Mieszkaliśmy razem z mężem, do pewnego czasu. Z biegiem lat nagle zdecydował, że jest żywicielem rodziny, więc ma prawo mną dowodzić. Uznał, że muszę bezwzględnie spełniać wszystkie jego zachcianki i wymagania. Nie podobała mi się taka jego życiowa postawa.
Nie chciałam kłótni i przepychanek, więc najpierw cierpiałam, śmiałam się z tego z nim.
Miałam nadzieję, że zmieni zdanie, ale nie. Nadal naginał cienką linię mojej wytrzymałości. To mnie zraniło, nie jestem szmatą, a prawowitą żoną!
Postanowiłam dać mu nauczkę. Powiedziałam, że jego postawa zupełnie mi nie odpowiada i będziemy żyli w różnych pokojach. Wynajmujemy mieszkanie dwupokojowe, więc mamy miejsce.
Wyjaśniłam, że od teraz mieszkamy osobno, każdy gotuje, myje i sprząta na własną rękę, a mieszkanie płacimy na pół. Wszystko, co każdy zarabia, pozostaje u niego, bez dokładania się do budżetu rodzinnego.
Mąż zdziwił się, powiedział, że mi odwaliło, ale nie zamierzałam się wycofać. Rozwód jest ostatecznością, a życie osobno jest wyjściem z sytuacji.
Zobaczymy, jak będzie dalej.
Żyjemy tak osobno od miesiąca. Wszystko mi odpowiada. Nie gotuję specjalnie dla siebie, wystarczy mi prosty posiłek, kefiry, jogurty. Zajmowanie się domem trwa teraz o wiele krócej, mam więc więcej czasu dla siebie: zapisałam się na kurs jogi, zrobiłam manicure, zafarbowałam włosy, przeszłam kurs masażu. Ogólnie zajęłam się sobą. Na koniec miesiąca zostały mi nawet jeszcze pieniądze.
Okazuje się, że kiedyś dużo wydawałam na artykuły spożywcze.
Mojemu mężowi w przeciwieństwie do mnie, nie jest tak komfortowo. Teraz nikt nie robi mu kanapek do pracy, je tylko pierogi i makaron. Przychodzi zły, zawsze burczy. Nie myje, nie sprząta.
Wkrótce będzie wyglądać jak bezdomny. Schudł trochę, ale to nic. Niech wie i docenia wszystko, co dla niego robię. Wyobrażał sobie, że wszyscy są mu coś winni.
Nic podobnego!
Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzyma, ale dopóki się nie poprawi, nie odzyska tego, co było.
Niech przemyśli i zrozumie swoje zachowanie.







