Kamienna kobieta

Kamienna kobieta

Grażynę Feliksównę przywiózł na sygnale ambulans zgarnęli ją z chodnika. Padła prosto w ohydną, lodowatą breję, a podnieść się nie miała już siły. Dwóch panów wciągnęło wiotką już Grażynę do karetki i zawiozło na Szpitalny Oddział Ratunkowy przy warszawskiej Lindleya.

Szeroka, masywna kobieta w spodniumie, butach na niebotycznych obcasach, z makijażem podkreślającym jej wydatne oczy i pulchne usta, w uszach kolczyki ciężkie jak kuty klucz, a na kolanach pokaźna torebka ze skóry cielęcej. Tak właśnie, siedząc w wózku, Grażyna wjechała do rejestracji. Kłaść się stanowczo odmówiła jak tylko doszła do siebie, to obsztorcowała ratownika za nikotynowy oddech, pielęgniarzowi wytknęła ociężałość ruchów, a praktykanta z technikum medycznego skomentowała krótko: Rąk przy mnie nie trzymaj, bo nie ręczę za siebie!

Dobrze, już dobrze fuknął obrażony praktykant.

Ty mi tu jeszcze pyskuj, młody człowieku, to zobaczymy, kto kogo dotknie! Grażyna Feliksówna wyprostowała plecy w wózku, spojrzała dookoła jak surowy audytor, zmarszczyła grube, nie do końca udanie wyskubane brwi, przyciągnęła torebkę do brody i z podniesionymi ramionami zaczęła lustrować szpital, kręcąc głową i szukając powodu do krytyki. Skóra na twarzy, ukryta pod warstwą podkładu, miejscami marszczyła się nieestetycznie od potu. Jedźmy dalej. Tu nie mam jak czekać, ciągnie jak w Gdańsku od morza! zakomenderowała w stronę zatłoczonego korytarza.

Rejestratorka, w eleganckim futrze do ziemi spojrzała na nowo przybyłą z profesorską dezaprobatą, wyrwała papierkologię z rąk pielęgniarza i oznajmiła, że Grażyna Feliksówna od teraz jest już ich, a zespół pogotowia może wracać na bazę.

Przełom nadciśnieniowy, utrata przytomności na mieście Upadku, urazu głowy nie było Ciśnienie teraz raportował chłopak w niebieskim uniformie.

Dobra, Romek, już idźcie! Siedzieć tu nie ma gdzie! pogłaskała go po ramieniu pielęgniarka. Chłopak był do niej bardzo podobny pewnie syn.

No i dobrze, trzeba pomagać rodzinie pomyślała bezwiednie Grażyna.

Głowa rozsadzała jej czaszkę. Ręce zdrętwiałe zsuwały się z kolan, a wtedy cenna torebka z logo znanej marki groziła, że wyląduje na ziemi. Grażyna wiedziała, że już nie zbierze jej sama. Właściwie jej sił starczało już tylko na oddychanie. A język suchy, jak wiór, przykleił się do podniebienia. Straszliwie chciało jej się pić.

Dajcie mi pić, bardzo proszę, wody! zażądała donośnym głosem, do nikogo konkretnego, tak żeby cały SOR usłyszał.

Nikt nawet nie drgnął. Dookoła kręciło się tłumek: rodziny pchały łóżka z chorymi, dodawały otuchy, dopytywały, wstrząsały tych, co mieli tendencję do odpływania. Wśród nich lawirowali lekarze z podwieszonymi na szyi stetoskopami, zaglądając pobieżnie do papierów i wrzeszcząc coś przez drzwi gabinetów. Pielęgniarki też zajęte ale dla Grażyny były jakby niewidzialne.

Gdzie Baranowska? Baranowska, proszę się zgłosić! rozległo się w końcu z okienka.

To ja Baranowska! rzuciła Grażyna, a potem powtórzyła głośniej. Tutaj jestem!

