Kłótnia
Agnieszko, wybaczam ci! Nasza kłótnia była zupełnie niepotrzebna. Przestań się dąsać! Już nie jesteśmy młode! rozbrzmiewa głos Zofii Romanowskiej, gdy po raz pierwszy od siedmiu lat wybiera numer siostry. Czas dorosnąć, Agnieszka! Ile można…
Przepraszam, ale z kim pani rozmawia? Nie jestem Agnieszka…
Głos, który słyszy, jest wyraźnie obcy. Młody, lekko łamiący się, ale przyjemny.
Zofia Romanowska zaniemówiła w pół zdania, co zdarza jej się bardzo rzadko.
Dziewczyno, kim jesteś?! Skąd masz numer mojej siostry?!
To mój numer. Już od ponad roku. Przepraszam, ale nie znam pani, ani Agnieszki, do której pani dzwoni. Do widzenia.
Zofia, nie bardzo rozumiejąc co się dzieje, nie odpowiedziała od razu. Zanim się otrząsnęła, w słuchawce zadźwięczały sygnały rozłączenia i nagle ogarnął ją niepokój…
Zakładając, że się pomyliła, Zofia odnalazła stare okulary, położyła je na nosie i zerknęła w swój zeszyt z numerami telefonów. Nie ufała nowoczesnej technice, wszystko zapisywała staroświecko w wysłużonym czerwonym notatniku, podarowanym jej kiedyś przez siostrę. Agnieszka miała słabość do pięknych drobiazgów i wiedziała, że Zofia również je lubi, choć zarazem uważa, że to zbędny wydatek. Od czasu do czasu więc obdarowywała ją jakąś torebką, ślicznym długopisem lub apaszką. Drobnostki, ale cieszyły. Zofia zawsze wybierała prezenty pokaźniejsze i bardziej praktyczne, aby wszyscy widzieli, jak bardzo kocha swoją siostrę.
Wybrała ponownie numer ręcznie. Gdy znów odezwał się ten sam, delikatny, lecz obcy głos, Zofia poczuła, że nadciąga coś złego.
Przepraszam, ale już mówiłam, że to mój numer dziewczyna rozmawiająca z Zofią była wyraźnie poddenerwowana. Proszę do mnie więcej nie dzwonić. Przeszkadza mi pani w pracy. Mam lekcję.
Chwileczkę! Zofia wystraszyła się, że jej rozmówczyni znów się rozłączy. Proszę powiedzieć, kiedy mogę zadzwonić? To bardzo ważne!
Za pół godziny. Będę miała przerwę.
Zofia odłożyła telefon i pogrążyła się w zamyśleniu.
Dlaczego siostra zmieniła numer? Dlaczego jej o tym nie powiedziała? Oczywiście, były pokłócone, ale to jeszcze nie powód, aby całkowicie się odciąć!
Zofia zaczyna się złościć.
Byłaś dziwna, Agnieszka, i taka zostałaś burczy pod nosem, kolejny raz przecierając kuchenny stół i zerka na zegar.
Nie znosiła bezczynności. Odkąd pamięta, nie potrafiła siedzieć spokojnie bez zajęcia rąk czy głowy. Była energiczna, szybka i bezpośrednia. W rodzinie często dochodziło przez to do spięć i pretensji, ale Zofii nigdy to nie wzruszało. Miała rację, więc o co chodzi?
Agnieszka była jej przeciwieństwem cicha, dobra, powolna. Zanim zjadła śniadanie, już trzeba było biec do szkoły. To Zofia prasowała uniform szkolny, zaplatała warkocze i dopinała kokardy, podczas gdy Agnieszka z trudem otwierała oczy i zamierała w łazience, dłubiąc palcem po lustrze.
Agnieszka, co ty tam robisz?
Myślę…
Skończ te głupoty! Spóźnimy się! złościła się Zosia. Do myślenia są inni, ty zęby umyj i marsz na śniadanie!
Zawsze tak samo. Agnieszka w ogonie, a Zofia już zdążyła górę zdobyć, wrócić i siostrę ofuknąć:
Jak można być taką ślamazarą?! Jakbyś nie żyła! Tak nie można!
Ale Agnieszki przytyki nie ruszały. Uśmiechała się tylko cicho, patrząc Zofii prosto w oczy:
Zosiu, nie wszyscy muszą być tacy szybcy jak ty! Ty jesteś naszym skarbem, a na mnie nie zwracaj uwagi, powolutku sobie będę…
No właśnie! Powolutku! Życie ci minie, zanim ruszysz! Rusz się!
Nie gniewała się na siostrę. Wiedziała, że Zofii potrzebne jest ujście dla tej wulkanicznej energii. Myślała, że z czasem jej ukochana siostra się uspokoi.
