodź, tylko nie rób awantur. Kladzia się boi.

Boi się! Świat ma na głowie! Jest niemowlęciem! Czym ją wystraszyłam?! Że głośno mówię?

Mamo, ty się nie odzywasz… Ty wrzeszczysz… Halinie aż łzy napłynęły do oczu.

Najukochańsza osoba nie chciała słyszeć, co miała do powiedzenia.

Zobaczymy, co powiesz, jak twoja córka potraktuje cię jak ty mnie!

Nie potraktuje! łzy Haliny nagle znikły.

A zobaczysz! Wszystko od wychowania zależy! Ja ciebie rozpieściłam i teraz mam za swoje! Całe życie „Halinka, Halinka”, a ty teraz mnie traktujesz tak!

Dziękuję, mamo. głos Haliny nagle stał się spokojny jak nigdy.

Za co? matka bynajmniej nie zamierzała się uspokoić.

Za naukę. Teraz wiem, jak nie postępować. Uchroniłaś mnie przed błędem.

Co ty za głupoty wygadujesz?! matka w końcu się poddała, a Halina już nie słuchała.

W głowie kołatało jedno: Nie będę taką matką!

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

Halina nie była całkiem pewna, czy jej wychowanie jest słuszne. Klaudia nie była krnąbrna, ale miała charakterek. Niezwykle szybko nauczyła się wywierać presję.

Mamuniu, mogę cukierka?

Po obiedzie, Klaudunia.

Wcale, wcale nie teraz?

Nie.

Dobrze, mamusiu! A po obiedzie mogę dwa? Zjem wszystko!

Halina śmiała się, widząc spryciulę, i po skończonym obiedzie dawała jej dwa cukierki.

Takie drobiazgi kształtowały charakter Klaudii. Ostre awantury uznawała za kompletnie nieopłacalne i nawet szaloną babcię potrafiła podpuścić, robiąc do niej słodkie oczka:

Babciu, nie denerwuj się! To brzydko wygląda! Jesteś taka śliczna, a od gniewu robią się zmarszczki. Chodź tu!

A po co? mama Haliny naprawdę milkła, dając się ustawić dziecku.

Klaudia sadzała ją w fotelu, wchodziła na kolana i zaczynała wodzic paluszkiem po czole i kącikach oczu.

O tak, patrz! Wszystko wygładzimy i znowu będziesz śliczna!

Halina śmiała się pod nosem pod rękami wnuczki mama topniała jak śnieg w maju, ale milczała, bo przecież lepiej zadziałać tak niż nijak.

Z czasem rodzina jakoś się ułożyła.

Halina pracowała, a babcia z dziadkiem, który w końcu sprzedał gospodarstwo i zamieszkał z nimi w mieście, zajmowali się Klaudią.

W trójkę dawali radę.

Trudniej było, gdy babcia zachorowała. Lekarze robili tajemnicze miny, nie prognozowali nic dobrego, ale Halina i tak wszystko rozumiała.

Babciu, może do Warszawy pojedziemy?

Po co, Halino? Nie trzeba. Ja się śmierci nie boję boję się was zostawić. No i dziadek taki teraz smutny. Nie zostawiajcie go!

Co ty mówisz!

A tam, nie słuchaj mnie głupiej.

Właśnie wtedy w domu pojawił się kot.

Tego dnia, gdy Balek zawitał do ich mieszkania, Halina prawie straciła dziecko. Klaudia wyszła ze szkoły, skręciła w alejkę, która prowadziła do domu i przepadła.

Dziadek, który miał ją odebrać, minął się z nią dosłownie o dwie minuty.

Gdzie zniknęła kilkuletnia dziewczynka z alejki prowadzącej prosto pod dom? Zagadkowe…

Klaudii szukali wszyscy. Koledzy i koleżanki ze szkoły, ich rodzice, starsi uczniowie, Halina, którą natychmiast ściągnięto z pracy, dziadek, nawet chora babcia.

Ale Klaudia wróciła sama. Wpadła do domu, pociągając nosem, z twarzą tak wykrzywioną przez żal i rozpacz, że Halina nie powiedziała jej ani słowa. Po prostu chwyciła koc, który leżał na łóżku, opatuliła nim kota na skraju życia i tylko zapytała:

Wszystko w porządku, kochanie? Nic ci nie jest?

Nie! Mamo, jego boli! Nie mnie!

I Halina pobiegła.