No to tu dla pani słoiczek, toaleta tam, później na pobieranie krwi. I niech pani zdejmie tę czapkę! Tutaj nie Kamczatka!

Dopiero teraz Grażyna uświadomiła sobie, że nadal siedzi w futrzanej czapie, jak bohaterka z Misia. Nic dziwnego, że spływały jej poty po czole i piekła ją głowa.

Niechętnie zdjęła więc swój nakrycie głowy, próbując znaleźć miejsce, gdzie mogłaby je wetknąć, by nie wylądowało pod ławką. Torebka była już wypchana dokumentami przecież nie zamierzała zabawić tu dłużej niż to konieczne. Jakby tylko trochę się polepszyło, będą musieli ją wypisać ona, Grażyna Feliksówna Baranowska, dyrektorka dużej firmy, nie ma czasu na leżenie okna same się nie zamontują!

Pielęgniarka wręczyła jej słoiczek.

Grażyna Feliksówna Baranowska. Kobieta masywna, efektowna. Zawsze była większa duże niemowlę, potężna dziewczynka, dziewczyna, a potem i kobieta. O, jaka ona! słyszała matka Grażyny, prowadząc swoją córkę do przychodni. No pani, jakie pani ma stopy kręciły z niedowierzaniem głowami ekspedientki w obuwniczym.

Przy swojej Grażynie jej mama wyglądała niczym Calineczka. Niestety, takie geny dostała po tacie był i już nie ma, rak zabrał go, gdy Grażynka miała osiem lat.

Grażyna zawsze się siebie wstydziła. Czuła się jak olbrzymka pośród reszty dzieci unikali jej, była inna. W lepszym nastroju była tylko na lekkoatletyce mama poznała się z trenerem i, szukając spokoju dla siebie, oddała Grażynę na rzuty dyskiem i kulą. Tam, pierwszy raz, mogła poczuć, że jest w czymś dobra. Parę urazów zostało na całe życie, ale przynajmniej była wprawiona i doceniana. Potem boleśnie się sparzyła, biorąc za wielką miłość zwykłą, męską ciekawość; narobiła głupot i, doroślejąc, pożegnała matkę. Zlepiła siebie od nowa, na kształt kobiety, która podbija świat i którą ludzie oglądają tylko z ukosa.

Pracę zaczęła w administracji zarządzała brygadą remontową, potem się podszkoliła, przyszedł czas przemian i dookoła mnożyły się firmy jak grzyby po deszczu. Grażyna z chłopakami łapała fuchy na budowach. Często brali ją za faceta potem już tylko się z niej śmiali, ale do ekipy przyjmowali bez zastrzeżeń. To była swój chłop, raczej nie do żartów, bez sentymentów surowa, może zbyt mocna, nie przepadała za towarzyskimi spotkaniami.

Z czasem mówiono na nią za plecami: kamienna baba.

W końcu przyszła własna firma Okno Świata. Grażyna rozpracowała każdy aspekt biznesu i szybko wyrobiła sobie odpowiedni respekt w branży.

Do podwładnych nie była wylewna kawki nie piła, ploteczek nie prowadziła. Ale byli z nią jak z murem. Dyrektorka sama wkraczała w ich życie, narzucając szczęście twardą ręką: wysyłała do lekarzy, ogarniała restauracje na imprezy firmowe, dbała o badania okresowe i prezenty pod choinkę lecz przebierać się za śnieżynkę? To już przesada, w jej rozmiarze to czysta groteska!

Wiedziała wszystko o wszystkich o ciążach sekretarki Zosi zanim zrobiła test, o rodzinnych kłótniach, o dzieciach przystępujących do egzaminów i o gościach z Lublina wpadających znienacka. Organizowała produkty, interweniowała na uczelniach. Życie nauczyło ją bronić siebie, ale z czasem i słabszych tych, którym nie udało się wybrnąć tak sprawnie, jak jej.

Przyjaciółek nie miała. Tak było prościej bo wtedy nie groziły odzywki w rodzaju nasza wielkoludka.

