Emerytka Róża, znana wszystkim jako Rózia, ciężko westchnęła i z trudem przewróciła się na drugi bok. Stawy bolały okropnie, nogi miała spuchnięte jak nigdy. Miała już dość chodzenia po przychodniach, dość tych wszystkich leczeń i zastrzyków.
Mieszkała sama. Nigdy nie była mężatką, choć syn przyszedł na świat wiele lat temu był owocem pierwszej wielkiej miłości. W tym zmęczeniu i bólu zadzwonił nagle dzwonek do drzwi. Z trudem wstała, chwyciła się futryny i otworzyła.
Na progu stali syn, Bartosz, z synową Justyną. Obok czteroletni wnuczek Staś, jego małe rączki ściskały samochodzik. I ogromny pies.
Mamo, nie będziemy długo, obiecujemy. Musimy wracać do Warszawy, ale Staś i Klops zostają u ciebie. Najwyżej pięć dni, zaraz po nich przyjedziemy! oznajmił lekko zdyszany Bartosz.
Ależ synku Ja jestem chora, prawie nie chodzę tylko to potrafiła wykrztusić Rózia, podpierając się o framugę.
Ja bym pani naprawdę nie prosiła tłumaczyła przez łzy Justyna. Przecież nie damy rady z dzieckiem i psem osiem godzin w pociągu do Gdańska. Moja mama już jej nie ma
Za nią zapłakał wnuczek, żal rozlał się po twarzy psa. Rózia poczuła, że nie ma wyjścia: trzeba działać!
Choroba złapała ją pół roku temu.
Skończyła dopiero sześćdziesiątkę. Na każdym kroku widywała znajomych emerytów z laskami, bo nawet młodzi się wykładają na zdrowiu
Wiedziała o śmierci swojej powinowatej, pani Ireny, która chorowała od dawna. Teść, pan Jan, również zmarł sporo temu. Teraz zachorowała jej synowa, została sierotą A była młodsza od Rózi
Zanim się obejrzała, Bartosz i Justyna już pojechali. Teraz ona została sama, z bólem w biodrze, i miała pod opieką dwoje: wnuczka i ogromnego psa.
Dziecko tuliło wielkiego kundla, a pies czuł się wyraźnie odpowiedzialny.
Staśku On nie gryzie? Wy nie mogliście sobie pudelka sprawić? Przecież on ogromny! Co to za rasa?! szeptała kobieta.
Babciu, to bokser angielski. Dobry piesek. Klops mu na imię! wyjaśnił maluch z nieukrywaną dumą.
Ale z nim trzeba na spacer, tak? Jak ja to zrobię serce Rózi aż ścisnęło się z nerwów.
Nigdy nie miała pod opieką psa, co najwyżej koty ale nawet te odeszły już dawno.
Serce rozdzierała też żałoba po zmarłej powinowatej.
Ale z tymi wszystkimi dolegliwościami, jak tu ogarnąć ruchliwego przedszkolaka i wielkiego psa?
Trzeba! On je mięsko i kaszki. Chodźmy na dwór, babciu! Czas już! żądał Staś, już zakładając swoje łososiowe kalosze.
Nie pamiętała, w czym wyszła na zewnątrz. Dziecko wręczyło jej smycz, sam trzymał ją za dłoń. Tak ruszyli.
Nie była na dworze od tygodnia przez złe samopoczucie. A teraz szła przez ból, łzy, z modlitwą na ustach: Boże, siły! Nikt prócz niej nie pomoże! Wnuk, pies ich świat zależał dziś od Rózi.
Klops szedł równo, ani razu nie szarpnął smyczy, nie zwrócił uwagi na szczekające psy wokół.
Rózia poczuła nawet szacunek do tego czworonoga i wyprostowała plecy z dumą, przechodząc obok sąsiadek z bloku, zbierających najświeższe plotki na ławce przed blokiem.
Masz gości? Przecież mówiłaś, że ledwo się ruszasz! Jak ty z dzieckiem i psem wytrzymasz? Całkiem się wykończysz! Chłopcze, po co ty tu przyjechałeś do schorowanej babci? Jeszcze psa przywlekliście! Rodzice nie maja sumienia!
Zostawili wszystko starej, sami pewnie na wczasy ruszyli! krzyczała na cały blok pani Zofia z piątego piętra.
Rózia poczuła, jak Staś ściska jej dłoń, a nawet Klops spojrzał wymownie na starą Zofię.
Cicho, plotkary! Nie zabierają wam wnuków, to zazdrosne jesteście! Sama poprosiłam! I nie jestem wcale aż tak chora! A pies rasowy medalista z wystaw!
Rozmawiać umiecie tylko o innych! Syn z żoną pojechali pożegnać teściową pogrzeb, nie urlop, słyszycie!? Rózia wystrzeliła, aż sama siebie zaskoczyła, i ruszyła szybkim krokiem, zapominając o bólu.
Nie słuchaj ich, Stasiu! Babcia zawsze się cieszy, jak jesteś! szepnęła i uścisnęła wnuczka w windzie.
Babciu a ty nie pójdziesz do nieba jak ciocia Irena? Mama i tata mówili, że ona tam będzie mieszkać już na zawsze. I dziadek tam poszedł. Babciu, tylko ty mi zostałaś Nie zostaw mnie, dobrze? Kocham cię, babciu! tuląc do kolan Rózi, zapłakał Staś.
