Dziś rano osiemnastoletnia dziewczyna urodziła córeczkę. Tuż po tym napisała stosowne oświadczenie, zawołała taksówkę i wyszła ze szpitala, ani razu nie odwracając głowy. Nawet nie wyobrażała sobie, jaka niespodzianka czeka na maleńką za drzwiami oddziału…
Kiedy z mężem, Piotrem, pojawiliśmy się wieczorem w szpitalu w Warszawie, rozemocjonowani i już pełni przedbólowych spazmów, nasze serca pękały z radości na myśl o czwartym dziecku. Nasza rodzina już dawno była tłoczna i wesoła prawdziwy polski rozgardiasz.
Warto wspomnieć, że drugie i trzecie dziecko to bliźniaczki, co było zaskoczeniem; w naszej rodzinie bliźniaków nikt nawet na oczy nie widział. Od tamtej pory biegała za nami anegdotka: A może tym razem znów klonowanie? chichotaliśmy podczas kolejnej ciąży.
Dziadkowie byli w lekkim szoku, ale bardzo nam pomagali w pierwszych dniach. Już na drugim USG uspokoili nas, że tym razem bliźniaków nie będzie.
No i rzeczywiście wyskoczył czwarty ninja tym razem tylko jeden. Stresu wystarczyło nam na kolejnych piętnaście lat do przodu, a na salę pięknie opłaconą przez Piotra (z góry, w złotówkach, rzecz jasna) zameldowałam się z ogromną ulgą.
Po kilku godzinach przynieśli mi maleństwo na karmienie. I wtedy, jakby nie mogło być za spokojnie, do pokoju wpadła pani ordynator z miną jak z Ojca Mateusza po odkryciu śladów na miejscu zbrodni. Pani Justyno, mamy drobny problem…
Tego samego poranka jakaś osiemnastoletnia dziewczyna urodziła dziewczynkę, napisała zrzeczenie praw rodzicielskich i po prostu… zniknęła. Zwinęła manatki do taksówki, nawet nie spróbowała się podnieść po porodzie (a wcale nie była w dobrym stanie), zwyczajnie nie chciała zostać tu ani minuty dłużej. Musieliśmy ją puścić.
Maleńka była zdrowa jak rydz i przepiękna. Pomyślałam z przekąsem: Tak marzyłaś o bliźniakach… Może jednak przemyśl ofertę losu?
Możemy napisać, że to pani urodziła… zaproponowała pani ordynator pół żartem, pół serio. Ale przecież nie chcę, żeby ta dziewczynka wylądowała w domu dziecka. To jakiś dramat, nie życie. Aż serca żal ściska… Choć wiadomo, to nielegalne.
Oczywiście jest opcja formalnej adopcji, ale droga przez mękę biurokracja na kilka miesięcy, a i tak nie wiadomo, czy zakończy się happy endem. Do tego czasu dziecko trafi do placówki.
To takie przygnębiające… Byłam trochę podłamana całą sytuacją. Z główną pielęgniarką, panią Grażyną Malarską cudowna osoba z wielkim sercem znałam się od dawna, nawet czasem widywałyśmy się prywatnie.
Może właśnie dlatego postawiła mnie w tej absurdalnej, choć bardzo ludzkiej sytuacji.
Podsumowując, młoda mama sama zdecydowała się opuścić szpital od razu po porodzie. Maleńka była zdrowa i potrzebowała opieki. Oficjalna adopcja wymaga czasu i nie daje żadnej gwarancji, a empatyczna pielęgniarka próbowała pomóc z czystej ludzkiej troski.
Takie historie uczą, jak bardzo los potrafi być zaskakujący i delikatny, a rodzenie nowego życia to zawsze mieszanka nadziei i strachu. Czasem życie podrzuca scenariusze, przy których nawet najostrzejsza ironia cichnie i zostaje tylko współczucie. Pozostaje nam pielęgnować ludzkie odruchy bo w trudnych chwilach to właśnie serdeczność pozwala przetrwać.







