– Jak ja teraz mam żyć bez Ciebie? Co mam robić? Po co mi dalej żyć? – Po policzkach Valerego spływa…

Jak ja mam teraz bez ciebie żyć? Co mam robić? Po co dalej istnieć? Po moich policzkach spływały łzy, a w duszy czułem tylko pustkę. Zamiast serca we mnie ziała czarna dziura.

Zakochałem się w Marzenie już w podstawówce. Mała, delikatna, piegowaty nosek, rude włosy rozsypane jak mak na bochnie chleba. Taką ujrzałem ją pierwszy raz w szóstej klasie i już wtedy zakochałem się po uszy.

Marzena była ode mnie młodsza o trzy lata. Uczyła się zawsze celująco, najlepsza w klasie, a do tego cicha, nieśmiała, życzliwa.

Każdego roku ciągnęło mnie do niej coraz mocniej. Spoglądałem na nią na przerwach, kiedy skakała w gumę z koleżankami na szkolnym podwórku. Lekka jak kolorowy motyl. Marzyłem, że kiedyś się z nią ożenię.

Po powrocie z wojska poszedłem do Marzeny z bukietem kwiatów i poprosiłem jej ręki.

Ojciec Marzeny był człowiekiem surowym, poważnym. Długo rozmawiał ze mną w osobnym pokoju, a potem z łagodnym uśmiechem uścisnął mi dłoń, oddając mi rękę swojej córki.

Wesele było huczne i uroczyste. Zjechała się cała rodzina, nawet dalsi kuzyni. Trzy dni nas świętowano. Oczy Marzeny promieniały od szczęścia, a ja dumny byłem, że mam tak wspaniałą żonę najpiękniejszą w całej wsi.

Przez dwa lata, z pomocą rodziców, postawiłem dom. Marzena unosiła się radością na trzy miesiące przed narodzinami naszego pierwszego dziecka mogliśmy się wprowadzić do własnych czterech kątów.

Urodziła się nam dziewczynka, którą nazwaliśmy Wiola, po babci Marzeny. Dziewczynka była zdrowa, silna, ale dla mojej żony poród okazał się ogromnym wyzwaniem.

Cały rok po narodzinach córki Marzena chodziła blada, bez sił. Woziłem ją od lekarza do lekarza, ale ci tylko bezradnie rozkładali ręce i powtarzali: potrzeba czasu, by organizm odzyskał siły.

Gdy Wiola miała półtora roku, Marzena znowu była w ciąży. Lekarze doradzali usunięcie ciąży bali się, że organizm sobie nie poradzi, że może nawet dziecka nie donosić. Lub jeżeli donosi, to ze szkodą dla siebie lub dziecka.

Namawiałem ją razem z lekarzami, ale była nieugięta.

Nigdy nie pozbędę się własnego dziecka! Ono nie jest niczemu winne, że chce przyjść na świat! Niech się dzieje wola Boża!

Ostatni miesiąc był szczególnie trudny Marzena leżała w szpitalu, w domu czekała na nią córeczka, a ja czułem rosnący w sercu niepokój.

I niestety, najgorsze się stało. Serce Marzeny nie wytrzymało drugiego porodu odeszła, zostawiając mi dwie cudowne bliźniaczki.

Na cmentarzu patrzyłem w czarną hałdę ziemi martwym wzrokiem, w głowie odbijał mi się jej śmiech, w oczach jej uśmiech, całe nasze dotychczasowe życie przelatywało jak film. Upadłem na kolana i zawyłem, jak ranny zwierz:

Jak, jak ja mam teraz bez ciebie żyć? łzy spływały mi po twarzy, dusza była tylko ciemną dziurą.

Po pogrzebie rzuciłem się w wir rozpaczy. Piłem, żeby nie słyszeć jej głosu, by nie widzieć jej oczu, by wymazać wszystko, co z nią związane.

Rodzice Marzeny zabrali dziewczynki do siebie. Uważali, że z moim żalem już się nie podniosę i nie będę dla nich ojcem, jakim powinienem być.

Na czterdziestnicę, znowu pijany, zasnąłem w przedsionku. I miałem sen. Marzena weszła do domu, w białej sukience, rozpuszczone rude włosy błyszczały w promieniach słońca.

Podeszła do mnie, pogłaskała po głowie i przemówiła łagodnie, jak zawsze:

Radek, kochany, co ty wyrabiasz? Wstyd ci nie jest? przymrużyła swoje zielone oczy, pogroziła palcem.

