Miałem dwadzieścia trzy lata i pierwszą zmianę w barze mlecznym przy Kroczewskiej, gdy poznałem Wandę. Grudzień, za oknem błoto śniegowe rozjeżdżone przez autobusy, w środku zapach smażonej cebuli i wystygłej kawy. Zbliżała się dwudziesta pierwsza, pan Zenon, właściciel, gasił już światła nad ladą i mruknął do mnie, nie odrywając wzroku od kasy: "Ta staruszka znowu tu siedzi do zamknięcia. Idź, powiedz jej, że zamykamy."
Podszedłem do stolika przy oknie. Siedziała tam kobieta w wełnianym berecie, przed nią stygła filiżanka, której chyba w ogóle nie tknęła. Powiedziałem, że za chwilę zamykamy, i zapytałem, czy mogę w czymś pomóc. Odpowiedziała cicho, że po prostu czeka, chociaż wie, że i tak nie przyjdzie.
— Na kogo pani czeka?
— Na syna. Kiedyś, jak był mały, przychodziliśmy tu razem po lekcjach. Zawsze brał szarlotkę z budyniem.
— A teraz?
— Teraz mieszka w Warszawie. Nie widzieliśmy się chyba z półtora roku.
Zaczęła składać serwetkę na pół, potem jeszcze raz na pół, aż zrobiła się z niej twarda kostka, którą przekładała z ręki do ręki. Ja mamę straciłem, gdy miałem jedenaście lat, i całe dzieciństwo spędziłem u babci w Ciechanowie, więc chyba dlatego zamiast wyprosić ją za drzwi, usiadłem na chwilę na brzegu krzesła naprzeciwko. Zaproponowałem jej kawę następnego dnia, w cukierni obok kina Kolejarz. Skinęła głową i podała mi rękę, jakbyśmy właśnie zamykali jakiś interes.
Tak zaczęło się nasze spotykanie. Prawie codziennie, po mojej zmianie, siadaliśmy przy tym samym stoliku. Opowiadała mi o młodości w Mławie, o mężu, który zmarł piętnaście lat wcześniej na zawał, o synu, który wyjechał do pracy w stolicy i od tamtej pory zjawiał się może raz na rok, na święta, a i to nie zawsze. Ja opowiadałem jej o szkole wieczorowej, o egzaminie z angielskiego, który oblałem, o dziewczynie, która mnie rzuciła przez SMS-a. Zaczęła przynosić mi drożdżówki z serem, zawsze dwie, jedną dla mnie, jedną "na potem", i wsuwać mi do kieszeni fartucha banknot dwudziestozłotowy "na bilet do domu", chociaż mieszkałem piętnaście minut piechotą. Nigdy nie udało mi się jej tego oduczyć.
Wiosną zaczęła częściej kaszleć. Raz, wchodząc po trzech stopniach przed barem, musiała się zatrzymać i oprzeć o framugę, żeby złapać oddech. W kwietniu zawiozłem ją taksówką na SOR do szpitala powiatowego przy Padniewskiej. Lekarz na korytarzu powiedział mi, że mogę iść do domu, że to może jeszcze potrwać. Zostałem. Kupiłem w automacie dwie kawy, jedną wypiłem sam, druga wystygła mi na parapecie.
Trzeciej nocy, gdy siedziałem przy jej łóżku, a za drzwiami sali ktoś przetaczał wózek z pościelą, wzięła mnie za rękę — miała zimne palce, pomyślałem wtedy, że powinienem był przynieść jej rękawiczki — i zapytała cicho:
— Chciałbyś być moim synem?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc tylko ścisnąłem jej dłoń mocniej. Zasnęła z tym uściskiem. Rano, kiedy przyszła pielęgniarka zmienić kroplówkę, już jej nie było.
Na pogrzebie, na cmentarzu w Mławie, przy alejce niedaleko kaplicy, stałem z boku, nie znając nikogo. Wiatr szarpał wiązanki, ktoś zgubił kalosz w błocie i szedł potem w samej skarpetce do samochodu. Wtedy podszedł do mnie mężczyzna po czterdziestce, w garniturze o rozmiar za dużym, jakby pożyczonym na tę okazję.
— Bartosz. Syn Wandy.
Powiedział, że o wszystkim dowiedział się od sąsiadki, że dojechał, kiedy było już po wszystkim, że nie zdążył. Milczał chwilę, wpatrzony w kopiec ziemi, potem dodał, że czuje się jak ostatni drań. Nie krzyczałem na niego. Powiedziałem tylko, że przez ostatni rok jego matka czekała w tym samym barze co ja, i że teraz to on musi zdecydować, co dalej. Podał mi rękę na pożegnanie — miał spocone dłonie mimo zimna — i odjechał jeszcze tego samego dnia.
Miesiąc później Bartosz przyszedł do baru na Kroczewskiej. Usiadł przy tym samym stoliku, przy oknie, tam gdzie zawsze siedziała jego matka. Wyjął z teczki plik dokumentów dotyczących mieszkania po matce, a na wierzchu położył kopertę.
— Był testament. Jest w nim pani imię… to znaczy pana.
Powiedział, że to dwadzieścia osiem tysięcy złotych, które Wanda odkładała przez lata "dla chłopaka z baru". Odsunąłem kopertę na drugą stronę stołu.
— Nie muszę tego brać. Wystarczy mi to, co już dostałem.
Bartosz nie odpowiedział od razu. Obracał w palcach długopis, patrzył przez chwilę na blat stolika, na ślad po starej wypalonej papierosem plamie, którego nikt nigdy nie zamalował. Potem wsunął kopertę z powrotem do mojej strony, przycisnął ją dłonią, jakby chciał mieć pewność, że nie zsunie się na podłogę, i wstał od stołu bez dalszych tłumaczeń.
Wziąłem kopertę. Za te pieniądze skończyłem szkołę wieczorową, a rok później zapisałem na stałe ten sam stolik przy oknie — na nazwisko Wandy, żeby nikt inny go już nie zajmował o dwudziestej pierwszej, kiedy pan Zenon gasi światła nad ladą.