Do weterynarza było dwa kroki, ale kiedy dobiegły, Halina już wiedziała: kot zostanie z nimi. Klaudia go przyniosła i nie zamierzała oddać. No, to i dla Haliny nie było odwrotu musiała się zatroszczyć o to mizerne stworzonko.

Na szczęście nie było aż tak źle. Psy, które odganiali hydraulicy naprawiający rury w piwnicy, nie zdążyły za bardzo kota poranić. Był zmęczony, pogryziony, obolały, ale cały. Weterynarze trochę go poskładali i oddali w ramiona Haliny.

Proszę tylko później zadbać o szczepienia. Mówicie, że domowy, a wygląda jak bieda z nędzą. Nawet paszportu nie ma.

Halina kiwnęła głową i odruchowo złapała się za serce, widząc rachunek.

Za to można by kupić dwa rodowodowe mruknęła pod nosem, ale uregulowała opłatę.

W domu, przeglądając pusty już portfel, Halina z rozpaczą liczyła budżet. Do końca miesiąca nie starczyło. Kot potrzebował leków, babcia też, do tego prezent dla Klaudii na urodziny. Dzień dziecka to poważna rzecz, a Halina pamiętała, jak sama w dzieciństwie rzadko dostawała prezenty i starała się, żeby jej córka miała co innego do wspominania.

Mamusiu, proszę Klaudia, powinna już dawno spać, zakradła się do kuchni i przytuliła mamę.

Co skarbie?

Nie chcę prezentów, dobrze? Możesz mi pozwolić go zatrzymać? On będzie moim prezentem…

Halina objęła Klaudię i spojrzała na szary kłębuszek śpiący przy nodze. Próbowała ulokować kota w kartonie, ale wyłaził niezmiennie i z uporem kładł się tuż obok, mrucząc jak stary samochód.

Chyba nie trzeba dodawać, że Balek został z Klaudią na zawsze?

To zadziwiające, jak ten zniszczony, piwniczny kocur szybko przyzwyczaił się do ciepłego życia. Zachowywał się nienagannie, nie sprawiał żadnych kłopotów Halinie czy Klaudii, a najbardziej przywiązał się do dziadków. Babci nie odstępował na krok.

Co ciekawe, Balek zaczął zmieniać życie swoich właścicieli.

Halina, opłacając jeszcze weterynarza, miała dość klepania biedy na pensji przedszkolanki i dwóch emeryturach. I nagle, kot był impulsem rzuciła robotę. Bała się jak diabli, ale została poleconą nianią w zamożnej rodzinie i od tego czasu nie miała problemów ze znalezieniem pracy. Z każdym kolejnym poleceniem dostawała lepsze warunki bo dobrą nianię się ceni.

A wieczorami wracała do domu, głaskała Balenka po długo zabliźnionym uchu i powtarzała:

Balek, dziękuję ci Gdyby nie ty

Balek odpowiadał mruczeniem, trącał łapką jej dłoń i zerkał na Klaudię. Seniora szanował, ale duszę oddał juniorkom. Przy niej spędzał każdą wolną chwilę, poza tymi, które zapraszała go do siebie babcia. Resztę czasu ślęczał przy Klaudii.

Kiedy Klaudia uczyła się w szkole, siedział na stole, przytrzymywał łapą zeszyt i pomagał odrabiać lekcje.

Był, kiedy dziewczynka płakała przy drzwiach do pokoju babci, żegnając się z tą, od której dostała życie.

Był, gdy za babcią, zaledwie kilka miesięcy później, cicho odszedł dziadek.

Był, kiedy Halina, zupełnie nieoczekiwanie, poznała dobrego człowieka, i po długim namyśle zgodziła się wyjść za mąż, żeby już nigdy nie słyszeć, że jest nie taka. Mąż ją uwielbiał, zobaczył w niej to, co sama ukrywała, i wziął w obronę nawet wobec teściowej, z którą szybko się dogadał, oddając jej do użytku własny samochód, z kierowcą oczywiście.

Od tej pory mama Haliny wychodziła spod bloku z sadzonkami pod pachą i teatralnie oznajmiała sąsiadkom:

Zięć przyjechał, zabiera mnie na działkę!

Klaudia, gdy już studiowała w Krakowie, zrobiła się wyjątkowo samodzielna. Z ojczymem się dogadywała, ale wolała nadal mieszkać w tym samym mieszkaniu, gdzie dorastała.