Kamienna baba nie myliła się, nie kręciła, waliła prosto z mostu. Jeśli kogoś zwalniała, to najpierw szukała mu innej roboty, choćby nie przyjął z siebie odpowiedzialność zdejmowała.

Tyran? Raczej parowóz, co pędzi do przodu, rozjeżdżając wszystko, co stanie mu na drodze. Ale parowóz miał swój wagonik: Staś. Dla niego właśnie robiła te wszystkie rzeczy

Kto nie wytrzymywał takiego tempa, odchodził. Ale tych było niewielu, bo w Warszawie o nową pracę coraz trudniej, zwłaszcza z młodymi, wygadanymi konkurentkami.

To właśnie na ich lojalności opiera się jej nadzieja. Teraz, gdy sama leży w szpitalu oby nie schrzanili kontraktów z dostawcami!

Co to za Proszę zabrać! Ja nie dam rady! cisnęła słoiczkiem Grażyna. Mam nadciśnienie, powinnam leżeć! Potraficie czytać?

Nie krzycz tak, złotko! ożywił się typ spod budki z piwem, z bandażem na głowie, siedzący na ławeczce. Ja mogę za ciebie, co? Tylko czapkę daj, bo za darmo nie robię! Oj, duże takie dziewczyny to ja lubię

Sobie pomóż! warknęła Grażyna i odepchnęła się wózkiem w stronę przeciwległej ściany, robiąc wgniecenia w nowiuśkiej gładzi gipsowej.

Kobieto! No co pani robisz! Świeżo po remoncie! zbulwersowała się jakaś pracownica. Sylwia, czyja to? Kogo prowadzisz?

Ja? Nie jestem niczyja. Wychodzę stąd. Jaki tu jest adres? Muszę zamówić taksówkę. Telefon No

Gdzie tam? Zostań już, doktor zaraz panią obejrzy, odpocznie pani trochę i wróci do siebie odparła pojednawczo pielęgniarka, która jeszcze przed chwilą nazywała ją tą.

Ale Grażyna już gdzieś dzwoniła.

Staś? Anka, podaj mi syna! rzuciła tonem, od którego pierzchały garownie. Rozumiem, że pod prysznicem, ale sprawa ważna. Jestem w szpitalu, a jutro mam kluczowe spotkania. Potrzebuję Stasia.

Nie wydawała rozkazów, chociaż gdy chciała potrafiła wrzasnąć tak, że żyrandole dzwoniły. Ale nie chciała krzyczeć. Grażyna zawsze jasno rysowała sytuację, tak by rozmówca zrozumiał, że sprawa jest niebagatelna a potem mówiła, czego oczekuje.

Anka, synowa Grażyny, powlokła się do łazienki, postukała w drzwi. Mąż wyłączył prysznic.

Twoja matka dzwoni, jest w szpitalu.

Jak to w szpitalu Dobra, pogadam za chwilę, daj mi dziesięć minut! Staś zamruczał z kabiny i znów odkręcił wodę.

No czego jeszcze?! Jak dzwoni matka, to znaczy że żyje, gada, to jeszcze nie koniec świata. Może poczekać.

Staś czekał na Grażynę, aż wróci czekał kiedyś. Od rana do wieczora.

Mama zawsze miała sprawy. Potem to się nazywało biznesem i za to przeprowadzili się do większego mieszkania dzięki montażowi okien. Grażyna wymieniała szyby w szkole syna, sponsorowała świetlice, wyprowadzała remonty znała wszystkich majstrów, budowlańców, architektów. Ale jedna mała rybka o jeżowatym imieniu Staś, jakoś zawsze była w innej sadzawce.

Mama nie biła, nie krzyczała, po prostu sprawdzała lekcje, kiwała głową na pochwałę, a kiedy coś było nie tak, poprawiała błędy i kierowała syna do pokoju Do poprawy, do ideału. Potem rzeczowo wyjaśniała po co się uczymy, dlaczego warto się starać.

