Wracałem do domu na Wichrową trzeci dzień z rzędu i trzeci dzień z rzędu zastawałem w przedpokoju coś nowego. Najpierw karton z napisem „Porcelana – ostrożnie", potem zrolowany chodnik, w końcu komodę, którą pamiętałem jeszcze z domu rodziców Beaty. Ja się nazywam Tomasz Wrona, mam trzydzieści sześć lat, pracuję jako kierownik magazynu w firmie logistycznej na obrzeżach Radomia, i – mówię to szczerze – nigdy nie umiałem powiedzieć matce „nie".
Beata, moja żona, prowadzi w domu małą pracownię – szyje zasłony i pościel na zamówienie, głównie dla sąsiadów z osiedla i paru stałych klientek z portalu ogłoszeń. Potrzebuje do tego całego pokoju: maszyny, desek, metrów materiału rozłożonych na stole. Tego lata wyjechała na tydzień do siostry pod Kielce, a ja zostałem sam. I właśnie w tym tygodniu moja matka, Halina, postanowiła, że u niej w bloku jest remont i że „chłopak przecież pomoże, to jego mieszkanie też w jakiś sposób".
Nie powiem, że nie rozumiałem matki. Remont rzeczywiście trwał – wymieniała łazienkę, kuchnię, cały korytarz był w pyle. Ale to, co dla niej było „na chwilę, dosłownie na tydzień", dla mnie i Beaty szybko zmieniło się w okupację mieszkania.
Kiedy Beata zadzwoniła z pytaniem, co się dzieje, próbowałem to jakoś złagodzić.
– Mama ma remont – powiedziałem. – Trochę rzeczy przywiozła. Potem coś wymyślimy.
– Tomek, ja wracam w niedzielę. Mam zamówienie na komplet pościeli dla kogoś z Czarnej, termin na poniedziałek. Potrzebuję pokoju.
– Wiem, wiem. Wytrzymaj trochę.
Powiedziałem to i zaraz zorientowałem się, że powtarzam słowo w słowo to, co zawsze mówi matka, kiedy nie chce się z czymś zmierzyć. „Wytrzymaj trochę." Jakby to miało cokolwiek rozwiązać.
Problem w tym, że ja naprawdę nie umiałem matce powiedzieć, że ma czegoś nie robić. Zawsze tak było – odkąd ojciec zmarł, to ona decydowała, gdzie stoi lodówka, kiedy się remontuje łazienkę, a kiedy ja się żenię. Beata to zresztą świetnie widziała od pierwszego dnia, tylko ja wolałem myśleć, że z czasem się ułoży.
Kiedy Beata wróciła, zastała w przedpokoju dwanaście kartonów, zrolowany chodnik, komodę i fotel owinięty folią, a na fotelu leżały koce w workach. Zadzwoniła do mnie do pracy.
– Tomek, ile jeszcze rzeczy twoja mama tu przywiezie?
– Ja… nie wiem. Powiedziała, że niedługo zabierze.
– Zadzwoń do niej teraz i powiedz, że ma to zabrać do soboty. Mam zamówienie, potrzebuję kuchni i pokoju.
Zadzwoniłem. Matka westchnęła w słuchawkę tak, jakbym ją prosił o coś absurdalnego.
– Synku, a gdzie ja to wszystko wywiozę? Remont nie jest skończony.
– Może na działkę? – zaproponowałem bez przekonania.
– Pomyślę – odpowiedziała, i ten ton już znałem. To znaczyło: nic nie zrobi.
Sobota minęła. Kartony stały na swoim miejscu. Zamiast zmniejszyć się, ich liczba wzrosła – przyszedł jeszcze jeden, z obuwiem zimowym, choć było lipiec. Beata nie robiła scen. Po prostu w niedzielny wieczór usiadła przy stole, przesunęła dłonią po wieku najbliższego kartonu, jakby sprawdzała, czy jest solidny, i powiedziała:
– Tomek, dziś do wieczora twoja mama zabiera wszystko. Jeśli coś zostanie, rozdam sąsiadom.
Pomyślałem, że to taka złośliwa przesada, żeby mnie nakłonić do rozmowy z matką. Nie zareagowałem. To był mój błąd – powinienem był wtedy wziąć te kartony i po prostu zawieźć je na działkę pod Jedlińskiem, gdzie matka miała domek letniskowy. Ale ja, jak zwykle, czekałem, aż „samo się rozwiąże".
W poniedziałek wróciłem z pracy i w przedpokoju było pusto. Dosłownie pusto – nawet chodnik zniknął. Beata siedziała przy maszynie, szyła coś z zielonego lnu, jakby nic się nie stało.
– Gdzie to wszystko? – zapytałem, choć już wiedziałem, jaka będzie odpowiedź.