A jak poskromić wulkan? Tylko morzem. Tak samo z miłością ogień się uspokaja i coś pięknego zaczyna rosnąć. Ale ta historia nie była o Zofii. Jej miłość była też ogniem, niszczyła wszystko, co zanadto się zbliżyło.
Czterech mężów miała. Trzech zostawiła w ciągu roku.
Nie pasowaliśmy do siebie! zawsze powtarzała.
Czwarty wytrzymał trzy lata, i choć na rękach trzymała maleńką córkę, odeszła z poczuciem urazy i rozczarowania światem.
Co to za faceci ostatnio?! Nic ich nie obchodzi! Rodzina nieważna, dzieci nieważne! Żona jak przedmiot! burzyła się Zofia, odwiedzając Agnieszkę. Ty z tym swoim Jankiem żyjesz, wszystko ci pasuje?
Mąż Agnieszki, Janek, spokojnie postawił herbatę na stole i wziął na ręce jej córkę:
Pogadajcie sobie, ja Marysię położę.
Śpiąca Marysia już przysypiała, ale matce nie było do śmiechu.
Całe życie na nowo, wszystko w gruzy!
No! Co mówiłam! Ani to ryba, ani mięso! uderzyła w stół Zofia, gdy Janek zamknął za sobą drzwi. Jak ty z nim wytrzymujesz?! Z nudów można zwariować!
A dobrze mi się żyje, Zosiu! Agnieszka uśmiechnęła się, przysuwając ciasteczka bliżej siostry. Jedz, pewnie jesteś głodna?
Nic nie jadłam cały dzień! wyznała Zofia, rzucając się na słodycze. Wyobraź sobie, znowu zostałam sama!
Może już czas się zmiękczyć, Zosiu? Po co ciągle walczysz? Życie mija! Marysia dorośnie, wyjedzie, założy rodzinę. Będziesz sama?
Och, Agnieszka! Taka jesteś naiwna! Nie w tym rzecz!
To w czym?
W tym, że nie można nikomu ufać! Wszyscy kłamią!
Nawet ja?
Nawet ty! Mówisz, jak kochasz Janka, a dzieci z nim nie chcesz! I co to znaczy? Nie ma miłości!
Jak to nie ma? Agnieszka przestała się uśmiechać.
Jeżeli kobieta nie chce mieć dzieci z ukochanym, to znaczy, że go nie kocha! O!
Agnieszka długo milczy. Wstaje, dotyka czajnika, ociera łzy i niemal szeptem mówi:
Czasem to nie kwestia chęci, a możliwości. Chciałam, Zosiu… Bardzo! Ale nie mogę. Nigdy nie będę matką…
Zofia rzuciła się ją obejmować.
Kto ci tak powiedział?! Lekarze? Nie słuchaj ich! Ja ci najlepszych znajdę! Zobaczysz, będziesz miała dziecko!
Nie wystarczyła Zofii zaciętość. Są rzeczy, na które nawet największa siła nie pomoże.
Agnieszka została matką nie tak, jak marzyła. Własnych dzieci mieć nie mogła. Ale zapytaj, czy przybrany syn i córka, dzieci dalszych krewnych Janka, których wzięła do siebie po śmierci ich rodziców, są dla niej obce i lepiej, by nikt przy niej tego nie powiedział. Nawet z ukochaną siostrą się o to pokłóciły na długo.
Nie potrzebujesz cudzych, Agnieszko! Swoje się pojawią!
Zosiu, mam prawie czterdzieści lat! Gdyby miało być inaczej, już by się zdarzyło! A te dzieci? Chcesz, żeby poszły do domu dziecka?
I co z tego? Jankowi rodziny nie brakuje może inni wezmą.
A ja chcę! Rozumiesz?! Ja!
Och, Agnieszka! Po kim ty taka uparta?!
Jaka?!
Uporczywa i naiwna! To taka odpowiedzialność!
Dość, Zosiu! Wracaj do domu powiedziała Agnieszka, odwracając się, tłumiąc łzy. Tam czeka cię Marysia.
W kolonii jest Marysia, wraca za tydzień. A teraz taki numer… Możesz nawet na mnie nie patrzeć! I o pomoc też nie proś, skoro nie chcesz słuchać!
Skąd w tobie tyle złości, Zosieńko? rzuciła Agnieszka cicho w plecy siostry, która uciekła w dół po schodach, oburzona, że nikt nie chce jej słuchać.
Odpowiedzi nie usłyszała nigdy. Zofia naprawdę się obraziła. Zerwała wszelkie kontakty, nie odwiedzała, nie dzwoniła, córce zabroniła kontaktu z ciotką. Ale Marysia i tak chodziła do Agnieszki, bo mieszkały blisko.