Ale że go kocha ot, zwyczajnie, z serca tego nigdy nie powiedziała. Nie przytulała, nie szepnęła kocham cię przed snem.

Nie kocha mnie! Staś do tego wniosku doszedł jakoś w okolicach matury. Co z tego, że matka przygotowała go do egzaminów, że nie musiał harować po nocach, bo dzięki niej mógł się pouczyć To matczyna powinność, nie? Kazała się urodzić, to niech wychowa. Szpital? E, banał.

Grażynie nikt nie przekazał, co odpowiedział syn. Synowa ciamkała gumę, byleby tylko teściowa nie zamieniła się w pielęgniarkę na wieki wieków, nie związała jej z sobą grubym sznurem opieki. Nikt. Lepiej tak.

Grażyna spróbowała wstać, oparła się o ścianę, a wózek odjechał spod niej, nogi zawiodły. Runęła na kafelki, poturlała się po podłodze, a za nią potoczył się słoiczek i zawartość torebki rozlała się na linoleum.

Kurrr huknął menel, rzucił się jej na pomoc a przy okazji ulotnił portfel i pierścionek z bursztynem.

Przypominał jej kogoś, jakieś znajome rysy nie, nie teraz, nie do ogarnięcia.

Nie czuła niczego, oddychała ciężko z głową zwieszoną, a w uszach dźwięczało tylko: Trzymać się prawej strony trzymać się prawej strony

Grażyna zwykle jeździła do firmy samochodem. Sama nie prowadziła, nie lubiła skupiać się na znakach, na innych samochodach. Woli czytać papiery albo po prostu patrzeć przez okno. Miała swojego kierowcę, pana Ryszarda, który pojawiał się pod jej blokiem punkt siódma trzydzieści, otwierał drzwi, pomagał w płaszczu, po czym odpalał samochód, włączał Chopina i gnał przez zakorkowaną Warszawę. Tak było od lat. Pan Ryszard korzystał z układu: leki dla chorej żony, lepsze paczki żywnościowe, premie, trzynastki, a kiedy trzeba nawet i nocny kurs na lotnisko, żeby ratować kontrakt w Gdańsku albo Poznaniu. Grażyna przepraszała grzecznie, choć w kontrakcie miała to jak w banku. Grzeczność zawsze się opłaca

Tylko dziś pan Ryszard nie dojechał uwięziony na bramie przez śmieciarkę, co rozgniotła mu tył samochodu.

Grażyna Feliksówna, zamówić pani taksówkę? Kłopot za kłopotem! głową kręcił Ryszard.

Daj spokój. Pójdę metrem. Grażyna naciągnęła czapę i maszerowała do metra, choć już czuła się fatalnie. Przestraszyła się? Owszem. Ale była kamienna jak coś się wydarza, to wystarczy mieć trochę złotych, wszystko się naprawi. Zostań tu, ogarnij sprawę! Potem przyjdź z dokumentami.

Ruszyła wielką, płową chmurą w kierunku metra. Przechodnie odsuwali się, robiąc jej miejsce monumentalna sylwetka Grażyny budziła respekt i podziw, zupełnie jakby miała statystować w filmie fantasy o olbrzymach

W metrze tłok, parno, ludzie pchają się i mijają, Trzymać się prawej dochodzi z głośników, gdy spływa w tunel na Świętokrzyską. I wszyscy trzymają się prawej. Grażyna Feliksówna też bo przecież kto się nie trzyma, tego stratować mogą studenci z politechniki, walczący o wejście do wagonu.

A tymczasem dzień się kończy, a Grażynę po wszystkich badaniach, kłuciach, przekładkach, przetoczyli na oddział, z trudem ulokowali w łóżku i przykryli prześcieradłem. A ona już tylko słyszała w głowie: Trzymaj się trzymaj się

Na sali ciemno, zapach perfum, leków i świeżej bułki. Ktoś chrupie waniliowe sucharki. Grażyna też je lubi, ale jada rzadko.

