Kto wie, dokąd popłynie rzeka losu
Ostatni miesiąc obserwowałam Andrzeja i widziałam, że chodzi jakiś zamyślony, cichy, zdystansowany wobec mnie. Jego spojrzenie unikało mojego, rozmowy ograniczały się do minimum. Nie dawało mi to spokoju. Myślałam:
Na pewno jest chory, przecież zaraz skończy czterdzieści pięć lat, planujemy urodzinowe przyjęcie w restauracji. Powinnam wziąć go za rękę i zaprowadzić do mojego znajomego lekarza. Trzeba zrobić badania, zadbać o niego
Podzieliłam się swoimi obawami z moją najbliższą przyjaciółką, Bożeną. Słuchała mnie z powagą, a potem niespodziewanie wypaliła:
Wiesz co, Romek też taki był, zamknięty w sobie, kiedy wdał się w romans z inną babą. Wyglądał, jakby świata poza sobą nie widział.
Ty porównujesz swojego Romka do mojego Andrzeja? odburknęłam.
A czym Andrzej lepszy od Romka? zapytała lekko ironicznie.
Właśnie, że nie jest lepszy. Twój Romek to dusza towarzystwa, kobieciarz, przystojniak, żartowniś, prawda? A mój Andrzej to cichy, zamknięty facet, nawet oświadczyć się mu sama musiałam, bo nigdy by nie zebrał się na odwagę. I gdyby nie to, że sama się do niego przeprowadziłam, pewnie dalej żyłby sam.
Bożena rok temu przyłapała Romka z kobietą. To ja ją pocieszałam, podnosiłam na duchu.
Zostaw go wreszcie, zajmij się sobą, przestań płakać, wyrzuć zdrajcę za drzwi.
Bożena jednak zupełnie inaczej rozumiała zająć się sobą. Zaczęła wychodzić do barów, flirtować, ścinać włosy, wszystkim tłumacząc: zmieniłam image, a ja patrzyłam na to z niepokojem. Miałam na myśli raczej jakieś kursy, taniec, samorozwój, ruch, a nie balangi.
No i wybaczyła mężowi. Ja jej nie rozumiałam.
Tego bym Andrzejowi nie wybaczyła myślałam.
Jesteśmy z Andrzejem razem już prawie dwadzieścia sześć lat, tyle wspólnych chwil, przeszliśmy przez wiele, wychowaliśmy dwóch synów. Czas już spokojnie doczekać starości, choć jeszcze nie czuję się staro. Ustalałam już w rodzinie szczegóły przyjęcia z okazji jego urodzin, on jeszcze o niczym nie wie.
Poznaliśmy się na wyjeździe studenckim, choć studiowaliśmy na innych kierunkach, mieszkaliśmy w tym samym Wrocławiu. Na czwartym roku pojechaliśmy na obóz w góry. Przy ognisku pierwszy raz zwróciłam na niego uwagę taki cichy, nieśmiały. Nawet koszulę mu załatałam, jak się zaczepił w lesie.
Andrzej za to zawsze nosił mój ciężki plecak. Tak się do siebie zbliżyliśmy. Przyjaźń niezauważalnie przerodziła się w uczucie. Oświadczyłam się pierwsza. On tylko cicho powiedział:
Dominiko, chyba się w tobie zakochałem.
No to musimy być razem, przeprowadzę się do ciebie i zaraz pójdziemy do urzędu.
Nie protestował. Zamieszkałam z nim i jego schorowaną babcią, panią Heleną. Ojciec Andrzeja ucieszył się najbardziej babcia była jego matką. Matka Andrzeja z teściową nie żyła od lat, nie chciała się nią opiekować. To Andrzej zamieszkał z babcią, a potem ja o nią dbałam.
Andrzejku, twoja Dominisia to skarb, mówiła babcia. Porządna, pracowita, jak trzeba! Taka kobieta to dar. Jak się pobierzecie, to przepiszę na was mieszkanie. Dbaj o nią!