Tam też sprowadziła swojego wybranka.

No jasne! Klaudia, ale masz pałac!

Daj spokój!

Miejsca jak w zamku! O, a co to?!

Syczący, zjeżony kłęb poszybował z sypialni Klaudii i wpadł na Damiana, który przyskoczył do ściany, chcąc uciec przed kotem, który ochoczo rzucił się bronić pałacu.

Zabierz go! Zabierz!

Klaudia poskromiła kota, ale wzajemna niechęć pomiędzy Damianem a Balkiem była oczywista.

Kotu chłopak nie leżał Damian przy każdej okazji przeganiał kota, tak żeby Klaudia nie widziała.

Po roku Klaudia i Damian pobrali się. Byli już oficjalnie małżeństwem, ale coś między nimi pękło. Damian coraz częściej robił Klaudii drobne złośliwości i przytyki, które Halina skwitowałaby tylko wstrząsem. Bo co? Jej córka słyszała niemal to samo, co ona kiedyś.

Co to za kobieta, Klaudia? To ma być rosół? To po prostu woda z makaronem! Ty umiesz w ogóle gotować? Jaka z ciebie żona?!

Gotować Klaudię uczyła babcia, więc zarzucać jej brak talentu kulinarnego było absurdalne.

Damian nie mógł się już do niczego więcej przyczepić, dopóki Balek nie zaczął niedomagać.

Czego mu znowu? na widok rachunku z weterynarii Damian aż osłupiał. Klaudia, oszalałaś?! Ja na siebie tyle nie wydaję, a to tylko kawałek futra!

Damian, Balek to nie kawałek futra. To członek rodziny!

Jakiej? Mojej? W życiu! Takich krewnych to ja za darmo nie chcę!

Co ty mówisz?!

To co słyszysz! Jeszcze raz się to powtórzy, sam go wyrzucę!

Klaudia, która rano dowiedziała się, że będzie mamą, przemilczała temat zamierzała wrócić do niego później.

Ale Balek, już stary kocur, rano znowu nie zdążył do kuwety i Klaudia znów szykowała się do kliniki, kiedy weszł do kuchni Damian po porannym joggingu.

O zdrowie dbał jak przystało. Jogging, dietka, wieczne pouczanie Klaudii, że nie rozumie podstawowych rzeczy. Zdrowie najważniejsze!

Słysząc o kolejnym leczeniu kota, Damian rzucił o ścianę świeżo zdjętego buta i ogłosił:

Dość! Trzeba pozbyć się tego stworzenia! Nie poluję po to, żeby wydawać majątek na zbędną etolę! Wynocha z mojego mieszkania!

Tylko razem ze mną! Klaudia, normalnie cierpliwa, wybuchła tym razem od razu. Czy to hormony? Nerwy?

To razem z tobą! Mam już dość! Dlaczego mam to znosić?!

Atmosfera w domu pękła nieodwracalnie. Ta, która dotąd myślała o ratowaniu związku i wspólnym wychowywaniu dziecka, zrozumiała, że tego właśnie już nie chce.

Nie przypominała Damianowi, że mieszkanie należy do niej. I wyrzucić ją za drzwi, wraz z kotem, w sumie byłoby nietaktem.

Klaudia nic nie powiedziała.

Wyjęła klucze z jego kieszeni, zacisnęła je w dłoni, otworzyła drzwi i powiedziała:

Jestem w ciąży. Nie mogę się denerwować. Skandale mi nie służą. Kot to rozumie. Ty nie. Proszę, wyjdź teraz. Jak się uspokoisz pogadamy. Ale mieszkać z tobą dłużej wybacz, nie mogę. Jeśli tak łatwo wyrzucasz ze swego życia tego, kto był przy mnie przez tyle lat, to co mnie czeka, gdy ci się znudzę? Moje uczucia są ci obojętne dobrze myślę? No więc Miło było, dzięki. I trochę już tego za dużo. Więc do widzenia. Rzeczy możesz odebrać później. Teraz nie mam czasu. Kot musi do lekarza. Cierpi. Jestem za niego odpowiedzialna. Tak trzeba. To słuszne…

Damian nie dyskutował. Wcisnął dokumenty i kurtkę do sportowej torby i trzasnął drzwiami.

Klaudia dobrze wiedziała, że o dziecku nawet nie usłyszał był zajęty kwestią kota, którego musiał pozbyć się natychmiast.

Kot wszedł łaskawie do transportera i spojrzał pytająco.