Trzecie piętro, przez okno nie widać tętniącej Alej Jerozolimskich, kolorowej jak choinkowa girlanda

Grażyna dobrze pamięta moment, kiedy kupiła taką girlandę w Smyku, wieczorową porą, po odbiór Stasia z przedszkola. Staś siedział samotny w szatni, a wychowawczyni już zakładała płaszcz.

No, Stasiu, to już po to przyszli! A ty się denerwowałeś! mówiła pogodnie nauczycielka.

Staś szybko, żeby mama nie zauważyła, wytarł rękawem łzy, zaczął się ubierać. Czerwony kombinezon ze srebrnymi paskami był jego ulubionym, choć wstydził się do tego przyznać, żeby tylko mamę złościć. Chciał jej się odegrać za coś, za wszystko. U innych jest tata, a u niego nie. U innych mamy są zadowolone, ciepłe, w powyciąganych swetrach i rozdeptanych butach; przychodzą po dzieci, przysiadają się, przytulają, uśmiechają.

A Grażyny syn zostaje strofowany ciszą. Matka czeka cierpliwie z boku, nie pomaga, nie gani. Po prostu jest.

Co w pudle? dopytywał Staś w drodze do domu.

Ach, Stasieńku, girlanda, takie światełka, powiesimy na gałązkach, będzie pięknie! nagle matka się ożywiła, aż Staś był zszokowany, że i ona potrafi tak szczerze się ucieszyć.

Drogę do domu Staś snuł marzenia o świecącej choince. Ale kiedy wreszcie zapalili girlandę nie zadziałała. Głaz kłamie, nie będzie świąt Matka widząc, jak Staś się zawiódł, po prostu zwinęła kabel i schowała wszystko do pudła.

No to chodź, trzeba zjeść kolację. Muszę jeszcze poprasować.

Oczywiście dwa dni później girlanda już działała garażowi fachowcy matki ją naprawili. Tylko że Staś już wtedy zachorował i nie miał komu się pochwalić

A może jakiś nieznajomy, silny i przewidujący, zawiesił teraz nad ulicą wielką girlandę, podpiął do ludzkich serc i wysyła prąd, lampki migocą, a lampka Grażyny jakby się przepaliła, do wymiany

Otworzyły się drzwi, do łóżka podeszła drobna pielęgniarka w różowym kitlu.

Oczka proszę nie otwierać, zmyję pani tusz, bo się rozmazał i zaraz szczypać zacznie. Spokojnie, ja zrobię, nie otwierać!

Mokra wata dotknęła policzków Grażyny, przyjemna chłodna ulga.

O Jezu, jakie to przyjemne! Wata zimna, lekko pieści skórę, pielęgniarka coś mruczy cicho

Grażyna przypomniała sobie mamę. Tej dawno już nie ma, we wrześniu odwiedzała ją na cmentarzu zapłaciła facetom za malowanie ogrodzenia, prostowanie krzyża. I posiała niezapominajki. Nie wiedziała, czy nie za późno. Rozrzuciła zamaszyście nasiona, nie czekając na wiosnę, bo kto wie, czy doczeka.

Mama, gdy Grażyna była chora, przecierała jej twarz miękkim ręcznikiem, pachnącym świeżością i zimą.

Nie trzeba Proszę pani, ja się podniosę, umyję się sama nieco zmieszana odwróciła głowę Grażyna.

Proszę milczeć. Odpoczynek! Oczy czyste, włosy rozpuścimy. Ja poprawię, proszę się nie ruszać

Pielęgniarka pewnie podniosła głowę potężnej pacjentki, uwolniła fryzurę ze spinek.

Ja zapłacę, portfel teraz, nie mogę znaleźć

Grażyna zaszlochała.