Po ślubie babcia niedługo zmarła. Potem urodzili się nasi synowie, jeden po drugim. Starszy ma już dwadzieścia trzy lata, młodszy dwadzieścia jeden. Nasze życie toczyło się spokojnie. Wakacje spędzaliśmy całą rodziną nad Bałtykiem, w Tatrach, raz nawet na Mazurach, a z czasem pozwoliliśmy sobie na dwa wyjazdy do Grecji. Dzieci wyrosły, za chwilę może zostanę babcią.
A ostatnio Andrzej chodzi, jakby coś go męczyło. Niedawno powiedział coś, co mnie zabolało:
Można powiedzieć, całe życie przeleciało, a my z tobą niczego wielkiego nie przeżyliśmy…
Zdenerwowałam się:
Andrzej, o czym ty mówisz? Tyle razem zwiedziliśmy, wspólnych wakacji, doświadczeń sam przecież chciałeś jechać nad jeziora, w góry, nawet na zagraniczne wycieczki.
Nie o to mi chodzi machnął ręką i zamilkł. Popatrzył na mnie dziwnie, ale nie drążyłam tematu.
Zastanawiałam się tylko, kogo zaprosić na urodziny:
Może zaprosimy Marka i Jolę z Poznania? Przyjaciele od lat, co z tego, że mieszkają dalej…
Na jakie urodziny? zdziwił się.
No jak to, na twoje, zaraz czterdzieści pięć!
Tak? Nawet nie wiedziałem, że już wszystko zaplanowałaś… znów dziwnie na mnie spojrzał.
Siedziałam wtedy wieczorem sama w domu, patrzyłam w podłogę, łez nie miałam, tylko ogromną pustkę.
Nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego mnie spotka.
Andrzej dziś wrócił wcześniej z pracy, co już od dawna się nie zdarzało. Był przyzwyczajony wracać późno.
Cześć powiedział, wpadając do kuchni, nawet nie zdjął kurtki.
Witaj, rozbierz się, umyj ręce, idziemy jeść kolację powiedziałam rutynowo.
A Andrzej siedział, spuściwszy głowę, w milczeniu.
Dominiko, wyprowadzam się. Przepraszam cię powiedział cicho.
Ale jak to? Dokąd? Już zdejmuj kurtkę, co ty mi mówisz… może jesteś chory? Przecież podejrzewałam To nic poważnego, pójdziemy do lekarza
Podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy.
Jestem zdrowy. To nie o to chodzi. Zakochałem się. Od dwóch lat spotykam się z koleżanką z mojego działu.
Znalazłeś młodszą zapytałam ostro.
Nie, nie jest młodsza. Po prostu… jest kobietą. Prawdziwą kobietą…
A ja kim jestem, Andrzej? zapytałam osłupiała.
Ty? Pokręcił smutno głową. Ty jesteś moją opiekunką. A ja? Pieskiem na smyczy. Nie potrafię bez ciebie zrobić kroku. Kierujesz mną, decydujesz o wszystkim co jem, co ubieram, gdzie odpoczywamy, z kim się spotykam, nawet jak świętować urodziny. Sam nie mogę nawet pójść na mecz, bo według ciebie to strata czasu, a ja kocham piłkę.
Przecież ja chcę dla ciebie dobrze, staram się dla ciebie zaczęłam, lecz przerwał mi.
Kasę od razu oddaję tobie, ty wszystkim zarządzasz. Dajesz mi pieniądze na papierosy czy kawę. Czy myślałaś kiedyś, jak się czuje facet? Nie mogę pójść z kolegami na piwo po pracy, bo w portfelu pusto! mówił swoim spokojnym tonem.
Uklękłam przed nim, patrząc mu w oczy.
Jeśli to dla ciebie takie ważne, to od teraz będziesz dostawał pieniądze na spotkania z kolegami, razem wybierzemy dla ciebie ubrania, pójdziemy na mecz…
Andrzej spojrzał na mnie inaczej.
