Kiełbasiany złodziej

KIEŁBASIANy ZŁODZIEJ

Nie mógł nie zwrócić uwagi na tego kota. Po prostu dlatego, że wielokrotnie kradł w jego małym sklepie spożywczym. Robił to tak, że nie sposób było się złościć. Wręcz przeciwnie.

Właściciel z utęsknieniem czekał na cały ten spektakl. Nagrywał wszystko telefonem, a potem wieczorem pokazywał żonie i razem się śmiali. I tak to się toczy.

Kot zawsze długo przesiadywał przed otwartymi drzwiami sklepu, udając, że tylko odpoczywa, a nie kombinuje czegoś podejrzanego. Rozglądał się czujnie, upewniając, że nikogo w pobliżu nie ma. Sam właściciel krył się za wielką lodówką i stamtąd nagrywał cały występ.

Kot wkraczał ostrożnie do środka, skierowany od razu ku regałowi z kiełbasą. Tam przyspieszał i łapał szybko parówkę albo kabanosa, po czym natychmiast uciekał. Lecz…

Głód nie pozwalał mu odejść daleko. Już dwa metry od sklepu zatrzymywał się i zabierał do jedzenia.

Właściciel wychodził wtedy przed sklep i pytając z daleka:
Smakuje?
Kot podnosił głowę i odpowiadał cichym miauknięciem.
No to dobrze odpowiadał właściciel.
Przyjdź znów.

Pewnie się dziwicie. Kiełbaski na ladzie, poza lodówką, nie na głównym widoku, a dodatkowo osobno porozkładane parówki i białe kiełbaski? Wytłumaczenie jest proste.

Właściciel sklepu, pan Marek Wysocki, miał po prostu dobre serce.

Postanowił dokarmiać kota w taki sposób. Kot pojawił się pod sklepem bardzo wychudzony i wycieńczony, jednak stanowczo odmawiał podejścia do człowieka czy wzięcia jedzenia z ręki. Marek wymyślił więc sprytny sposób.

Na początku układał parówki tuż przy wyjściu, żeby Bazyl tak nazwał kociego złodziejaszka mógł samodzielnie zapracować na jedzenie. Uczciwie kradł, zdobywał po swojemu.

To działało. Z biegiem czasu Marek przesunął kiełbaski coraz dalej, aż w końcu znalazły się na dolnej półce przy normalnych produktach, tuż przy ziemi. Bazyl miał własny kącik żywieniowy.

Już dawno mógłby wchodzić do sklepu, brać co zechciał i spokojnie wychodzić, ale nie tu cały urok był w procesie. Skradzione smakuje lepiej!

Później Marek ustawił przed sklepem poidło, dużą miskę z najlepszą kocią karmą i plastikowe pudełko z piaskiem. Obok pojawiła się też mała buda z ciepłym kocem.

Bazyl wciąż był nieufny i nie pozwalał się dotknąć, ale bardzo lubił rozmawiać. Po każdej akcji, gdy kradł parówkę, pan Marek wychodził za nim i zaczynał rozmowę. Kot od czasu do czasu przerywał posiłek i odpowiadał mu miauknięciem.

Od pewnego czasu Marka intrygowała jednak jedna sprawa. Bazyl wyraźnie przybrał na wadze, poprawił się, już nie musiał kraść, a jednak regularnie dwa razy dziennie zabierał parę parówek i znikał za rogiem. Marek próbował go śledzić, ale kot zawsze mu umykał.

Postanowił więc zamontować małą kamerę podłączoną do komputera w swoim biurze. I któregoś dnia udało mu się odkryć sekret Bazyla.

Z okienka piwnicznego za rogiem domu wyskoczył rudawy kociak. Drżąc z ekscytacji, rzucił się na zdobycz przyniesioną przez Bazyla.

Jutro rozumiesz?! krzyczała tego wieczora żona Marka, pani Róża, ocierając łzy wzruszenia Jutro masz ich tu przynieść do domu!

Ale to wcale nie było takie proste. Bazyla od dawna nie byłoby trudno złapać, spał już nawet pośrodku sklepu. Ale rudego podopiecznego nie sposób było złapać.

Dni mijały. Marek obserwował przez kamerę jak mały rudy kotek pije z poidełka albo drzemiąc w budzie, ale wystarczyła próba podejścia bliżej natychmiast zrywał się do ucieczki, jak mała, ruda błyskawica.

Wszystko zmieniło się pewnego dnia. Marka zaciekawił dziwny dźwięk dochodzący z wejścia do sklepu. Klientów nie było. Wyszedł zza lady i ruszył ku drzwiom.

Na progu siedział rudy kociak i wył na całe gardło.
Co się stało, maluchu? zapytał zdziwiony Marek.
Kociak podbiegł, spojrzał prosto w oczy i pobiegł na zewnątrz. Marek poszedł za nim bez wahania.

Za rogiem, pod ścianą domu, leżał Bazyl i skomlał. Ugryzł go pies w tylną łapę, wydostał się, ale rana była głęboka.

Rudzielec przytulił się do boku Bazyla i znowu rozpaczliwie miauknął.
O matko święta… westchnął Marek.

Zdjął kurtkę, ułożył na niej Bazyla, podniósł potulnego rudego kociaka i wsadził go do kieszeni marynarki.

Zamknął drzwi sklepu i wsiadł do samochodu.

Pół dnia spędzili u weterynarza. Ten opatrywał i zszywał łapę Bazyla.

W tym czasie Marek zaprzyjaźnił się z Ogniem tak nazwał rudego kociaka, który okazał się być niezwykle rozgadanym i figlarnym towarzyszem.

Wieczorem zamknął sklep i przywiózł do domu ciągle ospałego po narkozie Bazyla oraz Ogniusia.

Żona była wniebowzięta. A co robi kobieta szczęśliwa? Oczywiście dzwoni do koleżanek! Trwało to długo, wymagało obszernych wyjaśnień i rad.

W końcu, gdy skończyła rozmawiać, Marek, Bazyl i Ogniś już spali rozciągnięci na łóżku.

No ładnie zaśmiała się żona. A gdzie ja mam się położyć?

Na szczęście Ogniś chętnie się przesunął. Przytulił się do niej i zaczął ugniatać łapkami.

Tak wszyscy znaleźli swój dom.

Dziś dwa dostojne, wypasione koty nawet nie przypominają dawnych podwórkowców. Czasem Bazyl z przyzwyczajenia myje Ogniusia, a ten wcale się nie sprzeciwia.

A naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, przy sklepie obuwniczym, rozgościła się mała szara koteczka. Sprzedawczyni biega do sklepu spożywczego Marka, żeby kupić jej jedzenie.

Może i ona kiedyś znajdzie dom? Może kiedyś znajdą domy wszystkie koty i będą takim rarytasem, wydawanym tylko po przejściu specjalnych kursów i odczekaniu w długiej kolejce?

Jak myślicie, czy to kiedyś nastąpi?

Oceń artykuł
Newskey24
Kiełbasiany złodziej