To już drugi raz w życiu, jak ją okradli. Pierwszy raz w metrze, na schodach ruchomych jakiś facet, pijany, oparł się o nią, a potem na powierzchni, przy kiosku, okazało się, że torebka rozcięta na bokach, portfel zniknął: zdjęcia Stasia, złotówka na szczęście, lista zakupów wszystko przepadło.

Grażyna usiadła wtedy na ławce i się rozryczała. Taki olbrzym, a płakał jak dzieciak.

Szkoda powtarzała, ścierając łzy. Szkoda

Nie żałowała pieniędzy, tylko torebki. Pierwsza poważna, do roboty, z cielęcej skóry. Portfelik też granatowa skóra, cieniutka. Chodziła potem z tym zacerowanym dodatkiem przez firmę i czuła ból a blizna została i na duszy

I teraz znowu żal. To pewnie ten facet z SOR-u.

Nie trzeba, leżcie, zaraz wrócę z ciśnieniomierzem. Spokojnie

Pielęgniarka wróciła, założyła mankiet, zaczęła mierzyć. W sali ktoś zajęczał, ktoś zapłakał. A Grażyna zapadła w miękki, ciepły sen

Staś, wychodząc spod prysznica, już o matce nie pamiętał. Anka kilka razy próbowała dzwonić, ale Grażyna nie odbierała.

Coś się stało, Stachu, musimy szukać! Zadzwoń do niej, do firmy! jęknęła Anka.

Matka wszystko ma pod kontrolą! Pewnie nawet respirator zarezerwowany. Daj spokój, Anka

Usiadł na kanapie i całą duszę oddał telewizorowi wielki ekran, prezent od matki, a on zajadał orzeszki i popijał Lecha prosto z puszki.

Anka powłóczyła się do pokoju i znów wybrała numer Grażyny.

Z teściową miały dziwną relację ani kłótni, ani czułości.

Grażynie brakowało czasu na rodzinne czułostki, a kochała praktyką: nowe okna, remont w łazience, samochód dla syna, karnet do siłowni dla synowej, zdrowa żywność. Nie narzucała się po prostu jechały razem do sklepu, Anka wybierała co chciała, ale zawsze z tych lepszych półek.

Anka początkowo była wycofana, ale w końcu skapitulowała postanowiła tylko sobie odkładać pieniądze, żeby w razie czego oddać dług.

Taka to była Grażyna miłość kupowała, załatwiała, organizowała. Ale i Stasia tak kochała: zabawki, urządzenie pokoju, rolki, wymarzony odtwarzacz, kolonie nad Bałtykiem. Sama naprawiała ogrzewanie w przedszkolu, walczyła o basen w szkole dla dzieci, potrafiła poprowadzić ekipę hydraulików za co się wzięła, to musiało wyjść. Dlaczego tak się starała? Tak naprawdę chciała, żeby Staś miał wszystko, czego jej brakowało.

Gdy syn ogłosił, że bierze ślub, Grażyna trochę się pogubiła przecież ledwie kupowała mu resoraki Wesele w dobrej restauracji młodzi nie byliby w stanie opłacić; dla Anki wymarzone kreacje z profesjonalnego butiku

Anka chciała zbliżyć się do teściowej, ale Grażyna kamienna baba zachowywała dystans. Zamiast czułości praca, sprawy, konstrukcje, zamówienia, błędy, sądy: zaprzęgnięta jak koń, ciągnęła ten swój wóz przez życie.

Jeszcze raz Anka zadzwoniła. Tym razem odebrała jakaś pielęgniarka. Kazała przyjechać rano w godzinach odwiedzin.

Śpi, zmęczona, ubranie do leżenia się przyda puchową bluzę proszę przywieźć, bo zimno w salach

Anka zanotowała, podziękowała, spakowała klucze do mieszkania Grażyny i wyszła po cichutku.

Grażyna Feliksówna obudziła się wcześnie. W sali harmider, ktoś kichał, ktoś mył filiżanki.

Która Baranowska? padło od drzwi.