Potem Jankowi zaproponowano awans i przeprowadzkę do Wrocławia. Po rozmowie z żoną i dziećmi pojechali. Agnieszka zostawiła Marysi adres, prosząc, by w razie kłopotu od razu się zgłaszała.
Nigdy nie wiesz, co życie przyniesie, Marysiu tuliła ją na dworcu Agnieszka. Pamiętaj, masz rodzinę! Zawsze cię przyjmiemy, zawsze pomożemy! A mamę chroń. Wiesz, jak trudno jej z takim charakterem. Żałuj jej! Oprócz nas nikt jej nie ma…
Marysia wzięła sobie do serca prośbę. Było jej trudno z matką, a potem coraz gorzej.
Wszystko pogorszyło się, gdy Marysia dorosła i planowała ślub. Zofia nie zaakceptowała wyboru córki.
Kto to jeszcze taki?! Nie potrzebuję tu takich! od progu rzuciła widząc chudego chłopaka w okularach, trzymającego Marysię za rękę. Nie mogłaś znaleźć sobie lepszego?!
Marysia nawet się nie tłumaczyła. Spojrzała na narzeczonego, odwróciła się i wyszła, nie słuchając krzyków mamy.
Chłopak, Damian, wcale nie był taki zwyczajny. Był dobrym informatykiem, a przemyślawszy wszystko, zaproponował Marysi wspólne życie i przeprowadzkę do Wrocławia, gdzie mieszkała Agnieszka.
Tam, Marysiu, będą lepsze perspektywy. Sprzedam mieszkanie, kupimy coś razem. Tutaj nic nas nie trzyma.
Już nie… płakała Marysia, przypominając sobie niezrozumiałe spojrzenie matki i jej głos. Agnieszka zrozumie. Ona jest dobra.
To najważniejsze, by tobie było dobrze.
Damian kochał Marysię tak bardzo, że gotów był dla niej rzucić wszystko. Rodziców już nie miał, żadnej bliskiej rodziny, całą miłość przelał na drobną dziewczynę o zadartym nosku, która marzyła o domu, dzieciach i szczęściu.
Tak się stało.
Agnieszka, słysząc, że Zofia znowu szaleje, próbowała rozmawiać z siostrą, ale ta ją zbyła.
Uciekłyście do ciebie?! Już wiem! Nie dzwoń! Nie chcę was znać! szlochała Zofia.
Zosiu, przestań już! po raz pierwszy naprawdę złościła się Agnieszka. Burzyć jest łatwo! Sama pomyśl, co robisz?! Wyrzuciłaś własne dziecko z domu! I dobrze, że miała dokąd pójść! A gdyby mnie nie było?! Co z ciebie za matka, że wyrzucasz własne dziecko za to, że dokonało wyboru?! To nie tobie mieszkać z Damianem! To życie Marysi! Twoim zadaniem jest ją wspierać! Nieważne, co z tego wyjdzie! Gdzie pójdzie potem?! Do obcych?! Bo matce zabrakło serca, by dziecko przytulić?!
Ale ty… próbowała odzyskać kontrolę Zofia, ale Agnieszka nie pozwoliła jej dojść do głosu.
Koniec, Zosiu! Jak zdecydujesz się pogodzić, to zapraszamy. Na naszych zasadach. Dosyć już tych twoich awantur! Myśl! A jak już będziesz gotowa dzwoń! Poczekamy.
Zofia się naprawdę obraziła. Bolał ją brak akceptacji. Przysięgła sobie nawet nie myśleć o pogodzeniu się z siostrą czy córką. Sądziła, że jak się nacieszą swoją samodzielnością, zrozumieją, jak bardzo ją skrzywdziły, wtedy przyjdą same przepraszać!
Zaproszenie na ślub Marysi i Damiana Zofia po prostu podrzuciła do śmieci. Przestała odbierać telefony od siostry. Nawet kopertę ze zdjęciami, które Agnieszka przysłała, wyrzuciła do śmieci. Uparta pielęgnowała w sobie urazę, nie dopuszczając nawet myśli o pojednaniu.
Czas mijał, a rodzina nie szukała z nią kontaktu. Żyli sobie spokojnie, dorabiali się, Agnieszka zajmowała się dziećmi, pomagała Marysi przy pierwszym dziecku, Damian z Janem budowali dom dla młodej rodziny.
Okazało się, że ten niepozorny chłopak wcale już nie był taki chudy i blady, bo żona karmiła go z miłością i troską, a Damian znał się na niejednym. Janek wciąż się zachwycał nowym zięciem:
Ale z ciebie fachman, Damian! Skąd ty wszystko wiesz?!
Książki, wujku Janku! I internet. Wystarczy chcieć.