Nie płacz, kochanie! Babcia tu zostaje z tobą jeszcze ci się znudzę! I do szkoły z tobą pójdę, i na studia! Ja się z tobą nie rozstanę! przygarnęła go mocno do serca.
Przez opcję nie mogę, przygotowała kolację. Jakimś cudem wyszła po zakupy. Wieczorem znowu wyszła z Klopsem na spacer. Pies jak zawsze szedł cierpliwie obok.
Gdy wnuczek i pies zasnęli, sięgnęła po leki. Ból był taki, jakby przez całą noc kopała rów pod oknem. Ale Rózia wiedziała nikt za nią tego nie zrobi. I ciągle słyszała wewnętrzny głos Stasia, jego płacz i strach, by nie zostawić go samego
Boże, daj siły! Chociaż troszkę ulżyj, dla wnuczka, nie dla mnie szeptała.
Następnego dnia bawili się autkami, a Rózia zauważyła, że raczkuje z nim po podłodze czego nie robiła od wielu lat. A potem wspólnie gotowali kaszę. Kąpali Klopsa, który wytarzał się po szyję w wiosennym błocie.
Rózia w końcu ucałowała psa.
Czemu ja się go bałam? Jaki on piękny! Najlepszy pies świata! mówiła, ocierając mokrą sierść.
Stasiu, a czemu Klops ma tak na imię? spytała zaciekawiona.
Chłopczyk się roześmiał.
Bo, babciu, on uwielbia klopsy! A tak naprawdę ma mądrzejsze imię na K, ale Klops jest lepsze! odpowiedział przez śmiech.
Czas mijał jak szalony! Czytali bajki, a Staś pokazał babci na tablecie, jak oglądać animacje. Uczyli się liter, chłopak nawet próbował już je składać w słowa. Klops lubił spać w fotelu i domagał się lodów albo plasterka żółtego sera.
Mamo! Jak się trzymasz? Przepraszamy, nie mieliśmy wyjścia! Jeszcze dwa dni musimy zostać. Jak ty, taka chora, dajesz radę? zatroskany głos Bartosza przez telefon.
Poradzam sobie świetnie! Przestań gadać głupoty. Jestem babcią! Zostańcie i wspieraj Justynkę, jej teraz tak ciężko. Moje zdrowie nie martw się! Świat się nie kończy na bólu, wszystko można przetrwać! odpowiedziała z siłą, która ją samą zaskoczyła.
Gdy Bartosz i Justyna już wracali, wyobrażali sobie najgorsze schorowana Rózia z ledwością się porusza, a oni powierzyli jej wnuka i wielkiego psa Jak oni przeżyli te dni?
Bartosz! Popatrz, czy to nie twoja mama? Tam biegnie! szepnęła Justyna.
To naprawdę ona Niewiarygodne! wydukał wzruszony Bartosz.
Przez podwórko biegła, lekko chwiejnym krokiem, ale popychając piłkę Rózia. Wydawało jej się, że nie biegła od stu lat, ledwie chodziła! Za nią gonił Staś i Klops, szczęśliwi i rozwrzeszczani.
Przy pożegnaniu Staś wczepił się w babcię i rozpłakał.
Stasiu! Za dwa tygodnie do ciebie przyjadę! Pójdziemy na lody! I na karuzelę! Tylko wyczekuj mnie! Rózia podniosła wnuczka, chociaż jeszcze niedawno nie miała siły nawet czajnika utrzymać.
Mamo, to za ciężkie! oburzył się Bartosz.
Daj spokój! Czekaj na babcię! Będzie dobrze! Do zobaczenia, Klops! Zaraz znowu do ciebie przyjadę! śmiała się Rózia.
Opowiedziała mi tę historię jest moją sąsiadką. Faktycznie, ledwie chodziła, była bardzo chora. A potem zaczęła się ruszać i tak już zostało. Cały blok był w szoku!
Wyleczyli mnie Staś i Klops. Zostało trochę bólu, ale to nic. Leżeć nie wolno, bo potem człowiek już się nie podniesie! Żałować siebie gorzej. Nie zawsze lekarze czy leki pomagają cud sprawia miłość. Pomogło mi myślenie, jak sobie poradzą dziecko i pies, bez mnie? Wstałam, zaczęłam żyć i cieszyć się każdym dniem, bo jestem im potrzebna!
Mam dla kogo żyć! Dlatego, choćby było najgorzej wstańcie! Idźcie naprzeciw życiu, ze względu na te małe rączki wnuków. To największe szczęście! Dla dzieci, dla mężów, dla waszych psów i kotów, które was kochają!
Pomódlcie się, poproście o siłę, zbierzcie się w sobie. Człowiek potrafi więcej, niż myśli. W trudnych chwilach nasz organizm budzi ukryte pokłady!
I cieszcie się każdym dniem! radziła Rózia wszystkim.
Przyjaciele, jeśli chcecie więcej takich opowieści zostawcie swój komentarz i nie zapomnijcie o kciukach w górę. To nas motywuje do pisania kolejnych historii!