Grażyna usiadła z trudem, próbując związać włosy, ale nie miała siły.

Ja, ja jestem Baranowska.

Siedziała na łóżku w bluzce i spodniach od garsonki, futro i czapka w reklamówce, buty pod łóżkiem. Rozpięta bluzka ledwo zakrywała koronkową bieliznę tylko taką nosiła, zamawiała specjalnie z Włoch, bo dla takich rozmiarów w Polsce oferta skromna.

Sąsiadka z łóżka obok patrzyła z ciekawością. Grażyna zawstydzona narzuciła na siebie kołdrę.

Proszę rękę, Baranowska, krew trzeba pobrać.

Pielęgniarka wbiła igłę pewnie, Grażyna nawet nie poczuła. Potem zadzwonił telefon.

Przepraszam, to z pracy wyjaśniła cicho, wychodząc na korytarz.

Propozycje, wyceny, zlecenia jakby wcale nie była w szpitalu. W końcu nie wytrzymała i oznajmiła stanowczo, że jest chora, ma zastępcę niech się zwracają do niego.

Po tej deklaracji po jej barkach rozeszła się fala rezygnacji ze statnej, twardej kobiety stała się nagle zwykłą pacjentką.

Dostała szpitalną koszulę, szlafrok spojrzała w lustro i wybuchła ironicznym śmiechem. Oczy podkrążone; włosy sterczą na wszystkie strony.

Okazało się, że podczas upadku złamała trzy paznokcie teraz wszystko się haczy, drażni.

Proszę wrócić na salę, za chwilę obchód i śniadanie upomniała znajoma pielęgniarka, też już przebrana, do wyjścia.

Dzwoniła pani córka, przyjedzie dziś. Anka. Niech się pani nie zamartwia, szybciej wyzdrowieje. Tylko leżeć proszę.

Grażyna aż się uniosła.

Przepraszam, ale Anka to nie córka. Synowa. Może i przyjedzie machnęła z rezygnacją.

Przyjedzie, obiecywała. Grażyno, nie pamiętasz mnie? szepnęła pielęgniarka, patrząc z dołu. Ja, Kaśka. Leżałyśmy razem w szpitalu, wtedy… po tej sprawie z dzieckiem…

Grażynę zabolała ta myśl jak batem coś bardzo dawnego odezwało się w głowie. Kaśka to była jedyna, co wiedziała, co planuje Grażyna, znała jej historię, gdy jako nastolatka, wyśmiewana przez wszystkich, zaszła w ciążę z kimś, kto grał tylko na ciekawość, dla hecy Zostawił ją, dziecko też odeszło. Kaśka głaskała ją po włosach i szeptała, że to nie ona jest zła, świat taki już jest pełen podłych ludzi

Kaśka, nie poznałam Ty tu pracujesz? uśmiechnęła się Grażyna.

Tak. A ty masz syna? Gratulacje! Ja mam dwie gadające córki, wnuki już też. A mąż?

Nie. Nie miałam męża i nie żałuję. Sama siebie wychowałam, miałam nadzieję że syn wyrośnie na opokę Ale nie była mi potrzebna, zawsze sama się broniłam.

Kaśka chciała coś dodać, ale już lekarze szli korytarzem, czas obchodu. Grażyna położyła się, a Kaśka wróciła do domu. Była zmęczona.

Śniadanie przeleciało szybko. Grażyna się rozkręcała, przyglądała sali. Sąsiadki wszystkie w podobnym wieku, spokojne, czytały, drzemały. Jedna, Zosia przy oknie gryzła w kółko sucharki cały czas chrupało w sali.

Sucharki waniliowe, prawda? Ale to na sucho niezdrowo! Pić pani musi do tego herbatę!

Ja się denerwuję. Przepraszam, ale mąż po udarze na innym piętrze. Muszę coś żuć… Herbaty nie potrzeba, nie chcę kłopotu…

Ależ co pani! Dziewczyny, gdzie tu wrzątek? Grażyna popłynęła dziarsko w szpitalnych kapciach przez stołówkę, ogarniając nie tylko odpadające linoleum i wymagające regulacji okna. Miała już nawet na myśli konkretnego majstra od napraw.