Nic nie zrozumiałaś, Dominiko podniósł lekko głos, czego nigdy wcześniej nie robił. Chcę oddychać, decydować, kim jestem, co jem, gdzie jestem. Nigdy nie mam czasu dla siebie, twoje wybory są moimi. Każdy mój krok to decyzja podjęta przez ciebie. Kiedyś musi być koniec. Czuję się jak dziecko pod opieką dorosłego. Ty jesteś moim opiekunem.
Boże, Andrzej Tamta nie jest taka? spytałam przez łzy.
Nie. Ona pozwala, bym to ja się nią opiekował. Czuję się mężczyzną, rozumiesz?
Pierwszy raz widziałam go takiego ożywionego, pełnego życia. Zrozumiałam naprawdę się zakochał, jak kiedyś, w młodości.
Ale to w tym wieku? To wstyd, Andrzej Z powodu romansu rozwalasz rodzinę. Co inni powiedzą? Myślą, że mamy szczęśliwą rodzinę!
Jakie inni? odpowiedział tylko.
Dotarło do mnie, że wywołał bunt, przewrót w naszym poukładanym życiu. I nic na to nie poradzę. Chciałam zatrzymać go siłą, objęłam mocno. Odsunął moje ręce, zebrał rzeczy, zamknął za sobą drzwi. Zostałam sama.
Czy ja mogłam przewidzieć, że los wywróci wszystko do góry nogami? Że ze spełnionej, zamężnej kobiety stanę się samotna, a za rogiem starość. Na stare lata przyjdzie mi być sama
Zadzwoniłam do Bożeny. Przybiegła od razu, przytuliła, pocieszała.
Domiś, jeszcze wszystko przed tobą! Przypominasz mi, że mówiłaś o kursach, zajęciach? Widzisz, Romkowi wybaczyłam, wrócił, bo wiedział, że nigdzie nie znajdzie takiej, jak ja. Może i Andrzej wróci jeszcze, kto wie? choć widziałam, że ona sama nie wierzyła w to, przecież Andrzej był inny niż jej Romek.
Nie, Bożena. On nie wróci. Sama mówił rzeczy, których nie da się wymazać Ty go nie znasz jak ja.
Kiedy Bożena wyszła, długo siedziałam w ciszy. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, kim mam się teraz opiekować, komu wydawać polecenia? Muszę się nauczyć samotności. Może coś się zmieni jeszcze w moim życiu. Kto wie, dokąd popłynie rzeka losu. Może kiedyś dopłynę do innego brzeguNastępnego ranka świat wyglądał inaczej poszarzały krajobraz za oknem, zimne światło bladego świtu i puste łóżko obok. Zaparzyłam sobie kawę, jak co dzień, ale jej smak był inny jakby cierpki, nieoczywisty, bardziej wytrawny. Siedziałam przy stole i słuchałam ciszy. W tej ciszy było wszystko: ból, żal, wspomnienia, ale i… dziwne oczekiwanie.
Po chwili wzięłam notes, przez lata zapisany listą zakupów, obowiązków, planów rodzinnych wszystko dla kogoś, nigdy dla siebie. Powoli, z wahaniem, napisałam: „Kurs tańca?” Potem: „Wycieczka na Islandię?” A na koniec: „Pomalować sypialnię kolory wiosny?”
Przez chwilę wahałam się, czy to nie głupie w moim wieku zaczynać coś nowego, odświeżać marzenia, które schowałam dawno pod stertą obowiązków. Ale w tej pustce czułam też lekkość lekkość, jakiej nie znałam wcześniej. Cisza zaczynała już nie straszyć, a otwierać przestrzeń.
Dzień wcześniej byłam przekonana, że to już koniec, że skończyło się moje życie. Dziś pomyślałam, że to może początek nowej rzeki, innego nurtu. Moja dusza bała się samotności, ale gdzieś głęboko tliło się coś jeszcze ciekawość.
Przesunęłam palcami po kartce, jakby dotykała przyszłości. Westchnęłam głośno, podniosłam głowę i pierwszy raz od dawna się uśmiechnęłam sama do siebie.
Może naprawdę jeszcze nie wiem, dokąd popłynie ta rzeka. Ale dziś, na jej brzegu, postanowiłam, że popłynę z nią. Dla siebie.



