Kiedy wsiadłam do taksówki usłyszałem, jak kierowca rozmawiał przez telefon. Jak zrozumiałam, była to jego żona. Odwrócił się do mnie i powiedział, że znowu zbierają pieniądze na coś w szkole. Tym razem okazało się, że potrzebowali funduszy na wyposażenie sierocińca.
– Nie powinieneś nic dawać dla szkoły – odezwałam się.
– Jak to? Moja żona jest przewodniczącą komitetu rodzicielskiego, tak nie wypada.
– To przecież bez sensu. Twoje dziecko i tak zostanie zmuszone do obejrzenia czegoś, czego nie będzie lubić.
– Zobaczmy, jeśli inni rodzice dadzą, my też będziemy musieli.
Tak, okazuje się, że szkoła wcale się nie zmieniła. Wszystko było po staremu. Szkoła nigdy nie pytała, czy ktoś chciał iść do muzeum, na sztukę czy do kina. Wszystko było już ustalone i każdy był po prostu konfrontowany z tym faktem. Kiedy moje dzieci chodziły do szkoły, na początku dawaliśmy pieniądze na naprawę sal lekcyjnych: okien, podłóg itp. i wszystko to odbywało się na koszt rodziców.
Ale ostatnią kropelką nad i było to, gdy dowiedziałam się, że mój syn z szóstej klasy został zmuszony do pójścia do kina i obejrzenia filmu historycznego nakręconego w latach sześćdziesiątych za pieniądze. Dostał za to piątkę z historii. Od razu zadzwoniłam do dyrektorki szkoły. Powiedziała niewinnym głosem, że nikt ich nie zmuszał do chodzenia do kina.
Jak mogliby? Który szóstoklasista tak po prostu zrezygnowałby z najwyższej oceny? Wtedy traktowali dziecko inaczej. Mój syn od dawna był już dorosły. Zadzwoniłam do przyjaciółki i zapytałam o to „spotkanie”. Potwierdziła to. Zamieściła tam również ogłoszenie o pomoc. Ogłoszenie brzmiało: „Prosimy wszystkich, którzy nie boją się pomóc w realizacji projektu”.
Co to oznaczało? Jeśli jesteś silny, idź dalej? A potem dlaczego wszyscy zaczynali na siebie naciskać, mówiąc, że musieli tam pomóc i zorganizować się. Byli nadpobudliwi rodzice lub nauczyciele, którzy chcieli wyglądać na miłych i hojnych. Nie chodziło o to, że nie dbam o sieroty czy nie miałam na nie pieniędzy.