Z dumą zaniosła Zosi kubek gorącej herbaty:

Proszę pić! Nie wiem ile pani słodzi, ale trzeba pić!

Zosia pokiwała głową, z wdzięcznością wychłeptała łyk.

Dobra z pani kobieta powiedziała. O, ktoś pani macha!

Grażyna obróciła się w stronę drzwi. Stała tam Anka, śmieszna w jednorazowym niebieskim fartuchu i butach w rozmiar za dużych, które spadały jej z nóg.

Przepraszam, długo tu wołam. Ja do Grażyny Feliksówny rzuciła, rzucając torby przy drzwiach. Zosia ze zrozumieniem się uśmiechnęła i odwróciła.

Anka, po co, ja tu przecież zaczęła Grażyna.

To już nie twoja sprawa! odpowiedziała Anka, schylając się do toreb. Pidżama, szlafroczek, bluza, kosmetyki, kawa, herbata, coś słodkiego, bielizny nie ciągnęłam, bo rąk nie starczyło.

Grażyna wyrosła jeszcze wyżej, kosmyk sterczał jej na czole, powieka drżała. Grażyna trzęsła się cała.

Ciocia, co jest?! Oj, daj spokój! spanikowała Anka. Przebierz się, ja lecę do lekarza!

Wyleciała z sali niczym błyskawica, a Grażyna tak stała, patrząc na łóżko, torby, szlafroczek.

Znów się w życiu coś układało, sklejało a przecież zawsze szła przez życie po szkle, udając, że nic nie boli, aby nie poczuć, jak głęboko w nogach siedzą drzazgi marzeń.

Baranowska nigdy nikogo nie dopuszczała do siebie nawet synowej. A ta przyjechała, zatroszczyła się. Dla kasy? Może, zobaczymy. Ale miło, że przyszła!

Były też telefony od syna Grażyna ich nie odbierała.

Wróciła z lekarza Anka, usiadła obok, kręciła na palcu obrączkę. Na razie nie powie, że chce się rozwodzić z Stasiem. Po co stresować teściową

W nocy Grażyna leżała, odwrócona do ściany i płakała sama nie wie dlaczego.

Następnego dnia zwrócono jej portfel i pierścionek.

Ten facet panią okradł w SOR-ze. Zmarł podali jej, niepotrzebnie podkreślając nazwisko: Burkowski Mikołaj, kiedyś znakomity sportowiec sekcji, prawie mistrz kraju. Snuł się kiedyś za Grażyną po boiskach, obiecywał jej, że jest najpiękniejsza na świecie. Kłamał, a ona wierzyła. On nie żyje. Ona żyje.

I wcale nie jest kamienna, tylko bardzo zraniona, dawno odwykła od radości i wolnego powietrza.

Ale teraz to się zmieni. Ma w życiu Kaśkę, Zosię, Ankę może i śmieszną, naiwną, ale swoją; ma pracę, sprawy, wiosnę i te nieszczęsne niezapominajki, które trzeba będzie posiać, ma setki spraw do rozwiązania, jak zawsze. I jeszcze jest wnuk maleńki, ledwie na USG widziany.

Tylko, Aniu, niczego nie oczekuj od syna. Ale ciągle mu mów, że go kochasz. Ja nigdy nie mówiłam, a teraz żałuję powiedziała Grażyna. Kobieta, gdy nie kocha, zamienia się w kamień.

Anka pokiwała głową. Nie, Grażyna Feliksówna wcale nie jest kamienna jest tylko bardzo, bardzo krucha i wrażliwa. Ogromna, majestatyczna, szeroka ale słaba, jak każda Galia Baranowska przychodząca na świat.

Oceń artykuł
Newskey24
Kamienna kobieta