Marysia spodziewała się drugiego syna, gdy świętowali przeprowadzkę. Gdy ciotka zapytała nieśmiało, czy nie powinna zadzwonić do mamy, westchnęła i odpowiedziała:
Już dzwoniłam, ciociu Agnieszko. Dzwonię cały czas. Nie odbiera telefonu, a jak odbierze, to rozłącza się natychmiast. Nie chce ze mną rozmawiać.
Nie płacz! rzucała się ją pocieszać Agnieszka. Nie możesz!
Nie będę… pociągała nosem Marysia, zła na matkę i żałująca, że jej nie ma przy sobie.
Zofia nawet nie myślała o łagodzeniu serca. Czekała, rozżalona. Wyobrązala sobie, jak w końcu zrozumieją swój błąd i przybiegną, a wtedy ona zdecyduje, czy wybaczyć, a może jeszcze trochę się poważyć!
W końcu jej cierpliwość się skończyła. Może to wiek, a może samotność. W sylwestrową noc, po raz kolejny spędzoną w pustym mieszkaniu, wybiera numer siostry.
A w słuchawce obcy głos.
Z trudem doczekała się przerwy i wybiera dawny numer Agnieszki.
Słucham.
Nie, to ja panią słucham! Zofia wraca do swojego głosu ton surowej kierowniczki, która potrafi rządzić dużą firmą, ale w domu nie radzi sobie z uczuciami. Jak ten numer znalazł się u pani?
To proste. Kupiłam nowy telefon i dostałam kartę SIM. Tak się zdarza, gdy ktoś długo nie używa numeru, operator przepisuje go na kogoś innego.
Niedorzeczność! A gdzie moja siostra?
Skąd mam to wiedzieć? głos nabiera zdecydowania i Zofia rozumie, że musi zmiękczyć ton.
To wszystko bardzo dziwne. Mogę prosić o przysługę?
Dziewczyna przez dłuższą chwilę milczy, w końcu odpowiada:
Zastanowię się. Proszę mówić.
Czy mogłaby pani popytać w swoim mieście? Podam dane mojej siostry, a pani do niej pojedzie i powie, by się ze mną skontaktowała. Oczywiście, za wszystko zapłacę.
Chwila zawahania. Zofia była pewna, że znów się rozłączy, aż w końcu słyszy ciche:
Dobrze. Nie trzeba pieniędzy. Proszę podać adres.
Tak też zrobiła. A potem czekała na odpowiedź. I przyszła Zupełnie nie taka, jak się spodziewała.
Pani siostry już nie ma. Odeszła półtora roku temu. Chorowała dwa lata, walczyła, ale organizm nie dał rady. Jej mąż powiedział, że chętnie panią ugości, jeśli pani zechce przyjechać. I jeszcze…
Co? głos Zofii jest ochrypły i bez życia.
Pani córka. Też czeka na panią. Ma pani dwoje wnuków. Przekazała pani coś. To słowa pani siostry. Chciała sama, ale uznała, że tak będzie lepiej. Przecież pani i tak nie chciała jej słuchać…
Proszę mówić!
Zosiu, opamiętaj się. Wszystkie twoje skarby są tutaj. Dorośnij, w końcu już czas. Wciąż cię tu wszyscy kochają.
Milczenie. Zofia zanosi się łzami, pierwszy raz w życiu chyba naprawdę pojmując, jak wiele straciła.
To wszystko?
Tak.
Dziękuję…
Nie ma za co.
Głos zrobił się cieplejszy.
Przyjedźcie. Macie cudowną rodzinę i pięknych wnuków.
Znów sygnał rozłączenia, a Zofia płacze. Ból przeszywa ją dogłębnie, jak nigdy w życiu. Nie może już cofnąć czasu, nie potrafi ukoić tej pustki, a nawet nie chce. Karze siebie za pychę, przez którą miłość nie mogła rozkwitnąć wcześniej.
Przepłakała niemal całą noc. Potem zebrała się w sobie i wybrała numer, który znała na pamięć.
Marysia…
Mamo! Cześć! Czekamy na ciebie!
Córko, ja…
Nie mów nic! Po prostu przyjedź! Przywitamy cię!
Marysia zabrzmiała dziwnie. Dopiero, gdy Zofia wyjęła walizkę i zaczęła się pakować, uświadomiła sobie czego jej brakowało.
W głosie córki była i stanowczość Zofii, i łagodność Agnieszki, i jeszcze coś, czego Zofii tyle lat brakowało.
Miłość… Bezwarunkowa, nieprzypominająca żadnych dawnych urazów. Po prostu miłość. Ta, którą Agnieszka znała najlepiej i której Zofia dopiero miała się nauczyć.
I choć nie była niczego pewna, bardzo wierzyła, że tym razem, w końcu jej się to uda.