Gotowy? No to jedziemy! Czas coś zmienić! Zdrowia, Baleczku!

Kot wyzdrowiał. Oczywiście wiek robił swoje, a Klaudia nie raz jeszcze pakowała go do transportera wtedy już bez sprzeciwu, bo kot był stary i rozumiał. Mała córeczka Klaudii okaże się jedyną osobą, której Balek pozwoli na wszystko. Dosłownie wszystko.

I Klaudia nie będzie miała lepszej niani, niż kot w pięć minut potrafił ułożyć dziecko do snu, przytulając je miękką łapą do poduszki. Córka przypominała Halinę tak bardzo, że Klaudia miała ochotę nazwać ją tak samo, ale mama odwiodła ją od tego pomysłu.

Skonsultuj się z ojcem dziecka. Nie będziecie żyć razem, a to maleństwo zostanie z wami obojgiem. Zrobiliście wiele, żeby być choć trochę normalną rodziną. Teraz czas na więcej. Niełatwo będzie, ale dla dziecka warto się postarać.

Klaudia posłucha matki, czym bardzo zadziwi swojego już-byłego męża.

Nie sądziłem, że stać cię na tyle kobiecej mądrości.

Cóż, człowiek się rozwija. I co powiesz?

Powiem po prostu: dziękuję.

Za co niby?

Za to, że nie postawiłaś swojego uporu ponad dziecko. Pomogę ci, Klaudia.

I Damian słowa dotrzyma.

A mała Alenka będzie żyć w dwóch domach i mieć dwa łóżeczka oraz dwa ukochane zające jeden u mamy, drugi u taty. Będą ukochane babcie: Halina i Waleria mama ojca. Ale miłość będzie ta sama i cała dla niej. Alenka będzie do niej pływać jak w rzece, przekonana, że skoro dorośli ją kochają i dbają o nią, to i siebie nie powinni być sobie wrodzy. I tę prostą, jak barszcz, myśl, przekaże każdemu dorosłemu jak kiedyś jej mama, łącząc bliskich i pozwalając im zapomnieć o dawnych żalach.

A tylko stary kot będzie znał całą prawdę o tej dziewczynce. Ale nigdy jej nie zdradzi. Nie dlatego, że nie umiałby mówić, ale że nie było takiej potrzeby.

W końcu każdemu powinno być jasne jeśli mama-kotka jest dobra, to i kocięta będą po niej.

A u Alenki wszystko z tym było w najlepszym porządku. I kiedyś sama podaruje światu nowe życie, pochyli się nad kołyską, pogładzi policzek tarłającego się szkraba, dokładnie jak jej mama, a przed nią babcia, i szepnie:

Cześć, maleńki! Tak długo na ciebie czekałamA potem może też przygarnie gdzieś na klatce zziębnięte, brudne kocie nieszczęście. Bo w tej rodzinie tak już było, odkąd pamiętała można było szukać ciepła nawet pod najbardziej poszarpanym kocem i zawsze jakaś dobra dłoń pogładziła, przytuliła, utuliła wszystkie niepokoje, nie zadawała zbędnych pytań.

Dom był dla nich nie adresem ani nawet mieszkaniem, ale czułą obietnicą, że nawet po burzy jest gdzie wrócić. Czasem niewygodny, czasem pełen sprzeczek czy łez, ale prawdziwy, jak ślady dziecięcych stóp na kuchennych płytkach i jak miękkie, nieco już krzywe wąsy kota, mrugającego sennie w promieniach słońca.

To był ich luksus zwykły, a jednak bezcenny. Ten, na który trzeba było czasem długo czekać i trochę powalczyć, by potem docenić nawet najbardziej pospolitą chwilę: zapach świeżego prania, uśmiech dziecka, cichy pomruk kota pod ręką.

I choć życie czasami wystawiało rachunki większe niż się spodziewali, to przecież te najważniejsze sprawy naprawdę nigdy nie kosztowały więcej niż odwaga, by kochać i wytrwałość, by nie uciekać, gdy robiło się trudno.

Szczęście tak jak stary Balek bywało czasem trochę pokiereszowane, ale zawsze wracało, ufnie, z podniesionym ogonem, domagając się tylko czułego spojrzenia i kilku prostych słów: Dobrze, że jesteś. Zostań.

I tylko to było naprawdę bezcenne.

Oceń artykuł
Newskey24
Droga przyjemność