Dziewczynki tęsknią za tatą, smutno im. Potrzebują cię tak, jak ty mnie potrzebowałeś. Jeśli choć trochę mnie kochasz, nie opuszczaj ich i kochaj tak, jak mnie kochałeś.

Obudziłem się, jakby w ogóle nie piłem. Słońce przez okno ogrzewało mi twarz.

Zaraz po wschodzie poszedłem do rodziców Marzeny, ogolony, schludny i poważny. Z całą dojrzałością, która przybyła mi w jedną noc, ucałowałem rękę jej matki, mocno objąłem teścia, zabrałem córki i wróciliśmy do mojego domu.

Od tamtej pory żyliśmy we czwórkę. Starałem się być dla dziewczynek i ojcem, i matką. Nauczyłem się gotować, prać, cerować.

Dziewczynom w szkole szło świetnie, zawsze chwalone, dobrze wychowane. Kiedy ktoś je skrzywdził, byłem pierwszy, żeby je bronić.

Sąsiedzi pytali:

Dlaczego drugi raz się nie ożenisz? Przecież młody jesteś i przystojny. Jest tyle kobiet, które by z tobą chciały być.

Odpowiadałem wszystkim z uśmiechem:

Ja już jestem żonaty.

W domu mam trzy panny, jeszcze sobie czwartą sprowadzę? Czterech nie ogarnę

I tak, przez żarty i nocne rozmowy, przez nieprzespane noce i ciężką pracę, wychowałem moje dziewczyny piękności.

Gdy moje córki chodziły już do liceum, pewna sąsiadka zaczęła częściej wpadać w odwiedziny raz przyniosła suszone grzyby, kiedy indziej śledzie. Próbowała się do mnie zbliżyć.

Widziałem, że łatwo się nie podda. Nie chciałem jej urazić, więc pewnego dnia zaprosiłem ją wieczorem i pytam:

Którą z moich córek lubisz najbardziej?

Na to ona:

Twoje córki mnie nie obchodzą! Zaraz do matury, rozjadą się po świecie. A ty? Chcesz całe życie być sam? Ja kocham ciebie, a nie dziewczyny!

Spojrzałem na nią i podałem jej zdjęcie:

Masz tu moją podobiznę i kochaj sobie mnie w domu, ile zechcesz.

Odeszła z portretem. A ja miałem spokój.

Córki wyrosły, poszły na studia, ale ojca nie zapomniały. W każdą niedzielę i święto przyjeżdżały do mnie, pomagały w domu, w ogrodzie.

A potem wydawałem moje dziewczyny za mąż. Z każdym przyszłym zięciem rozmawiałem osobno, tak jak kiedyś mój teść ze mną. Zawsze chciałem im tylko szczęścia.

Dziś moje córki są już dorosłe, mają swoje rodziny, dzieci, troski. Ale zawsze pamiętają o ojcu!

Gdy tylko święto czy wolny dzień, cała rodzina zjeżdża do mnie na wieś. Kochają mnie córki, wnuki, nawet prawnuczek.

Kiedy skończyłem osiemdziesiąt jeden lat, znów przyśnił mi się sen.

Stoję na polu, młody, silny, ciemne włosy, szerokie ramiona. Ku mnie biegnie moja Marzenka!

W białej sukience, bosa, a we włosach połyskują promienie słońca, jakby chciały się z nich wyplątać.

Rozkładam ręce szeroko, w sercu odrasta dawna miłość, aż się trzęsie już-już wyskoczy mi z piersi. Spotykamy się, obejmuję ją, podnosi na mnie oczy i cicho mówi:

Radku, kochany mój, jak ty wszystko pięknie załatwiłeś! Naszym dziewczynkom dałeś szczęśliwe życie. Widziałam wszystko, każdego dnia się za ciebie modliłam ujęła mnie za rękę.

Chodźmy. Teraz już zawsze będziemy razem.

Wzięliśmy się za ręce i ruszyliśmy przez soczysto zieloną trawę.

Na stypę zjechała się cała rodzina. Córkom było ciężko żegnać się ze mną, ale każda z nich rozumiała, że teraz jestem z tą, którą kochałem przez całe życie.

To prawdziwa historia los dobrego człowieka, ojca przez wielkie O. O tej historii opowiedziała mi moja babcia.

Znała go cała wieś. Tak to nieraz los sprawia, że człowiek wybiera życie pełne poświęceń nie dla siebie, a dla swoich ukochanych dzieci. Wieczna mu pamięć!

Oceń artykuł
Newskey24
– Jak ja teraz mam żyć bez Ciebie? Co mam robić? Po co mi dalej żyć? – Po policzkach Valerego spływa…