– U sąsiadów. Rozdałam. Pani Krystyna z parteru wzięła pościel i naczynia, Marek z dołu zabrał fotel z kolegą, deska do prasowania poszła do Wiesi z trzeciego. Kartony wystawiłam na klatkę, dwanaście sztuk. Resztę rozebrali w ciągu wieczora.
Zamarłem. Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, była nie o matce, a o pieniądzach – komoda była po dziadku, niemiecka, z lat sześćdziesiątych, taką się dziś kupuje za trzy, cztery tysiące złotych u antykwariusza.
– Beata, to komoda była… to przecież coś wartego. Mama będzie wściekła.
– Uprzedzałam ją. Dałam jej czas do wieczora. Nie przyjechała.
Nie zaniosłem już wtedy żadnych kartonów do domu, bo ich po prostu nie było. Następnego ranka ktoś walił pięścią w drzwi, potem nogą, a potem przytrzymał dzwonek tak długo, że sąsiad z góry wychylił głowę na schody. To była matka. Musiałem jej wcześniej powiedzieć przez telefon – nie pamiętam już, czy to ja zadzwoniłem, czy ona sama coś wyczuła, bo przyjechała od razu, bez uprzedzenia, w fartuchu, prosto z remontu.
– Gdzie moje rzeczy?! – wpadła do przedpokoju, nie zdjęła nawet butów.
– U sąsiadów, mamo – powiedziała Beata tym samym tonem, jakim mówiła o ściegach do lnu. – I proszę się pospieszyć, bo za godzinę po komodę ma przyjść Marek z wózkiem.
– Ty… ty nie miałaś prawa! To moje rzeczy!
– Uprzedziłam. Zignorowała pani.
Stałem w kuchni i milczałem. Chciałem powiedzieć coś, co by uspokoiło obie, ale żadne słowo mi nie przychodziło do głowy, które nie zabrzmiałoby jak zdrada jednej z nich. Matka odwróciła się do mnie.
– Tomaszu. Powiedz jej, żeby oddała.
I wtedy – pierwszy raz w życiu – nie powiedziałem matce tego, czego chciała słyszeć.
– Mamo, ja prosiłem cię dwa razy, żebyś zabrała rzeczy na działkę. Mówiłaś, że pomyślisz. Beata dała ci termin. Nie przyjechałaś.
Matka zmierzyła mnie takim wzrokiem, jakby w jednej chwili przestał być jej synem. Nie powiedziała nic więcej. Wyszła na klatkę, zatrzymała się przy drzwiach Wiesi, zapukała – nikt nie otworzył, choć słyszeliśmy, że telewizor w środku głośno gra. Postała chwilę, potem zjechała windą.
Przez tydzień nie odzywała się do żadnego z nas. Potem przyszła wiadomość – nie do mnie, a prawnikowi rodzinnemu, który wcześniej pomagał jej przy sprawach spadkowych po ojcu – że rozważa pozew o odszkodowanie za „utracone mienie o znacznej wartości". Komoda, fotel skórzany, zestaw sztućców po babci – wszystko to wyceniła na papierze na jedenaście tysięcy złotych.
Beata, kiedy się o tym dowiedziała, nie zrobiła awantury. Wyjęła z szuflady stary notes, w którym od lat zapisuje zamówienia i wydatki na materiały, i powiedziała mi tylko:
– Jeśli chce iść do sądu, niech idzie. Ja mam świadków, że dawałam jej czas i uprzedzałam telefonicznie. A ty, Tomek, musisz zdecydować, czy bronisz mnie, czy jej.
Nie poszła do sądu. Zamiast tego usiadłem z matką w kawiarni na rynku, zapłaciłem za dwie kawy po dwanaście złotych, i powiedziałem jej, że przelewam na jej konto cztery tysiące złotych – tyle, ile realnie, po dzwonieniu do dwóch antykwariuszy, mogła być warta cała ta komoda razem z fotelem. Powiedziałem też, że to jest ostatnia rzecz, którą robię w tej sprawie, bo mieszkanie jest nasze, moje i Beaty, i nikt więcej nie będzie w nim stawiał swoich pudeł bez pytania.
Matka wzięła przelew. Nie podziękowała, ale też nie poszła do żadnego prawnika. Od tamtej pory rozmawiamy z nią może raz na dwa miesiące, krótko, przez telefon, o niczym konkretnym. Na święta przyjeżdża do swojej siostry, nie do nas.
Wieczorem, kiedy wracam z pracy, w przedpokoju stoi już tylko wieszak i szafka na buty. Dziś, wieszając kurtkę, zahaczyłem rękawem o puste miejsce, gdzie przez te dwa tygodnie stała komoda, i usłyszałem z pokoju Beaty warkot maszyny, równy, bez przerwy – szyła dalej ten komplet pościeli dla kogoś z Czarnej, tylko już spóźniony o dwa tygodnie.







